Mikrobiznes 2

08/07/2010, czwartek

Sprzedawcy ubrań, kobiety z warzywami, manicurzyści, sprzedawcy drobnego, plastikowego AGD, dzierżący towar na głowach, w dłoniach lub pchający go na wózkach wypchanych po brzegi kolorowymi miskami, kubkami, czajnikami, zbiorniczkami, pojemniczkami, szczotkami do toalet, miotłami itp., sprzedawcy trutek i pułapek na szczury, których rowerowe sklepy wyglądają jak obwoźne muzea miniaturowych narzędzi tortur, głośno obwieszczający przez skrzeczące megafony, że tylko ich towar może uwolnić świat od gryzoni, uliczni szewcy, którzy za jedyne 500 szylingów potrafią wskrzesić z pozoru nieodwracalnie uszkodzone obuwie, na czas naprawy wypożyczający parę klapek lub butów, by klient nie musiał tracić czasu podczas czekania na realizację zamówienia i mógł w czasie naprawy załatwić wszystko, co ma w okolicy do załatwienia… wszyscy oni sprawiają, że powolne, afrykańskie życie Segerei może toczyć się w swoim rytmie, bo po co spieszyć się na zakupy, skoro zakupy mogą przyjść do ciebie!

Centrum

W Kariakoo, Mnazi Mmoja i innych tłocznych, handlowych dzielnicach istotną branżą ulicznego mikrobiznesu jest gastronomia. Głodni, spragnieni ludzie przesiadujący w sklepach, tkwiący w wiecznych korkach w okolicach centrum, prędzej czy później stają się klientami jednego z tysięcy mężczyzn (tak, ta branża to też ich domena) z wodą i drobnymi przekąskami.

Mała gastronomia

‚Maji, maji’ – wykrzykują sprzedawcy wody krążący między autobusami i samochodami. Charakterystycznymi, głośnymi cmoknięciami informują, że za chwilę za szybą pojazdu pojawi się ręka unosząca w górę koszyk lub karton z zimnymi napojami. Szybkim krokiem, chodnikami centrum, slalomem między przechodniami, krążą sprzedawcy orzeszków ziemnych. Rytmicznie podrzucając stosik kilkudziesięciu monet dają znać wszystkim, których zaczyna dręczyć ‚mały głód’, że oto zbliża się przekąska. Na okrągłych, płaskich koszach z wklęsłym dnem, oprócz rozsypanych luzem, sprzedawanych na łyżki, orzeszków ziemnych, często mają też cukierki, ciastka i papierosy. Na ulicach centrum przez cały dzień można też kupić sprzedawane z dwukołowych wózków kawałki ananasów, kokosy albo pomarańcze, wypełniające wielkie kosze zwisające z dwóch stron rowerowych bagażników, misternie obierane przez sprzedawców w przedziwny, tanzański sposób (obierają je jak jabłka, usuwając tylko cienką, wierzchnią, żółto-zieloną warstwę skórki).

Rano na ulicach całego miasta kobiety rozpalają prymitywne paleniska, zbudowane ze starej felgi samochodowej lub składające się z trzech kamieni położonych na ziemi, na których kładą podobną do woka patelnię. Na niej smażą korzenie kassawy lub pączki mandazi. Niektóre serwują też herbatę i podają pełne, afrykańskie śniadanie w skleconych z odpadów i gałęzi budkach, pełniących tu rolę restauracji fast food. Koło południa na ulicę wytaczają swe wózki sprzedawcy trzciny cukrowej. Pokrojona w grube plastry, sprzedawana po 100 Szylingów za 5-6 kawałków, można ją kupić dosłownie na każdym rogu. Cieszy się dużą popularnością. Doskonale tłumi uczucie głodu, naturalny cukier pobudza i daje siłę by dotrwać do popołudnia, gdy na ulicy lub w domu można zjeść coś konkretnego. A wieczorami, na wracających z pracy i szkół, wygłodniałych mieszkańców Dar, czeka spory wybór przekąsek.

Smażone na małych, prostokątnych grillach kolby kukurydzy i szaszłyki mshikaki podawane ze smażonymi bananami lub frytkami, owoce morza, usmażone w głębokim tłuszczu, pokrojone w kawałki, wystarczy stanąć obok stoiska, wziąć wykałaczkę, na którą nadziewa się kawałki kalmara lub ośmiornicy, po 100 szylingów za kawałeczek, zanurzyć ją w aromatycznym, ostrym sosie i tak oto można najeść się do syta czekając na autobus, podczas drogi do domu, która często trwa bardzo długo. Z centrum na przedmieścia czasem jedzie się nawet kilka godzin. A jeśli ktoś woli zjeść morskie pyszności w domowym zaciszu, może ‚na wynos’ zakupić usmażoną w całości mackę ośmiornicy albo torbę krewetek.

Najbardziej charakterystycznymi dostawcami usług gastronomicznych są sprzedawcy wieczornej kawy. W Dar zwyczaj picia tego trunku właśnie wieczorem jest szeroko rozpowszechniony. Wydaje mi się, że szczególną popularnością cieszy się wśród mężczyn-muzułmanów. Być może wyjście na wieczorne modlitwy jest doskonałą okazją by zatrzymać się na chwilę, wypić filiżankę słodkiej, aromatycznej, pełnej korzennych przypraw, kawy, zjeść kashatę, (ciastko będące zlepkiem orzeszków ziemnych posklejanych miodem lub cukrem) i porozmawiać ze znajomymi. Bo wieczornej kawy nigdy nie pije się samemu. Grupy kilkunastu do nawet trzydziestu mężczyzn gromadzą się na rogach ulic i piją pachnący, gorący napój z małych filiżanek, do których z aluminiowego czajnika, stawianego na przenośnej ‚podstawce’ z rozżarzonymi węglami, nalewa ją ‚kawiarz’.

Bajki dla dorosłych

Jednak najbardziej zdumiewającą ‚działalność gospodarczą’ prowadzą opowiadacze. Biznes ma się doskonale, bo przecież nie każdy w drodze do domu jest głodny, a wielogodzinne czekanie na autobus albo na cokolwiek (tak, siedzenie i czekanie aż cokolwiek się wydarzy to popularne, afrykańskie zajęcie) może znudzić każdego. Dlatego w wielu miejscach centrum i w okolicach większych węzłów komunikacyjnych można spotkać mężczyzn, czasem jednego, czasem dwóch lub trzech, nieraz uzbrojonych w potężne systemy nagłaśniające, którzy zgromadzonym dokoła kilkudziesięciu, a czasem ponad stu ludziom, opowiadają najprzeróżniejsze historie. Tłum śmieje się, dziwi, cieszy z rozrywki jaką zapewniają im uliczni aktorzy, a za trwający około dwudziestu minut pokaz każdy płaci 100-200 szylingów. W skeczach i opowieściach przewijają się tematy dotyczące relacji międzyludzkich, nierzadko tematy tabu, takie jak zdrada, seks i pieniądze. W sposób humorystyczny dotykają one bardzo delikatnych sfer życia, trafiają do najciemniejszych zakamarków duszy. Aktorzy mają za zadanie nie tylko bawić publiczność, ale i edukować. Każda historia kończy się morałem, w każdej historii można odnaleźć cząstkę prawdy o sobie samym.

Złodzieje i żebracy

By przeżyć w Dar wystarczy odrobina talentu, chęci i dobry pomysł. Jednak wielu nie posiada żadnej z powyższych cech ani ochoty by iść do pracy. W Segerei na każdym kroku widzimy tłumy żebraków, bezdomnych, dzieci ulicy, szukających kogoś, kto da im kilka szylingów. Śpiewka ta sama co wszędzie. ‚na jedzenie’, ‚na lekarstwa’… Potem widzę ich jak z papierosami w ustach szybkim krokiem przemierzają piaszczyste drogi, na spotkanie z dilerem, po wieczorną działkę cracku. Ci, którzy mają odrobinę sprytu i szybkie nogi, kradną. Zorganizowane szajki kieszonkowców grasują wszędzie. Sam padłem ich ofiarą dwukrotnie, raz wepchnięty w tłum na dworcu autobusowym, kiedy indziej w okolicach poczty jeden mężczyzna chwycił mnie za nogawkę spodni i odwrócił moją uwagę, podczas gdy drugi obrobił mi kieszeń. Wszystko trwało ułamek sekundy i gdy po przejściu kilku kroków pokojarzyłem fakty i zorientowałem się o co chodzi, sprawcy zniknęli a tłum straganiarzy otaczających miejsce zdarzenia udawał, że nic nie widział. Na szczęście zdając sobie sprawę z tego ilu złodziei grasuje na ulicach Dar nigdy nie nosiłem w kieszeni dokumentów czy większych ilości gotówki. Ale po dwóch ‚bliskich spotkaniach’ z ‚zarabiającymi inaczej’, w kieszeniach noszę już tylko chusteczki. Śmiałość złodziei zadziwia, a ich działania można wytłumaczyć tylko skrajną desperacją albo skrajną głupotą. Bo złodziej złapany przez tłum jest praktycznie skazany na śmierć na miejscu. Wystarczy krzyknąć ‚wezi’ (złodzieje) i wskazać sprawcę palcem, by wszyscy zebrani dokoła rzucili się na niego z pięściami. Miejscowe brukowce lubują się w publikowaniu zdjęć ofiar linczu. Okładki gazet nieraz ‚zdobią’ fotografie zmasakrowanych ciał, nad którymi stoją mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się martwemu złodziejowi.

Jednak wielu po prostu nie jest w stanie pracować, choćby może i chciało. Oni też przesiadują na ulicach wyciągając dłonie w rozpaczliwym błaganiu o pomoc. Kalecy, starzy, zniedołężniali, niewidomi. Ludzie bez nóg, rąk, z kończynami powykręcanymi, skarłowaciałymi, lub powiększonymi do gigantycznych rozmiarów przez słoniowaciznę. Ofiary chorób, które deformują i okaleczają ciała tak, że normalne funkcjonowanie jest niemożliwe, czekają, skazani na jałmużnę. Bo ‘pomoc społeczna’, ‘zasiłek’, czy ‘renta’, to podobnie jak ‚podatek’ i ‚działalność gospodarcza’, słowa, których większość Tanzańczyków w życiu nie słyszała.

Mikrobiznes (część 1) (Kuba)

02/07/2010, piątek

Przepraszamy wszystkich czytelników za tak długą blogową nieobecność, ale z powodów losowych, zdrowotnych, technicznych i zawodowych nie byliśmy w stanie relacjonować naszych przeżyć i spostrzeżeń tak często, jak byśmy tego chcieli. Jedyne co możemy obiecać to poprawa 🙂 Nie znaczy to jednak, że prace nad blogiem zamarły. Kolejne teksty powstają lub powstały, ale czekaja na swoją kolej, a w ciągu zbliżającego się, ostatniego, afrykańskiego miesiąca będzie działo się sporo, więc obiecujemy mnóstwo ciekawych relacji i opowieści, które z pewnością będziemy snuć jeszcze jakiś czas po powrocie do Polski. Tymczasem…

Mikrobiznes

Tym, co nadaje Dar es Salaam i Segerei afrykańskiego charakteru, jest handel. Śmiało można powiedzieć, że właśnie w handlu afrykańskość manifestuje się w całej swej okazałości. Spryt, pomysłowość, przebiegłość, wyrachowanie, wytrwałość, sympatie, antypatie, uczciwość, nieuczciwość, różne cechy i zachowania mieszkańców Afryki, Tanzanii, Dar. Wszystko to można zaobserwować przechadzając się piaszczystymi ulicami naszej dzielnicy i dziurawymi chodnikami miasta. Prawdziwy handel kultury suahili jest niczym jej manifest. Zawartość owego manifestu (i podstawy języka suahili) trzeba choć z grubsza znać, by móc kupić cokolwiek na ulicy. Jeśli nie wiemy, że białasowi podaje się cenę kilkakrotnie wyższą niż ‘swojemu’, zedrą ile się da. Ponadto nie targując się z handlarzem, prócz sporego utargu, możemy mu zafundować bezsenną noc. Bo mówi się, że jeśli białas bez targowania kupi towar za podaną przez sprzedawcę, zawyżoną, cenę, ten całą noc będzie ‘pluć sobie w brodę’, że nie podał mu ceny wyższej. Inni handlarze, na przykład masajskie kobiety, będą bardzo się wstydzić, a wyrzuty sumienia nie dadzą im spokoju przez długi czas, jeśli kupi się od nich rękodzieło bez targowania się. Kwota podawana na początku transakcji jest zawsze zawyżona, a targowanie jest naturalną częścią procesu kupna i sprzedaży, szczególnie większych, droższych rzeczy.

Small talk

Targowanie to nie tylko negocjacja ceny. To dłuższa rozmowa poprzedzona powitaniem i wymianą uprzejmości. ‘Shikamoo’ (zwrot będący wyrazem szacunku wobec starszego uczestnika transakcji – wypada wiedzieć, która strona powinna go użyć. W dosłownym tłumaczeniu, z arabskiego ‘Padam ci do stóp’) ‘Marahaba’ (odpowiedź, oznaczająca akceptację wyrazów szacunku). Potem klasyczny dialog rozpoczynający każdą towarzyską konwersację. Jeśli jest rano, zapytamy ‘Jak mija poranek?’, oprócz ‘Nzuri’ (dobrze), albo ‘Salama’ (spokojnie), możemy, jakby w zamian za zainteresowanie porankiem rozmówcy, usłyszeć pytanie ‘Jak się spało?’. Potem przejdziemy do tradycyjnej wymiany ‘troskliwych uprzejmości’. ‘Jak się mają dzieci?’ ‘Co słychać w domu?’ itp.

Oczywiście specjalistką od transakcji jest Agnieszka, która już w pierwszych minutach rozmowy daje do zrozumienia, że zna nie tylko język ale i zwyczaje. Bywa, że swoim biegłym suahili i kompetencją kulturową dezorientuje rozmówców do tego stopnia, że przestają oceniać ją przez pryzmat jasnej skóry i wnioskują, że skoro tak dobrze zna język, to musi być z jakiegoś afrykańskiego ‘plemienia’. Może jest Arabką, Hinduską (Arabowie, Biali i inna ludność napływowa to w potocznym, tanzańskim rozumieniu plemiona) albo kimś z jasnoskórego ludu Zaramo. Czasem sprzedawca zapyta skąd jesteśmy, szczególnie kobiety, ciekawskie i bardziej otwarte wobec innych kobiet, chętnie wypytują moją żonę o to skąd pochodzi i jak to możliwe, że tak dobrze zna język. Gdy handlarz w końcu przestaje się dziwić, zaczynają się pertraktacje.

W tym momencie trzeba pamiętać, by nie popadać w nadmierny zachwyt jednym, upatrzonym przedmiotem. Choćby nie wiem jak się podobał i przykuwał naszą uwagę, lepiej obojętnym wzrokiem i z pomrukami niezadowolenia obejrzeć przynajmniej kilka towarów i potem zapytać o cenę tego, który chce się kupić. Natychmiast trzeba zdziwić się, że tak drogo, zapytać dlaczego, powiedzieć ‘tyle nie dam! Nie ma mowy!’ Podczas targu trzeba być zdecydowanym i nie bać się odgrywać skrajnych reakcji emocjonalnych. Potem powolutku zaczyna się ‘schodzenie w dół’. Podczas targowania podajemy cenę o jedną trzecią, jedną czwartą niższą niż ta, którą byśmy chcieli zapłacić i po kilku minutach kończymy negocjacje kwotą zadowalającą obie strony.

10.000

Najwyższy nominał banknotów znajdujących się w obiegu w Tanzanii to 10.000 szylingów. Około 20 złotych. W tutejszych warunkach nie jest to kwota niebotyczna, ale pozwoli na przeżycie kilku dni typowej, wschodnioafrykańskiej rodzinie (matka + 3 do 5 dzieci, z mężem lub bez). Można za to kupić kilka kilogramów ryżu albo mąki kukurydzianej potrzebnej do przygotowania ugali, do tego trochę warzyw lub fasoli. Jeśli kobiecie (to one odpowiadają za zakupy i przyrządzanie posiłków) uda się w korzystnej cenie kupić warzywa, albo w danym okresie są one tanie, 10.000 może też starczyć na kawałek mięsa na tradycyjny pilau (więcej o jedzeniu i potrawach – http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=141). Jednak na zaspokojenie większych potrzeb 10.000 nie wystarczy. Nie kupi się za to porządnych butów, jeśli ubrania to raczej pojedyncze części garderoby, ewentualnie dwie, trzy sztuki używanej odzieży. Życie w Trzecim Świecie nie jest tak tanie jak by się mogło wydawać.

10.000 to także dzienny dochód zaradnego, obwoźnego (obnośnego?) handlarza. Kreatywnego i wygadanego mikrobiznesmena (lub bizneswoman), który z niczego potrafi zrobić coś. Sprzedający wszystko co się da ludzie, przemierzający segereańskie bezdroża pieszo lub na rowerach, nadają krajobrazowi przedmieścia więcej egzotyki niż palmy i piach po kostki.

Mbogie, mbogieeee!

Po podstawowe produkty spożywcze nie musimy chodzić daleko. Rowerowi sprzedawcy pieczywa i jajek co chwila przejeżdżają pod naszym domem. Poranny ruch mobilnej branży spożywczej jest spory. Wystarczy stanąć przed bramą i chwilę poczekać by ‘złapać’ pana z chlebem, rowerzystę z jajami, pieszego sprzedawcę ryb, albo panią z warzywami. A nawet jeśli handlarz nie przejdzie bezpośrednio pod bramą łatwo go zlokalizować po charakterystycznym okrzyku, groteskowo zmodulowanym przez ściśnięte gardło. ‘Samaki, samakiiii!’ (ryby) albo ‘Mbogie, mbogieeee!’ (mboga – warzywa) od samego rana okrzyki rozbrzmiewają na bezdrożach dzielnicy i wskazują którędy w danym momencie przemieszcza się ‘przenośny sklep’.

Zadziwiająca jest ‘segregacja płciowa’ w poszczególnych branżach. O ile warzywa prawie zawsze sprzedają kobiety, o tyle rybami czy jajkami handlują tylko i wyłącznie mężczyźni. Do ryb z niesionej na głowie w palącym słońcu torby jakoś nie mogę się przekonać, ale jestem stałym klientem pań z warzywami. Tylko od nich, dosłownie za grosze, można kupić najświeższą, afrykańską zieleninę. Po 100 szylingów za pęczek: szpinak, matembele, sukumawiki. Te ostatnie to tutejsze namiastki szpinaku. Liście o różnych smakach, które tak jak szpinak można smażyć na cebuli, z pomidorami, z marchewką, czosnkiem, przyprawami lub bez nich, w różnych europejsko-afrykańsko-indyjskich konfiguracjach. Od drobnych handlarek, które cały asortyment noszą w misce na głowie, można kupić tylko zieleninę. Niektóre sprzedają banany, papaje i ogórki. Ale te, które wczesnym rankiem zaczynają kursować po Segerea noszą tylko liście.

Widok kobiety z miską na głowie jest czymś, co zawsze kojarzyło mi się z Afryką. I słusznie. Ten sposób przenoszenia wody, zakupów i towarów na sprzedaż jest tu najpopularniejszy. A umiejętności Tanzańczyków zadziwiają. Wysokie torby z mąką, wielkie palety z okularami przeciwsłonecznymi, wiadra wody ustawione bezpośrednio na głowie lub na kandze, ciasno zawiniętej w odpowiedniej wielkości pierścień, nigdy nie spadają.

Wszystkie kobiety sprzedające warzywa ubierają się tak samo. Właściwie ubierają się tak samo jak wszystkie tanzańskie kobiety gdy pracują, piorą, gotują, zajmują się dziećmi, krzątają wokół domu, ale także wtedy gdy idą na spotkanie z ukochanym, na plotki z koleżankami czy na pogrzeb. Od pasa w dół ich ciała zasłaniają kangi: wielkie, kolorowe chusty, spełniające rolę spódnic. Oczywiście kanga nie ma kieszeni, więc pieniądze są zawiązane w róg chusty. Górę też nierzadko osłania kanga, narzucona na bawełniany top, a na plecach, również zawinięte w kangę, drzemie niemowlę. (temat afrykańskiej chusty jest już na warsztacie i wkrótce Agnieszka uraczy Was wyczerpującym opisem tego i innych zjawisk ze świata wschodnioafrykańskiej mody) Właśnie od takich kobiet, około dziewiątej rano, kupuję szpinak i inną zieleninę. Świeże, często jeszcze wilgotne od porannej rosy, zerwane z przydomowych grządek, doskonałe jako dodatek do jajecznicy, równie wyśmienite podduszone na cebuli z czosnkiem, podawane jako warzywa do obiadu.

Butik kroczący

Jak już wyżej wspomniałem, ubrania w Dar es Salaam nie są tanie. W każdym razie nie dla ‘zwykłych zjadaczy chleba’ zarabiających kilkadziesiąt do około dwustu tysięcy szylingów na miesiąc, nie mówiąc o ludziach pozbawionych stałej pracy i zarobków, którzy żyją z dnia na dzień z tego, co od kogoś dostaną lub zarobią pracując dorywczo tu i ówdzie. Nowe spodnie w sklepie mogą kosztować od dwudziestu do ponad pięćdziesięciu tysięcy szylingów. Koszula dwadzieścia – czterdzieści tysięcy. T-shirt około dziesięciu tysięcy. Za używane rzeczy płaci się kilka razy mniej. Wystarczy przejechać się do Karume (http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=151) i poszperać w hałdach używanych szmat by znaleźć coś dla siebie. Ale po co jeździć gdziekolwiek, skoro rzeczy mogą przyjść same!

Mężczyźni (tak, tylko mężczyźni) z naręczami kiecek, bluzek, koszulek, a nawet staników i plecakiem wypełnionym kolekcją używanej odzieży damskiej lub męskimi spodniami (innych części męskiej garderoby w ofercie ‘obnośnego’ handlarza nie widzieliśmy), krążą po Segerei od rana do wieczora. Wychodzą o świcie i wracają do domów dopiero gdy jest tak ciemno, że ich potencjalne klientki i klienci nie są już w stanie oglądać towaru. Często widzimy jak sprzedawcy przechadzają się dumnie prezentując towar na lewo i prawo lub przystają, by otrzepać rzeczy z wszechobecnego pyłu i kurzu i wygładzić je, by wyglądały jak nowe.

Równie popularnym co sprzedaż używanych sukienek, topów i biustonoszy, jest handel obuwiem z drugiej ręki… a raczej nogi. „Buciarz”, zawsze mężczyzna, chodzi z plecakiem, a w każdej z dłoni trzyma po pięć-sześć butów, każdy inny. Sprzedawcy obuwia także mają swoje techniki odnawiania towaru. Polerowanie, pucowanie i pastowanie. To ostatnie tyczy się także podeszw. Również czarne elementy kolorowych spodów butów sportowych są precyzyjnie smarowane czarną pastą, by wyglądały jak nowe.

Chodzący po ulicach miasta handlarze używaną odzieżą mają swój zasób technik sprzedaży. Z reguły klient nie podchodzi do nich. To oni podchodzą do klienta lub klientki, gdy widzą kogoś, na kogo będzie pasowała jakaś rzecz z ich asortymentu. Często przystają też w miejscach, w których pracuje kilka osób. Pamiętajmy, że praca w Afryce wygląda ‘nieco’ inaczej niż w Europie, więc nikomu nie brakuje czasu na dokładne obejrzenie całego asortymentu handlarza, a wiadomo, że z racji ‘zatrudnienia’ w danym sklepie, barze, przychodni, pracownicy nigdzie się nie ruszą, więc handlarz ma nawet kilka godzin na prezentację towaru i pertraktacje. Oczywiście aż tyle czasu w jednym miejscu nie spędza, bo do obejścia ma całą dzielnicę, ale godzina czy dwie pogawędki z klientami w takich miejscach to standard. ‘Kolor nieładny? Nie mam innego. Ale może siostrze się spodoba. Za małe? A może będzie dobre na córkę?’ Pewnego dnia gdy siedziałem w barze u Oskara podszedł do mnie sprzedawca damskich butów i prezentując obklejone brokatem, plastikowe ‘lakierki’ we wściekło-różowym kolorze, na wysokiej koturnie, zaproponował: ‘Może dla żony?’.

Oczywiście kobiety potrzebują do życia czegoś więcej niż buty, kiecka i bluzeczka. Wiedzą o tym doskonale sprzedawcy okularów słonecznych, dzierżący na głowach wielkie prostokątne kawały styropianu, w które wbijają swój towar. Nie trzeba tego tłumaczyć także sprzedawcom drobiazgów dla pań, taszczących na ramionach wielkie palety, do których przyczepiają lusterka, broszki, spinki, gumki do włosów, grzebyczki, plastikową biżuterię itp. O ile sprzedawcy ciuchów i okularów nie mają żadnego ‘sygnału rozpoznawczego’, o tyle sprzedawcy damskich akcesoriów ogłaszają swoje nadejście zabawkowymi trąbkami, których drażniące piszczenie oznajmia, że oto nadchodzi róg plastikowej obfitości dla pań.

Mobilny pedicure

Ze wszystkich drobnych przedsięwzięć tanzańskich ludzi interesu najbardziej zadziwiają mnie przenośne salony pedicure. Jeden lub dwóch mężczyzn z małymi, plastikowymi koszyczkami wypełnionymi akcesoriami niezbędnymi do procederu upiększania paznokci, potrafią z nimi zrobić dosłownie wszystko. Przycinanie, polerowanie, zwyczajne malowanie paznokci lub w stylu francuskim, nakładanie tipsów, malowanie wzorków, kwiatków i innych dziwolągów… Słowem: full-service. Podpytaliśmy kiedyś naszą koleżankę z pracy o ceny tych zabiegów. Są one śmiesznie niskie – zwykłe pomalowanie paznokci u stóp to około 1 zł, pedicure francuski 3 zł, a tipsy – według Rosie cholernie drogie – to wydatek około 8-10zł. Nic dziwnego, że prawie każda Tanzanijka ma pięknie pomalowane paznokcie. Usługi cieszą się niezwykłą popularnością nie tylko ze względu na cenę, ale także dzięki ich ogólnej dostępności. Panowie ‘paznokciowi’ sami zjawiają się tam, gdzie panie akurat przesiadują. Przed sklepem, na przydrożnym kamieniu, na zwalonym pniu palmy. Tu nie trzeba salonów i królewskich foteli by zająć się kobiecymi paznokciami. Dziwi tylko to, że tumany kurzu w żaden sposób nie zakłócają pracy paznokciowych artystów. Czy znają sposób na uporanie się z trudnościami, jakie piętrzy przed nimi afrykańska przyroda, czy klientki nie są aż tak wybredne, nie wiem. Wiem natomiast jedno: skazani na ciągłą walkę o przetrwanie afrykańscy mikrobiznesmeni są w stanie zrobić niejedno, by wygrać choć trochę lepsze życie.

Sex on the beach

02/06/2010, środa

Plaża w Kendwa wydaje się być dziwnie opustoszała. Można śmiało powiedzieć, że w turystycznym kurorcie rezyduje więcej Tanzańczyków niż Europejczyków. Zanzibarczycy łowią ryby, Masajowie sprzedają rękodzieło i tkaniny, tubylcy wylegują się na hotelowych leżakach i bardzo żywiołowo reagują na nasz widok. Gdy przechadzamy się plażą już z oddali wołają nas i wymachują w powietrzu drobiazgami, które chcą sprzedać. Jeśli zainteresujemy się ‘ofertą’ jednego, od razu zjawia się kolejny, po chwili jeszcze jeden, aż w końcu oblepia nas grupa około dziesięciu sprzedawców i… gapiów? Kieszonkowców? Agnieszka rozmawia w suahili z handlarzami, ja przyglądam się z boku i wypatruję kombinatorów, którzy mogliby mieć zamiar inny niż wciśnięcie nam jednego z wielu bubli. Nie kupujemy nic. Kiepskiej jakości, zwyczajne drobiazgi w ‘turystycznych’ cenach to dla nas żadna gratka. W Dar za bransoletkę czy naszyjnik zapłacimy dwa-trzy razy mniej niż tu. Nie mówiąc o pamiątkach takich jak obrazy czy rzeźby, na których przebicie jest jeszcze większe. Ale po zainteresowaniu handlarzy nami widać, że interes nie idzie najlepiej i klientów, po prostu, brakuje. No cóż. W końcu do mlekiem i miodem płynącego sezonu turystycznego jeszcze daleko.

Przechadzając się po plaży w godzinach przedpołudniowych spotykamy tylko sprzedawców drobnych pamiątek. Później na rozgrzany piasek zaczynają wylegać turyści. A raczej… turystki. Wygląda na to, że do Kendwa przyjeżdżają tylko dziewczyny. Samotne, w małych grupkach, po dwie trzy, kilka… Młodsze, starsze, z różnych części Europy i Ameryki Północnej, trochę Azjatek. Wylegują się na piasku, opalają, kąpią w oceanie, od czasu do czasu korzystają z usług miejscowych masażystów, organizatorów wycieczek i innych przyjemności. Spokojnie, beztrosko wegetują do wieczora. Bo życie w Kendwa zaczyna się po zmroku!

Pewnego dnia przed jedną z hotelowych restauracji trafiamy na rewelacyjną informację! Otóż wieczorem w lokalu ma odbyć się impreza pod wodzą DJa ‚Rege Baby’! Ksywa wodzireja daje nadzieję, że w końcu będziemy mieli szansę pobawić się przy muzyce, którą bardzo lubimy. Po kolacji w ‚les Toits de Palmes’ (ostatnia w moim życiu ośmiornica w sosie kokosowym) idziemy do lokalu, w którym ma odbyć się oczekiwana przez nas z niecierpliwością zabawa taneczna.

Gdy wchodzimy do knajpy, przygrywa cicha, sympatyczna, reggae muzyczka. Jest już ciemno, świece, pochodnie i kolorowe lampiony rozświetlają otwartą przestrzeń restauracji, przydając miejscu romantycznej aury, w której… samotne dziewczyny, a może nie tak bardzo samotne, bo w większych i mniejszych grupach, jedzą kolację. Wszystkie w kusych kieckach i bluzeczkach, które odkrywają więcej niż zakrywają. My siedzimy i popijamy swoje napoje, przez dłuższy czas nic się nie dzieje, więc wychodzimy poza drewniane barierki oddzielające przestrzeń restauracji od plaży. Układamy się wygodnie w hamakach znajdujących się poza romantycznym blaskiem świateł restauracji i z otaczającego nas półmroku widzimy dużo więcej niż z miejsc przy stoliku.

Otwartą przestrzeń restauracji bacznie obserwują ukryci w mroku czarni chłopcy. Około dwudziestka młodych mężczyzn, z knajpy nie widać ich wcale, ale z hamaków widzimy wszystko. Dziewczyny, wybierające z menu kolejne dania, desery, pierwsze drinki i ukrytych w ciemności chłopaków wybierających…

Jesteśmy ciekawi co będzie dalej. Na co czekają przyczajeni w mroku młodzieńcy? Ceny w restauracji zdecydowanie eliminują ich z grona potencjalnych klientów lokalu. Czy czekają, aż dziewczyny wyjdą i będą mogli z nimi zagadać, czy może na jakiś szczególny moment, w którym będą mogli wejść? Stagnacja trwa, dziewczyny jedzą, chłopaki patrzą, my wracamy do stolika. Zamawiamy kolejne napoje i czekamy na rozwój wydarzeń. W końcu do akcji wkracza Rege Baby we własnej osobie. Gładko wygolona głowa, różowa koszula, obcisłe jeansy, nie wygląda na rastamana. Wyłącza przyjemną reggea’ową składankę i swój set rozpoczyna od ‚jamajskich’ klasyków – na początek Abba i Backstreet Boys. Potem jest już tylko gorzej. Obleśne dicho, techno, przegląd popowych koszmarów sprzed lat. Na nasze nieszczęście jesteśmy jedyną parą w zasięgu wzroku wodzireja, więc podchodzi do nas i żywo zachęca do zabawy. ‚Tańczcie, tańczcie, no chodźcie!’. Podrygując w rytm kolejnego zakurzonego szlagieru europejskiego kiczu usiłuje zachęcić nas do oderwania dłoni od szkła i pośladków od miękkich foteli. ‚Dobra ‚Babe’, ale gdzie twoje reggae?’ Jesteśmy już w dobrym nastroju i w stanie, w którym wyciągnięcie nas na parkiet jest łatwiejsze niż przekupienie niektórych tanzańskich policjantów, ale tani pop nie jest w stanie przekonać nas do wstania z wygodnych siedzeń, no, chyba, że w celu opuszczenia lokalu. Na szczęście DJ radykalnie zmienia repertuar i z głośników zaczyna rozbrzmiewać przyjemna, jamajska muzyka. Teraz już nikt nie musi nas namawiać…

Z początku jest drętwo. To znaczy my nie czujemy się drętwo, ale samotna para białasów podrygująca na parkiecie nie może wyglądać na uczestników najbardziej udanej imprezy na Zanzibarze. Jednak po chwili na niewielkim parkiecie robi się dość tłoczno. Dziewczęta odrywają się od stolików, pojawia się nawet jakiś biały facet, a po kilku całkiem niezłych, reggaeowych kawałkach, jeden po drugim, do lokalu zaczynają wślizgiwać się czarni młodzieńcy. Tańcząc ‚wyrywają’ upatrzone uprzednio dziewczyny. Nagle parkiet zamienia się w arenę miłosnych podbojów, a liczba czarno-białych parek rośnie z minuty na minutę. Wyraźnie uradowany tym stanem rzeczy Rege Babe (który też znalazł już sobie towarzyszkę) powraca do repertuaru rodem z wiejskiej dyskoteki, a my postanawiamy opuścić towarzystwo wzajemnej, europejsko-afrykańskiej adoracji.

Następnego dnia stosunki międzynarodowe nadal mają się dobrze! Plaża roi się od mieszanych parek, które wspólnie pływają, spacerują, jedzą w hotelowych restauracjach, leniuchują na plaży. Niestety, niektórym dziewczętom nie udało się znaleźć swoich amatorów. Ze skwaszonymi minami siedzą nad wielkimi deserami, którymi próbują poprawić sobie nastrój, ale wiedzą, że nie wszystko stracone! Tego wieczoru w Kendwa znów odbędzie się (poprzedzone pokazem akrobatycznym) disco, a ‚chłopaków do wzięcia’ jeszcze trochę zostało. Póki co wylegują się tu i tam, zbierają siły na wieczór i noc. Długą, pełną atrakcji i wrażeń, zanzibarską noc.

A my… Spacerujemy i obserwujemy znane tylko z internetowych legend i nielicznych artykułów prasowych zjawisko seks-turystyki. Zastanawiamy się nad tym ‚co oni takiego mają’ i co potrafią, że tyle dziewczyn i kobiet z całego świata przyjeżdża tylko po to, by podczas kilkudniowego seks-safari upolować sobie afrykańskiego partnera i przeżyć z nim kilka dni i nocy. Co takiego sprawia, że zapominają o statystykach, według których 10% (wersja oficjalna) Tanzańczyków ma HIV/AIDS? Czy może wierzą w niezawodność powszechnie dostępnych środków zabezpieczających przed chorobami, które przy takich ‚okazjach’ można złapać? Przygodny seks z nieznajomym mieszkańcem Czarnej Afryki jest jak rosyjska ruletka. Może właśnie to tak podnieca…?

Z zadumy wyrywa nas damski głos. ‚Hello!’ wypowiedziane z najbardziej niemieckim akcentem jaki można sobie wyobrazić. Dziewczyna wygląda znajomo. To właśnie ona poprzedniego wieczora nieśmiało kręciła się dokoła DJa Rege Baby. Wita się z nami, pyta skąd jesteśmy, co tu robimy, jak długo i gdzie zostajemy… Jest Niemką, to widać i słychać, pielęgniarką asystującą przy operacjach, do Kendwa przyjeżdża zwykle dwa razy w roku… Pyta czy wpadniemy na wieczorną dyskotekę. Krótką rozmowę przerywa Rege Baby. Podchodzi do dziewczyny i czule ją obejmuje. Próbujemy wciągnąć go w dialog ale zdaje się za dobrze nie znać angielskiego. W jakim języku tych dwoje dogaduje się ze sobą? Łamaną angielszczyzną? Czy najbardziej uniwersalnym ze wszystkich języków, językiem ciała? Ten drugi chyba im wystarcza.

Kendwa

26/05/2010, środa

Po czterech dniach postanawiamy skończyć romans z uroczym Stone Town i ruszyć gdzieś dalej. Dokąd? No cóż. Na mapie turystycznych ‘pozycji obowiązkowych’ jednymi z ważniejszych punktów są oczywiście urocze plaże wyspy. Nie wiemy dokąd najlepiej się udać, nie mamy zrobionej żadnej rezerwacji, ale wybór jest spory. Miejscowości turystycznych na wybrzeżach Zanzibaru nie brakuje. Przysłowiowym rzutem monetą wybieramy północny cypel wyspy i zaczynamy obdzwaniać hotele, hostele i inne noclegownie wymienione w darmowym informatorze turystycznym. Szybko okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta. Wiele miejsc jest zamkniętych, w końcu jesteśmy na Zanzibarze poza sezonem. Po kilkunastu telefonach udaje nam się znaleźć niedrogi nocleg w miejscowości Kendwa.

Aby dojechać do Kendwy ze Stone Town, trzeba pokonać odległość ponad pięćdziesięciu kilometrów. Taksówka odpada – to koszt około 40 dolarów. Na szczęście Zanzibar ma swoją komunikację międzymiejską i ze znalezieniem autobusu nie mamy najmniejszego problemu.

Zanzibarskie autobusy wyglądają zupełnie inaczej niż te w Dar. Nie są to stare, zdezelowane minibusy Toyoty, tylko małe ciężarówki tej i innych azjatyckich marek, do których domontowano niski daszek i dwa rzędy ławeczek po bokach lawety. Jest naprawdę nisko i da się tylko siedzieć. Ogromną zaletą zanzibarskich autobusików jest ograniczona liczba pasażerów, wypisana na boku kabiny. To sprawia, że podróż transportem publicznym na wyspie, w przeciwieństwie do Dar es Salaam, odbywa się w ludzkich warunkach.

Wyruszamy z rana. Do dworca autobusowego mamy z St. Monica’s bardzo blisko. Bez problemu znajdujemy odpowiedni autobus. Numer 116 z zawrotną prędkością wiezie nas na północ. Siedzenie pod niskim sufitem wypełnionej po brzegi (w dopuszczalnych przez wyznaczony limit granicach) dala-dali nie jest zbyt wygodne, ale podróż nie trwa bardzo długo. W ciągu około godziny jesteśmy na miejscu. Pomocnik kierowcy informuję nas, że ‘to tutaj’ i wysiadamy.

Stoimy w środku pustego pola. Po horyzont niskie zarośla przecięte tu i ówdzie małymi poletkami uprawnymi. To ma być nasz wakacyjny raj? Przed nami wije się wstęga gruntowej dróżki. Z braku innych możliwości wchodzimy na wyboistą ścieżkę i ruszamy prosto przed siebie. Po kilkunastu minutach marszu krajobraz wciąż jest taki sam: niskie krzaki, trawy, tylko gdzieniegdzie jakieś drzewa i pola, ale nagle, w samym środku pustkowia, natrafiamy na… szkołę podstawową. Dokoła nie widać żadnych innych zabudowań, ale szkoła jest! Do tego właśnie w momencie gdy przechodzimy obok niej, z budynku wybiega około setka ‘umundurowanych’ maluchów, dla których, oczywiście, stajemy się atrakcją tygodnia! ‘Mzungu! Mzungu!’ wołają i idą za nami, jakby pierwszy raz w życiu (albo od bardzo dawna) widziały białego człowieka. Ta reakcja i pustkowie rozciągające się także daleko za szkołą jeszcze bardziej podkopują naszą wiarę w to, że jesteśmy w pobliżu wakacyjnego kurortu.

Jednak już po kilku minutach dalszego marszu trafiamy na jakieś zabudowania. Nie są to co prawda hotele czy inne turystyczne przybytki, tylko zwykłe, afrykańskie, gliniane, kryte palmowymi liśćmi domki, ale cywilizacja jest, a w oddali widać morze. Błądzimy trochę po wiosce, ale w końcu trafiamy na drogę, przy której jest kilka sklepów, w tym z pamiątkami, jakieś restauracyjki po jednej stronie, a po drugiej wysoki mur, mający najwyraźniej oddzielać wioskę od czegoś, co jest za nim. Pewnie właśnie tego szukamy.

Idziemy wzdłuż muru. Miejscowi zapraszają nas do swoich sklepów i barów, oferują nocleg w skleconych przez siebie bandach (szałaso-chatkach z palmowych liści), widać, że biznes nastawiony na turystów kręci się na całego. W końcu dochodzimy do wysokiej, blaszanej bramy ośrodka ‘Kendwa Rocks’. Za metalowymi drzwiami dwóch ochroniarzy i inny świat. Recepcja, hotel, domki, pięknie przystrzyżone krzaczki i trawniczki, kolorowe chodniki, fontanna i schody prowadzące na plażę. Docieramy do widoku z zanzibarskiej pocztówki. Przed nami biały piasek, palmy, lazurowa woda, błękitne niebo, leżaki, hamaki, bary i restauracje, do których zaprasza przyjaźnie uśmiechnięta obsługa, hotel za hotelem, ośrodek za ośrodkiem…

W końcu docieramy do ‘Les Toits de Palmes’ w którym zarezerwowaliśmy miejsce. Pierwotnie miała to być banda, ale gdy zobaczyliśmy coś, co przypominało szałas, do którego wystarczy wsadzić rękę przez jedną z wielu dziur w ‘ścianach’, by ukraść wszystko co możliwe, i do którego komary w godzinach wieczornych mają ‘pełen dostęp’, postanawiamy zrezygnować z rezerwacji i wykupić dwie noce w niewiele droższym (25$ zamiast 20$ za noc) ale znacznie szczelniejszym i bezpieczniejszym domku z łazienką i dużym, wygodnym łóżkiem. Po ustaleniu wszystkich niezbędnych szczegółów z recepcjonistą zrzucamy z siebie plecaki i zaczynamy…

Wakacje nad morzem

Chyba wszystkie afrykańskie plaże nad Oceanem Indyjskim są tak samo urocze. Biały piasek, czysta, ciepła woda, spokój i cisza, ponadto towary i usługi jakich dusza zapragnie, szczególnie na superpopularnym wśród turystów z całego świata Zanzibarze. Pyszne jedzenie, napoje, alkohole, pamiątki, ubrania, masaże, nurkowanie, wycieczki, łódki do wynajęcia, dyskoteki, instruktorzy sportów wodnych i lądowych, siłownie, salony odnowy biologicznej, pokazy i występy lokalnych artystów, sportowców i innych specjalistów, łatwe dziewczyny, łatwe chłopaki, marihuana i inne narkotyki, kawiarenki internetowe… nie brakuje niczego, na pewno nikt nie będzie się nudzić.

Ale morze trzeba lubić. Bo wakacje nad wielką wodą mają w sobie to specyficzne ‘coś’, czym trzeba umieć się rozkoszować. Bezruch, lenistwo, wylegiwanie się na plaży, smażenie się w słońcu jak kawał mięsa na grillu (trzeba pamiętać żeby od czasu do czasu się obrócić), kąpiele w morskiej toni… tak, to wszystko ma swój urok i fajnie jest czasem pojechać nad morze, nad ocean i poleniuchować sobie na rozgrzanym piasku. I my też lubimy czuć gorący piasek pod pupą, zanurzyć się w przejrzystej wodzie, ale bez przesady. Kilka godzin wystarczy. Potem zaczynamy się nudzić. A w Kendwa planujemy zostać dwa dni. Co tu robić?

Oczywiście portfel wypchany dolarami ułatwiłby wybór rozrywek. Wszystko, co oferują okoliczni przewodnicy i organizatorzy wycieczek wiąże się ze sporymi wydatkami. Mówi się, że Tanzania to strasznie drogi kraj pod wzglądem turystycznym. Co prawda nie zjechaliśmy osobiście połowy świata i trudno nam porównać ją z innymi krajami, ale z relacji osób, które widziały więcej niż pół świata wiemy, że tak właśnie jest.

Ale nie ma co narzekać na brak kasy. Na nurkowaniu z butlą czy surfingu i tak totalnie się nie znamy, wypływać na wycieczki po okolicznych wyspach po czterech dniach chodzenia po Stone Town już nam się nie chce, wyprawa łódką tylko po to, by z morza zobaczyć zachód słońca nas nie podnieca, więc z butelką zimnych napojów w spoconych dłoniach zapadamy w wakacyjny letarg na leżakach skleconych z drewna i grubych sznurków, a od czasu do czasu wchodzimy do wody.

Ocean w okolicach Zanzibaru jest przecudny. Woda przejrzysta, przez pływackie okularki widzę czyste dno, dokoła pływają kolorowe ryby, meduzy (na te ostatnie lepiej uważać – raz przekonałem się o tym na własnej skórze), szczególnie wokół porośniętych morską roślinnością podwodnych głazów aż roi się od przeróżnych pływających stworzeń. Uważać też trzeba na długie kolce jeżowców. Spotkanie z nimi może być wyjątkowo bolesne. Ale mimo mniejszych i większych niebezpieczeństw (pływając od czasu do czasu myślę o głowie rekina widzianej podczas wycieczki na plantację przypraw) czających się pod morskimi falami, w wodzie u wybrzeży Zanzibaru trzeba zanurkować. Bo co to za wakacje nad oceanem bez pływania! A po dłuższej kąpieli i drzemce na leżaku żołądek zaczyna domagać się obiadu.

Ośmiornica w sosie kokosowym

‘Restauracyjka’ (kilka stolików pod daszkiem z palmowych liści) przy naszym hotelu oferuje zaledwie kilka dań, ale różni się tym od większych przybytków gastronomicznych przy większych i lepszych ośrodkach, że aby najeść się w niej we dwoje, nie trzeba wydać kilkudziesięciu tysięcy szylingów, tylko kilkanaście. Wybór dań nie jest wielki, ale wszystkie ‘klasyczne’ morskie, egzotyczne pozycje są dostępne. Ryby, kalmary, ośmiornice, w sosie curry, kokosowym, czasem grillowane. Wystarczy. Sos kokosowy brzmi pysznie a po kilku spotkaniach z ośmiornicą w restauracyjkach w Stone Town wiemy, że warto poświęcić jeszcze trochę uwagi właśnie tej pozycji w menu.

Zamawiamy danie. Obydwoje to samo. Czekamy… dość długo, ale przynajmniej daje to nadzieję, że kucharz przyrządza wszystko ‘od zera’, a nie odgrzewa półprodukty, lub, co gorsza, przygotowane kilka dni temu danie. Czas oczekiwania niepokojąco się wydłuża, upewniam się, że wszystko jest w porządku, ‘tak, tak, spokojnie’ zapewnia recepcjonista-kelner-barman (obsługa hotelu składa się tylko z niego i kucharza) i po chwili przynosi nasz obiad. Warto było czekać. Pyszny, gęsty, aromatyczny sos z pomidorów i kokosa, z mnóstwem przypraw, w nim pływają kawałki ośmiornicy, do tego świeży ryż ugotowany ‘po tanzańsku’, palce lizać! Wygłodzeni długim czasem oczekiwania szybko pałaszujemy rajskie danie i ruszamy na spacer po plaży i okolicy.

Ciekawi kulinarnych atrakcji serwowanych ‘we wsi’, poza hotelowym zagłębiem rozciągającym się wzdłuż plaży, wybieramy się na rekonesans do Kendwa. Niedaleko ośrodka ‘Kendwa Rocks’, tuż za metalową bramą oddzielającą turystyczne getto od ‘normalnych’ zabudowań, trafiamy na ‘the African Charming Local Restaurant’. Już z daleka widać, że restauracja jest dopiero budowana, ale kuchnia już działa, menu już jest, pod strzechą kilka stolików, oddzielonych od placu budowy parawanem ze szmat i starych obrazów, wokół rój much, ale… zamówić i zjeść, jak najbardziej, można. Wydrukowane w pełnym kolorze i zalaminowane menu nie wygląda jakby wczoraj przyniesiono je z punktu ksero, ale zapowiada się smacznie i bardzo tanio (3500 szylingów, około 7 zł za danie). Kelner, rastafarianin w wielkim berecie i ciuchach ubrudzonych cementem, przychodzi zebrać zamówienia. Agnieszka rezygnuje. Ja nie. Wybieram kalmary w sosie curry, tak dla odmiany. ‘Nie ma kalmarów.’ ‘A co jest?’ ‘Dzisiaj… – rastafarianin zagląda do swojego notesu i robi taką minę, jakby ilość dostępnych pozycji znacznie przekraczała możliwość ich zapamiętania – ośmiornica w sosie kokosowym.’ ‘Raz proszę.’

Ze znajdującej się za obskurnym parawanem kuchni (z pewnością garnki ustawione na paleniskach z kamieni lub betonowych cegieł) zaczynają dobiegać odgłosy krzątaniny. Szczęk łyżki mieszającej coś w garnku, talerzy, po chwili całkiem niezły zapach. W międzyczasie zza szmacianej ściany głos kobiety popędza naszego kelnera: ‘Jenga, rastafari, jenga!’ (‘buduj, rastamanie, buduj!’). Przez przerwy w parawanie widzimy jak mężczyzna biega z wiadrami cementu, po chwili przynosi moją ośmiornicę. Smakuje nieźle, ale zdaje się, że kokos się skończył, bo sos przypomina bardziej zupę pomidorową. Ale dobre i to. Przynajmniej nie smakowało tak samo jak w naszym hoteliku.

W ‘mieszkalnej’, niehotelowej części Kendwa jest jeszcze jedna restauracja. Sądząc po stanie przybytku, jest on tworem dość nowym. Prowadzi go sympatyczna para, podobnie jak w innych odwiedzonych przez nas lokalach wybór potraw nie jest zbyt duży, ale cała zanzibarska klasyka figuruje w menu: ryby, ośmiornica, do tego jakieś makarony, ponoć można zamówić ‘zwykłe’ spaghetti, Agnieszka, będąca fanką kuchni włoskiej, decyduje się na makaron z sosem pomidorowym, a ja… za rybami nie przepadam, na makaron nie mam ochoty. Zostaje mi więc ośmiornica. ‘Dla draki’ i porównania smaku z tym, z poprzednio odwiedzonych lokali, zamawiam wersję w sosie kokosowym. Nie jest zła, ale obiecuję sobie, że to już ostatni raz, gdy jem ośmiornicę w sosie kokosowym.

Pewnego wieczora w Kendwa postanowiliśmy zjeść kolację w ‘Les Toits de Palmes’. Nie chciało nam się nigdzie daleko szukać dobrego, taniego posiłku, więc zajrzeliśmy do hotelowego menu, wypisanego kredą na wielkiej, szkolnej, czarnej tablicy ustawionej na piasku. Ryby i ośmiornica. By uniknąć ‘powtórki z rozrywki’ po raz czwarty, zamawiam ośmiornicę z grilla. Czekam. Agnieszka najedzona od poprzedniego posiłku spokojnie popija sobie colę. Jedną, drugą… mija godzina i zastanawiamy się co dzieje się z moja ośmiornicą. Czy kucharz dopiero poszedł ją złowić, czy zasnął nad grillem… upewniam się czy wszystko OK. Recepcjonista-kelner-barman zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że już niedługo ośmiornica będzie gotowa. Mija jeszcze jakieś pół godziny i na stoliku ląduje… ośmiornica w sosie kokosowym. ‘Zamawiałem ośmiornicę z grilla.’ ‘Naprawdę?’ Obsługujący hotel mężczyzna pobiegł do kuchni i wrócił po chwili. ‘Przepraszam, kucharz mnie nie zrozumiał i przygotował coś innego… on tak czasem ma.’ ‘Ok – mówię – niech będzie.’ Nie chcę sprawiać problemów i czekać kolejnych dwóch godzin na ośmiornicę w czymś innym niż sos kokosowy, bo robi się już późno, a wieczorem…

Wszystkie smaki świata (Kuba)

18/05/2010, wtorek

Ze smacznego snu w wygodnych łóżkach w małym, schludnym pokoiku st. Monica’s wyrywa nas głośne… miauczenie. Tak. Jesteśmy wielkimi miłośnikami kotów i przedstawiciele tego niezwykłego gatunku zdają się to wyczuwać i próbują wykorzystać gdy tylko nadarzy się okazja. Co więcej, rozumiemy trochę koci język i dobrze wiemy po co hałasujący za drzwiami zwierzak przyszedł. Ale może to nie do nas? Może gdzieś tu mieszka jego właściciel? Gdy otwieramy drzwi widzimy ogromnego, kosmatego kocura leżącego na schodach prowadzących na zamknięty strych. ‘Jeść! Jeść!’ oznajmia miaucząc na całe schronisko i patrzy nam głęboko w oczy. Niestety, nie mamy niczego, czym moglibyśmy podzielić się z głodnym futrzakiem. Po kilku kolejnych roszczeniowych miauknięciach kocur zdaje się rozumieć, że nic nie osiągnie. Zeskakuje ze schodów i idzie w swoją stronę.

Ale nie tylko zanzibarskim kotom kiszki grają marsza o poranku. Kosmaty gość obudził nas w porę na śniadanie. Wliczone w cenę noclegu, serwowane tylko do 9, nie jest zbyt obfite ale wystarczy by zaspokoić pierwszy, poranny głód. Bierzemy szybki prysznic i zbiegamy do jadalni. Kucharka powolutku przyrządza nasze omlety, kelnerka układa na talerzykach kawałki chleba…

Na szczęście wiemy już dokąd się udać by wypełnić rosnącą z każdym krokiem pustkę w żołądku. Oczywiście znaleźć ‘coś do jedzenia’ w Stone Town to nie sztuka. Restauracji jest tu mnóstwo i zjeść można wszystko, czego dusza zapragnie. Dania kuchni europejskiej, chińskiej, indyjskiej i innych mniej lub bardziej egzotycznych. Ceny… różne. Szczególnie w bardziej popularnych wśród turystów zakątkach posiłek może kosztować sporo i kilkadziesiąt złotych na osobę może nie wystarczyć by zjeść porządny obiad.

Ale prawdziwym, tradycyjnym jedzeniem zanzibarskim można najeść się za dosłownie kilka złotych w jednej z wielu małych knajpek, prowadzonych przez miejscowych, dla miejscowych. W takich lokalach jest niedrogo i ciekawie. W Zanzibar Cuisine nieopodal st. Monica’s 6000 szylingów (około 13 złotych) płacimy za obiad i napoje dla dwóch osób. A wybór jest niemały. Ośmiornice, kalmary, kurczak i inne mięsa, warzywa, podawane z ryżem, makaronem, chapati lub chlebem naan (okrągły, mączny placek grubości około 1 cm), wszystkie w przepysznych sosach z różnych mieszanek curry i innych przypraw. Owoce morza i mięso podawane w głębokich talerzach pływające w aromatycznej zupie, smakują wybornie z ryżem, ale żaden z oferowanych dodatków nie przebija świeżego chlebka naan, zanurzonego w gorącym, pełnym przypraw sosie. Do tego smak ośmiornicy lub innej morskiej pyszności, która została zakupiona w porcie prosto z małego, rybackiego kutra i w drodze do garnka z pewnością nie widziała nawet lodówki. Zapach i smak świeżych owoców morza i przypraw to oczywiście wizytówka wyspy. Choć małe knajpki wyglądają jak bary mleczne i oferują zaledwie kilka dań, to menu wielu z nich zmienia się codziennie, dlatego będąc na wyspie warto upatrzeć sobie takie miejsce i odwiedzić je kilka razy by poznać prawdziwy smak Zanzibaru.

Wieczorem, po całym dniu wędrówek po kamiennym mieście, głód atakuje ponownie. Mój żołądek ma dość irytujący zwyczaj powiadamiania o ‘brakach w zaopatrzeniu’ w późnych godzinach wieczornych. Tak też dzieje się pewnej nocy w St. Monica’s. Siedzę na balkonie, popijam colę, a tu nagle zostaje nadany ‘sygnał z wnętrza’. ‘Jeść! Jeść!’ Schodzę na dół do restauracji. Ciemno, naciskam klamkę ciężkich, drewnianych drzwi, zamknięte na cztery spusty. Wracam na taras, zastanawiam się co zrobić. Pracownicy wszystkich okolicznych jadłodajni już kilka godzin temu przekręcili klucze w zamkach swoich lokali i nie ma szans bym o tak późnej godzinie, w pobliżu, znalazł otwartą knajpkę. Do restauracyjnego zagłębia dla turystów przy Kenyatta Road jest zbyt daleko by wybierać się tam o tej porze. Jednak po drugiej stronie ulicy zaczyna dziać się coś ciekawego. Ktoś rozpala węgle na prowizorycznym grillu i pod dużym wokiem, w którym po chwili zaczyna wrzeć olej na frytki. W poświacie rzucanej przez rozżarzone węgle widzę jak dwóch mężczyzn obsługujących stoisko nabija na patyki kawałki mięsa, po chwili frytki lądują w głębokiej patelni, dookoła robi się tłoczno, na ławeczce obok palenisk grupa dziewcząt w długich czarnych szatach z włosami zakrytymi chustami w różnych kolorach przysiada i czeka na zamówiony posiłek, spieszący do domów ludzie przystają i zamawiają kolację. Mshikaki. Małe wołowe szaszłyczki, podawane z frytkami lub smażonymi bananami to typowe, tanzańskie uliczne jedzenie. Lokalny Fast food. Jak budka z hot-dogami w Polsce – tak w Tanzanii mały, prostokątny grill i głęboka, półokrągła patelnia, wyglądająca dokładnie tak samo jak chiński wok, stoją prawie na każdym rogu w bardziej ruchliwych punktach każdego miasta. Oczywiście moje zaufanie do wynalazków tego typu jest ograniczone, ale są takie chwile gdy…

Schodzimy na dół. Produkcja szaszłyków idzie pełną parą, dokoła sporo wygłodniałych klientów. Pracę dwóch ‘kucharzy’ nadzoruje Hindus, który prezentuje menu; mshikaki i fryki. Pyta co podać. ‘Hmm… może… mshikaki i frytki!’ Kupujemy sporą porcję frytek i osiem szaszłyków na wynos. ‘Szef kuchni’ pakuje je w folię aluminiową i szary papier. Za sporej wielkości, sycące danie dla dwojga płacimy jakąś śmieszną kwotę. Chyba 2000 szylingów (ok. 4 złote). Zabieramy jedzenie do hostelu i zjadamy na wypoczynkowym tarasie. Jeszcze tylko prewencyjna szklaneczka Grantsa i spać. Bo następnego dnia rano…

Spice tour

Są takie rzeczy, które o Zanzibarze trzeba wiedzieć, są takie rzeczy, które na Zanzibarze trzeba zrobić, zobaczyć. W pseudonimie ‘wyspa przypraw’ kryje się cała tajemnica tego co ‘trzeba’. Ten niewielki kawałek lądu u wybrzeży Tanzanii jest domem smaków i zapachów, które można znaleźć we wszystkich kuchniach świata. Zanzibar słynie z uprawy i eksportu przypraw. Jeszcze do niedawna 90% światowej produkcji goździków pochodziło z wyspy. Prócz nich do dzisiaj uprawia się tam pieprz, wanilię, cynamon, gałkę muszkatołową, imbir, szafran, kardamon, curry, kurkumę i inne mniej lub bardziej popularne przyprawy lub składniki mieszanek dostępnych na całym świecie.

Smakowita sława wyspy sprawia, że obowiązkowym punktem w planie każdego zanzibarskiego urlopu jest tzw. spice tour, czyli nic innego jak wycieczka na jedną z wielu plantacji przypraw. Jako, że kilka dni wcześniej wcieliliśmy się w wypoczywających na Zanzibarze ciekawskich turystów, nie możemy przepuścić okazji ‘zaliczenia’ obowiązkowej wycieczki.

Udajemy się więc znów do hostelu Haven, którego właściciel, za rozsądną opłatą, zaproponował nam zorganizowanie takiej właśnie wycieczki. Następnego dnia rano, pod St. Monica’s czeka przewodnik. Zabiera nas do minibusu, który chwilę krąży po mieście i zbiera niezbyt liczną grupę uczestników kilkugodzinnej wyprawy. Wraz z nami oglądać i obwąchiwać plantację będą: wesołe małżeństwo emerytowanych Holendrów, mieszkających na jednej z wysepek archipelagu Antyli Holenderskich, zdołowana, młoda para Australijczyków, przybita nudnym i stresującym życiem zawodowym, o którym nie chce w ogóle rozmawiać (wpływa ono jednak bardzo negatywnie na wyraz ich twarzy, wyglądają, jakby na Zanzibar pojechali ‘za karę’) oraz grupka młodych Azjatek, dwie dziewczyny z Chin i jedna z Japonii, których kulturowo odmienne i znacznie częstsze od naszych ‘jęki zadziwienia’ (głośne i przeciągłe ‘ooooo’ i ‘aaaaa’ o intonacji wznoszącej) uczynią naszą wycieczkę jeszcze bardziej egzotyczną.

Autobus powoli wyjeżdża ze Stone Town. Przewodnik pokrótce omawia rozkład dnia. Najpierw plantacja, potem obiad, później jaskinia, w której przetrzymywano niewolników, potem plaża… nie słucham zbyt uważnie, bo tuż po opuszczeniu Stone Town robi się… ciekawie. Otóż po przejechaniu skrzyżowania oddzielającego historyczną część miasta od reszty tzw. Zanzibar City, wjeżdżamy na szeroką, czteropasmową ulicę, pośrodku przeciętą pasem zieleni, a po obydwu stronach drogi ciągnie się długie, nieprzerwane pasmo kilkupiętrowych… bloków mieszkalnych. Szare, brudne, smutne, zbudowane z betonowych płyt, takie, jak stoją w każdym polskim mieście, wybudowane w latach 70 – 80. Te zanzibarskie różnią się od ‘naszych’ tym, że od czasu gdy powstały, nie widziały pędzla i farby. To Michenzani Plattenbau. Wzniesione w latach 70 przez współpracujące z Zanzibarem Niemcy Wschodnie. Widok egzotycznie koszmarny. Szczególnie tutaj, na cudownej wyspie przypraw, tuż po wyjechaniu z przepięknego Stone Town.

Mijamy socjalistyczne horrory budowlane i robi się coraz znośniej. Zanzibar City (stolica wyspy) przez szyby minibusu wygląda ładnie. Nowoczesne budynki banków i instytucji życia publicznego, meczety, jeden z nich zbudowany na słupach unoszących go nad niewielkim zbiornikiem wodnym, jakby jeziorkiem w środku miasta. Wszędzie sklepy, szerokie asfaltowe ulice, ruch umiarkowany, brak wiecznych korków, typowych dla Dar. Zanzibar City to w porównaniu z metropolią malutka wioska, a trochę ponad milion mieszkańców wyspy to zaledwie ułamek wielomilionowej populacji największego miasta Tanzanii.

Powoli opuszczamy stolicę, mijamy ostatnie zabudowania. Po obydwu stronach drogi króluje soczysta zieleń. Wielopiętrowy tropikalny las jest tak gęsty, że w niektórych miejscach nie widać nic poza ścianą roślinności. Wysoko nad nami kokosowe palmy. Kilka metrów nad ziemią wielkie liście bananowców. Każde wolne miejsce między liśćmi niższych i wyższych palm jest wypełnione koronami różnych drzew. Przy samej ziemi gęste trawy, nad nimi krzewy… tylko gdzieniegdzie z tropikalnego lasu wyłania się gliniana chatka, czasem przy drodze widać stację benzynową, poza tym zieleń. Dzika, żywa, chaotyczna, wszechobecna, piękna.

Po dość długiej przejażdżce w głąb wyspy skręcamy w boczną, gruntową drogę. Zatrzymujemy się na poboczu i przewodnik wyprowadza nas w las. Zaczynamy właściwą i najważniejszą część wycieczki. Zbliżamy się do plantacji przypraw. Oczywiście na żyznych glebach Zanzibaru rośnie też wiele innych ‘pożytecznych’ drzew. Przewodnik pokazuje czerwony mahoń (idące z tyłu grupy Azjatki głośno wyrażają zadziwienie i zachwyt: ‘ooooo’), tłumaczy jak rosną banany i co należy robić z kiścią, gdy jeszcze jest na drzewie, by palma dobrze owocowała (zza naszych pleców dobiega pełne zachwytu ‘aaaaaa’ – tak będzie przy każdej omawianej roślinie). Idziemy w głąb tropikalnego lasu. Wchodzimy na wąziutką ścieżynkę biegnącą między drzewami. Wszędzie zielono, na każdym kroku wyrastają z ziemi jakieś liście, trawy, mniejsze i większe krzaki, wysoko nad nami szumią postrzępione liście palm kokosowych, pod nimi inne drzewa, pnie są gęsto oplecione jeszcze innymi roślinami… Przewodnik tłumaczy; ‘Pnąca się wysoko nad ziemią roślina po prawej to pieprz. Kolor ziaren zależy od tego jak bardzo są dojrzałe…’. Oglądamy, przewodnik zrywa małą kiść pieprzu, pozwala przyjrzeć się z bliska, powąchać. Przedzieramy się przez gęste zarośla, schyleni pod koroną niskich drzew… przewodnik zrywa kilkudziesięciocentymetrowe źdźbło trawy. ‘Co to jest?’ rozciera liście, pozwala powąchać. Zagadki są nieodłącznym elementem każdej wycieczki na plantację przypraw. To trawa cytrynowa. ‘A tam, dalej – wskazuje rosnące w podmokłej dolince poletko innych traw – rośnie ryż. A to tutaj, zgadnijcie co to?’ Scyzorykiem zeskrobuje z drzewa kawałek kory. Cynamon! Krętą ścieżką idziemy w głąb lasu. Zaczyna padać. Chowamy się pod słomianą strzechą małej glinianej chatki, która ni stąd ni zowąd nagle wyłania się spomiędzy krzaków. Stoimy całą grupą pod daszkiem mając nadzieję, że deszcz szybko minie. Podczas pobytu na Zanzibarze mamy wyjątkowe szczęście do pogody. Mimo pory deszczowej przez pięć z sześciu dni spędzonych na wyspie, świeci słońce. Deszcz który dopadł nas na plantacji przypraw mija, wiatr szybko rozgania chmury i już po chwili ruszamy w dalszą drogę. Zanurzamy się w głąb zielonej gęstwiny. Po prawej najostrzejsza papryka Afryki Wschodniej. Stosuje się ją nie tylko w kuchni. Sproszkowane owoce rozpyla się też na polach uprawnych jako środek owadobójczy i grzybobójczy. Po lewej z gałęzi drzewa zwieszają się laski wanilii, które na Zanzibarze zapyla się ręcznie ze względu na brak odpowiedniego gatunku owadów, kilka kroków dalej z ziemi wyrasta ananas. ‘Tak rosną ananasy?!’ ‘Oooo… aaaaa…’ – jęk zadziwienia dobywający się z gardeł Azjatek jest jeszcze donośniejszy niż pryz poprzednich roślinach.

Im dalej w las, tym więcej… przypraw! Kręta ścieżka prowadzi nas do zagajnika pełnego niższych drzew i zarośli. Tutaj rosną tandoori. Drzewa, z którego owoców uzyskuje się czerwony barwnik, używany się do produkcji tandoori masala i innych czerwonych mieszanek. Kilka kroków dalej niewysokie drzewko o bardzo niepozornym wyglądzie. To curry. Jego liście to jeden ze składników przyprawy o tej samej nazwie. Dalej pnie się krzew kawy. Kilka kroków dalej z ziemi wyrastają podłużne, szerokie liście. To kardamon, stanowiący bardzo dobry dodatek do gorących napojów. Tuż obok niepozorne, niskie ‘trzcinki’, z których symetrycznie wyrastają podłużne liście. Korzeń tej rośliny to imbir. Przewodnik opowiada o jego właściwościach leczniczych. Dodany do herbaty zapobiega wymiotom, pomaga cierpiącym na chorobę lokomocyjną, ma szerokie zastosowanie w medycynie tradycyjnej. Obok niego, tuż nad ziemią, rośnie biały kwiat, otoczony sporymi liśćmi na kilkunastocentymetrowych łodygach. Przewodnik wykopuje z ziemi korzeń, przekrawa go i pyta: ‘a to? Co to takiego?’ żółta barwa miąższu zdradza odpowiedź. To kurkuma! Dalej niewysokie drzewo pod którym leżą podobne do małych jabłek owoce. Przewodnik zrywa z drzewa jeden z nich. Przekrawa go i prezentuje wnętrze. Duża pestka wygląda jakby owinięto ją jaskrawoczerwoną włóczką. Ale skądś znam ten kształt… To gałka muszkatołowa! Przewodnik opowiada o znanych od tysiącleci właściwościach odurzających tej przyprawy. Tanzańskie kobiety od dawien dawna w dzień swojego wesela przyrządzają z niej specjalną potrawę i narkotyczny szał nadaje im śmiałości podczas całonocnej zabawy i nocy poślubnej.

Jak to zwykle bywa podczas wycieczek takich jak ta, oszołomieni pikantnymi, pachnącymi nowinkami zostajemy doprowadzeni do niewielkiego stoiska z przyprawami i mieszankami przypraw. Szybkie zakupy i w drogę. Kolejny punkt programu to wizyta w sułtańskich łaźniach. Kryjący w sobie kilka pomieszczeń podłużny budynek wygląda bardziej jak zapomniany bunkier ale to właśnie tutaj sułtan z dynastii Al Busaid podczas wizyt na swoich plantacjach zatrzymywał się niegdyś by odpocząć i odświeżyć się w drodze powrotnej do swojej siedziby w stolicy wyspy. Po krótkim postoju ruszamy w dalszą drogę. Następny przystanek: obiad!

Po krótkiej przejażdżce asfaltowa drogą zatrzymujemy się w pobliżu kilku parterowych, murowanych budynków. Nie wyglądają najlepiej ale są zamieszkałe. W wysokiej trawie, między kurami i kozami baraszkują półnagie dzieci, na schodach jednego z domów siedzą dwie kobiety i w aluminiowych garnkach poustawianych na prowizorycznych paleniskach z kilku kamieni gotują nasz obiad. Aromatyczny, bezmięsny ryż pilau, który smakuje jakby wrzucono do niego całą spice tour. Do tego przepyszny szpinak z domieszką mleka kokosowego. Przewodnik zaprasza nas do jednego z budynków, przed wejściem każe zdjąć buty. Siadamy na rozłożonych na podłodze matach i czekamy. Po chwili kobiety przynoszą jedzenie.

Ruszamy dalej. Znów zjeżdżamy z dziurawego asfaltu i minibus zanurza się w gęstej zieleni. Wąska gruntowa droga prowadzi nas w stronę wybrzeża. Gdy docieramy na miejsce i wysiadamy z pojazdu widzimy morze. Przewodnik prowadzi nas w stronę małego, pustego budynku, w którym siedzi kilku mężczyzn. Jeden z nich, za dodatkową opłatą 1000 szylingów, sprowadza nas w dół jaskini, w której niegdyś przetrzymywano niewolników. Piekielne wnętrze groty jest zupełnie ciemne. Widzimy tylko niewielki fragment ciągnących się na kilka kilometrów w głąb lądu tuneli. Śliskie i ostre skały wyglądają przerażająco. Aż strach pomyśleć, co musieli czuć więzieni tutaj ludzie. Nie wszyscy uczestnicy wycieczki decydują się na zejście w dół stromych schodów do przypominającej przedsionek piekieł groty.

Ten, który sprowadził nas na dół łamaną angielszczyzną opowiada historię miejsca. ‘Sułtan odkrył grotę gdy pewnego dnia wpadła do niej koza. Wiecie? Koza. Meee, meee!’ Ponurzy Australijczycy wreszcie mają powód do uśmiechu. Z trudem powstrzymują chichotanie gdy przewodnik dalej snuje swoją opowieść. ‘Bo kiedyś pasły się tu kozy i krowy. No wiecie. Krowy. Muuu, muuu!’ Kilka razy upewnił się czy wszyscy aby na pewno zrozumieli, o co mu chodzi, dał chwilę na zrobienie zdjęć i wyprowadził wycieczkę na powierzchnię.

Dziękujemy przewodnikowi za pouczający wykład i ruszamy na plażę. Znów wąska, gruntowa droga, gęsta zieleń, po chwili znów wysiadamy z minibusu i schodzimy w dół wąskich drewnianych schodów. ‘Szybko, szybko! Uważajcie na mrówki Safari!’ faktycznie. Gdy zatrzymuję się dosłownie na sekundę kilka złośliwców wchodzi na mnie i zaczyna boleśnie gryźć. Zdejmuję je z siebie i idę w stronę szumiącej wody.

Mała plaża, ograniczona z jednej strony wielkimi głazami a z drugiej gęstym lasem, jest przystanią kilkunastu łodzi i malutkich łódeczek, jakby kajaków wyrzeźbionych z pojedynczych pni, z pomagającymi utrzymać się na wodzie kawałkami drewna przymocowanymi do wąskiego kadłuba przy pomocy sznurka i długich kijów. W morzu brodzi mężczyzna wnoszący do wody wielkie kosze-pułapki na ryby. Metody połowu jak również konstrukcja używanych przez rybaków łódek nie zmieniły się tu chyba znacznie w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat. Przechadzamy się po usłanej drobnymi kamieniami i kawałkami koralowców plaży. Podłoże tutaj ani trochę nie przypomina typowego ‘pocztówkowego’ białego, zanzibarskiego piasku. Kaleczy stopy, nie ma mowy o spacerze na boso ani o kąpieli. Podchodzimy do rybackich łodzi, by przyjrzeć się im z bliska. ‘Spójrzcie tam’ Przewodnik pokazuje szare ‘coś’ leżące między łódkami. Podchodzimy bliżej. Na piasku leży głowa rekina.

Święta Monika i problemy z pamięcią

15/05/2010, sobota

Schronisko położone przy anglikańskiej katedrze świętej Moniki już na pierwszy rzut oka zrobiło na nas dużo lepsze wrażenie niż hostel Haven i gdyby nie rezerwacja zrobiona w tym drugim przed wyjazdem z pewnością wszystkie noce, które spędziliśmy w Stone Town, przespalibyśmy w St. Monica’s. Co prawda nie byłoby nam wtedy dane poczuć mrocznej atmosfery ciemniejszych zaułków Stone Town, więc ‚nie ma tego złego…’

Jednak bardziej ostrożnym i mniej zaznajomionym z afrykańskimi realiami i lokalnym językiem podróżnikom, podczas wizyty w kamiennym mieście polecałbym raczej nocleg w schronisku anglikanów, niż szukanie po obrzeżach Stone Town innych tanich miejsc. No, chyba, że kogoś stać na wydanie znacznie więcej niż 25 dolarów za pokój dla dwóch osób, wtedy problemów ze znalezieniem hotelu nie będzie. Ale w St. Monica’s nawet bardziej wybredni podróżnicy poczują się nieźle. Urządzone w odnowionym budynku o wybitnie arabskim charakterze, położonym między kościołem a jedną z głównych ulic Stone Town, oddzielone od dość ruchliwej (wystarczająco szerokiej dla dwukierunkowego ruchu samochodów) drogi gęstym ogrodem… Z zewnątrz wygląda przyjemnie. W środku nie jest gorzej. Czyste pokoiki rozmieszczone są wokół patio, z każdego wychodzi się na szeroki balkon, wspólny dla wszystkich pokoi. Gdy przyjdzie ochota wyprostować nogi i poczytać gazetę, można rozsiąść się wygodnie na miękkich poduszkach porozkładanych na kamiennych ławach wbudowanych w podłogę dużego, zadaszonego tarasu z widokiem na kościół i drogę. W schludnej i niedrogiej restauracji na parterze można coś zjeść i wypić, a do piwnicy…

A do piwnicy schodzi się z przewodnikiem, ponieważ nie jest to byle jaka piwnica. Pod hostelem znajdują się lochy, w których więziono niegdyś niewolników. Dwie malutkie, ciemne sale, w jednej przetrzymywano kobiety i dzieci, w drugiej mężczyzn, po kilkadziesiąt osób w każdej, pośrodku wąskie przejście, które pełniło funkcję toalety. Przewodnik opowiada o przeznaczeniu i historii strasznych miejsc, pokazuje elementy ołtarza w kościele, które niegdyś służyły do wiązania i ‚prezentacji’ niewolników, ponieważ katedrę świętej Moniki zbudowano na miejscu dawnego rynku niewolników by upamiętnić oficjalny koniec tego strasznego procederu. Zanzibar aż do pierwszej połowy XIX wieku był ważnym punktem przerzutu niewolników i sprzedaży ludzi, zanim na pokładach statków wysłano ich w dalszą drogę do Europy i obu Ameryk.

Przewodnik podczas prezentacji znajdującego się na dziedzińcu między schroniskiem a katedrą pomnika upamiętniającego niewolników i ich cierpienia wspomina, że ‚wynalazcami’ i niechlubnymi pionierami procederu zniewalania rdzennych mieszkańców Afryki byli Portugalczycy. Zastanawiające czemu ta wersja historii jest tak bardzo popularna wśród Tanzańczyków. Dlaczego mało kto chce pamiętać czasy na długo przed przybyciem białych, gdy poganiaczami i sprzedawcami niewolników byli Arabowie (w niektórych częściach kontynentu na długo przed X wiekiem), czarni wodzowie plemienni (oraz inni bardziej zamożni przedstawiciele społeczeństw czarnej Afryki) wykorzystujący pracę niewolników tak samo jak kilka wieków później biali. Faktem jest, że nie możemy się wykluczyć z puli oprawców Afryki i z ręki Europejczyków kontynent ten nacierpiał się niemało, ale śmiało można powiedzieć, że gdy Portugalczycy przybyli do Afryki (w XV wieku sprowadzając do Europy pierwszych niewolników), trafili na dobrze rozwinięty przemysł handlu ludźmi i najzwyklejszym przekłamaniem jest udzielanie im, czy innym narodom Europy, niechlubnej palmy pierwszeństwa w zniewalaniu Czarnego Lądu.

Niestety częścią obiegowej wiedzy historycznej statystycznego Tanzańczyka (czy mieszkańca innego kraju Afryki, gdzie często słowo mzungu, czy potoczne określenie ‚białasa’ jest wręcz synonimem poganiacza i sprzedawcy niewolników – jak na przykład w graniczącej z Tanzanią Zambii) jest tylko hasło, że to biali zniewolili Afrykę. Reszta dziwnym trafem odeszła w niepamięć. Zjawisko to jest tak powszechne, że nawet znajomy wykładowca filozofii narzeka na elementarne braki znajomości historii Afryki wśród swoich studentów, a przypomnijmy, że w Tanzanii nie jest to wielomilionowa rzesza absolwentów szkół średnich, tylko malutka garstka wybrańców, tych najzdolniejszych, najlepiej wykształconych wśród najbogatszych (tutaj studia nie są przywilejem dostępnym dla każdego).

Wierząc jednak w to, że niemożliwym jest aby człowiek oprowadzający turystów z całego świata po sztandarowych zabytkach Tanzanii nie znał historii własnego kraju, postanawiamy pociągnąć go za język ‘Jak to? Przecież zanim Portugalczycy przybyli do Afryki…’ – kilka retorycznych pytań odświeża pamięć przewodnika. Przyznaje, że owszem, niewolnictwo istniało w Afryce Wschodniej na długo przed przybyciem białych. Zastanawiającym jest jednak, czy takie same problemy z pamięcią miewa oprowadzając wszystkie wycieczki.

Stone Town

07/05/2010, piątek

Następnego dnia rano wymeldowujemy się z Haven. Nasza nagła zmiana planów nie robi żadnego wrażenia na właścicielu. Zupełnie jakby z biegiem czasu zdążył już przywyknąć do tego, że mało kto spędza w hostelu więcej niż jedną noc. Podczas śniadania zauważamy, że w ogóle mało kto przekracza próg tego miejsca. Przestrzeń niewielkiej jadalni dzieli z nami tylko jeden gość, o minie nie mniej ponurej niż zaułek, w którym przyszło nam nocować. Zastanawiamy się jakie ciemne interesy przyjechał załatwić na wyspie, pospiesznie jemy śniadanie i wychodzimy.

Do st. Monica’s nie spieszy nam się już tak bardzo. Przez telefon zarezerwowaliśmy pokój, więc nie ma powodu by ścigać się z czasem. Szczególnie, że atmosfera kamiennego miasta nie sprzyja pośpiechowi, a wręcz przeciwnie, zachęca by zwolnić, zatrzymać się, tak jak czas, który kilkaset lat temu przestał gnać do przodu i jakby przysiadł na stopniu prowadzącym do jednych z setek zdobionych drzwi.

Choć miasteczko (a właściwie stojące po dziś dzień murowane kamieniczki) zbudowano w pierwszej połowie XIX wieku, to odnosi się wrażenie, że czas zatrzymał się tu dużo wcześniej. Ulice są bardzo wąskie. Wznoszące się nad nimi dwu-trzypiętrowe budynki nigdy nie widziały samochodu. Przestrzenie między kamienicami są zbyt małe, by przejechał nimi jakikolwiek dwuślad. Niewiele domów pamięta ostatni remont. Tynk na większości elewacji jest poczerniały i odpada wielkimi płatami. Prywatności mieszkańców strzegą drewniane okiennice. Z drewna wykonano też misternie zdobione balkony, przylegające do niektórych budynków. W sklepach na parterach toczy się prawdziwe handlowe życie Zanzibaru. Nie to anglojęzyczne, nastawione na bogatych turystów z Europy i Ameryki. Tutaj, w głębi Stone Town, nie znające ani jednego angielskiego słowa kobiety, ubrane w długie, czarne szaty, z włosami szczelnie przykrytymi kolorowymi kangami lub czarnymi chustami, siedzą na podłogach swoich małych sklepików gotowe ‚dogadać się’ co do ceny i ilości sprzedanych towarów… To tutaj usłyszymy ‚karibu sana’ zamiast ‚welcome’ i tutaj Agnieszka rozwinie językowe skrzydła wdając się ze sprzedawczyniami w rozmowy o życiu i o cenach. O mężu i o kolorach. O dzieciach i o tym ile czego chciałaby kupić. O tym skąd jest i co robi… Język suahili jest kluczem do zdobionych drzwi kultury Zanzibaru i całej Afryki Wschodniej. Drzwi, których nie da się sforsować, ba, nie sposób ich nawet znaleźć w drogich, ‚dolarowych’ sklepach przy Kenyatta Road. Tutaj, w głębi Stone Town, na widok białasa ceny szybują pod niebo, ale na dźwięk suahili opadają do rozsądnych pułapów i podlegają dalszym negocjacjom, wraz z tym, jak rozwija się beztroska, codzienna rozmowa. Rozmowa w suahili. Języku, którego kolebką jest Zanzibar.

Wąskie, brukowane ulice, stare kamienice, zdobione drewniane drzwi… To tylko osnowa magicznej aury Zanzibaru i Stone Town. Aury, którą burzą jedynie skutery, szybko prujące ulicami miasteczka. Bo kamień i to, co w nim zaklęte, to jedno. Mieszkańcy i ich styl życia, przez wieki nie podlegający wpływom i zmianom, tworzą atmosferę wyspy i są ostoją jej tradycyjnego, muzułmańskiego charakteru. Mężczyźni, w długich, białych togach spieszący do meczetów, wieczorami pijący w zaułkach kawę z małych, porcelanowych filiżanek, roznoszoną od zawsze przez sprzedawców magicznego napoju, kobiety, z włosami skromnie przykrytymi kolorowym materiałem, dzieci, radośnie baraszkujące na wąskich ulicach. Kopią piłkę, bawią się w ‚policjantów i złodziei’, biegają i krzyczą, jak wszystkie maluchy na wszystkich podwórkach świata. Drą się w niebogłosy tak długo, aż nie zrobi się zupełnie ciemno i matki nie zawołają ich do domu.

Ale obok ludzi żyjących w niszczejących kamienicach jest jeszcze ‚ktoś’. Strażnicy magii, od zawsze podejrzewane o konszachty z czarownicami, spokojne i dumne koty. Na Zanzibarze, w Stone Town jest ich mnóstwo. Pilnują drewnianych drzwi, portali do innych światów, rozkładają się na wąskich schodach, wielkie, tłuste, kosmate koty. Ich ‚wyspowa’ odmiana zadziwia. Nie tylko wyglądem i rozmiarem. Włochate kociska zdają się być ogromne. Wydają się też kompletnie obojętne na obecność ludzi. Jak domowe kanapowce. Dają się podejść na kilkanaście centymetrów. Czy są oswojone, czy na wąskich ulicach Stone Town przyzwyczaiły się do obecności ludzi, żyjących w świecie magii i czarownic, bojących się dotknąć, nie mówiąc o skrzywdzeniu, kota… Nie wiem. W każdym razie istotnym elementem atmosfery Stone Town są wielkie, włochate koty, śpiące na ulicach, przeciągające się na schodach, rozleniwione, wypasione kociska, spokojne, dostojne, będące nieodłącznym elementem magicznej aury miasta.

Jak poznać Stone Town, jego tajemnice, ciekawe i ciemne zaułki, historię i atmosferę? Jak w każdym popularnym wśród turystów zakątku świata możliwości jest mnóstwo. Piesze wycieczki organizowane przez biura podróży i ulicznych pijaczków, którzy za jedyne 20.000 szylingów (niepodlegająca negocjacjom cena podawana przez wszystkich, mniej i bardziej profesjonalnych przewodników) oprowadzą po mieście, pokażą i opowiedzą o wszystkim co ciekawe, papierowe przewodniki, które można kupić lub zdobyć za darmo na Zanzibarze i w Dar, Internet i Google, bez pobierania dodatkowych opłat powiedzą, co warto zobaczyć lub objaśnią, co się zobaczyło, jeśli ciekawostek szukamy po wyprawie. Źródeł turystycznej pomocy jest wiele i natknąć się na nie nietrudno na każdym kroku. Ale nie warto płacić zbyt wiele za pomoc przewodnika. Dobry przewodnik książkowy może i warto kupić przed przybyciem na Zanzibar, ale i bez niego można się obejść. W niewielkim Stone Town nie sposób stracić orientację. A nic nie daje większej przyjemności niż wędrówka bez celu przez labirynt wąskich, nienazwanych uliczek, tu warto się zgubić. Bo w małym miasteczku prędzej czy później dochodzi się do punktu, z którego zaczęło się wyprawę, a po drodze odkrywa się wszystko to, co trzeba w Stone Town zobaczyć. Kulturową i religijną różnorodność. Meczety graniczące z kościołami, między nimi hinduistyczna świątynia, kolorowe, święte miejsce nie z tego świata, a na pewno nie z tego zakątku świata. Na szczycącym się swoją religijną tolerancją Zanzibarze można znaleźć domy różnych bóstw i bogów, choć dominującą religią jest Islam, wyznawany przez ponad 90% ludności wyspy.

Każda ulica to też mniej lub bardziej ‚zakupowy’ zakątek. W końcu nie samą duchowością żyje człowiek. Tu ubrania, tam drewniane pamiątki, gdzie indziej przyprawy i mydła wytwarzane z dostępnych na wyspie produktów. A tu i ówdzie… nic! Żadnych sklepów, tylko dzieci, witające obcych z typową afrykańską spontanicznością i otwartością, o którą trudno w Europie i kobiety, skromnie przemykające w cieniu domów, z zakrytymi włosami lub twarzami przykrytymi przez czarne ‚maski’ bui-bui. Kryjące się przed wzrokiem obcych i Allacha w ciemnych zaułkach, czasem jednak pozwalające się sfotografować, szczególnie gdy mężczyźni są daleko i wokół nie ma świadków ekshibicjonistycznego aktu pozowania do zdjęcia zagranicznemu turyście. To niesamowite jak w tłumie lub otoczone choćby niewielką grupą ‚swoich’ muzułmanki unikają wzroku i obiektywów aparatów obcych i zachowują świętą skromność, a gdy spotyka się je samotne lub w małych grupach, szczególnie te młodsze, pozwalają sobie robić zdjęcia i same z siebie krzyczą ‚karibu’, gdy widzą białego z aparatem. Zapraszają do uwiecznienia ich na kliszy. Ale należy pamiętać, że robienie zdjęcia muzułmance bez jej zgody może skończyć się nieprzyjemnie…

Tylko włócząc się spokojnie, bez celu, ulicami Stone Town można odkryć cały jego urok. Warto przejść przez ten labirynt kilka razy i upewnić się, że widziało się wszystko. Nie potrzeba na to więcej niż trzy dni, a obraz wąskich, brukowanych ulic muzułmańskiego miasteczka z pewnością pozostanie w pamięci do końca życia.

Zanzibar – pierwsze starcie

26/04/2010, poniedziałek

Mówią, że Zanzibar to ‚wakacyjny raj’, ‚najpiękniejsze miejsce świata’, Stone Town znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kuturowego UNESCO… Kojarzące się z wyspą hasła, sprawiają, że w podświadomości każdego, kto mniej więcej orientuje się gdzie leży Afryka, tkwi obraz białego piasku, lazurowej wody z pocztówek, archetyp raju na ziemi. Wyspa przypraw nie potrzebuje dodatkowych sloganów reklamowych. Co roku miliony turystów przybywają na pokładach promów i samolotów by z bliska przyjrzeć się cudom przyrody oraz architektury Zanzibaru.

Mieszkając w Dar es Salaam, oddalonym zaledwie czterdzieści kilometrów od wyspy, nie możemy przepuścić okazji, która prawdopodobnie już się nie powtórzy. W trakcie ostatnich wakacji szkolnych jakie pozostały nam przed wyjechaniem z Dar, z mieszkających wśród prostych ludzi misjonarzy-wolontariuszy-nauczycieli, zjadaczy zwyczajnego tanzańskiego chleba (a raczej ugali) na okres niecałego tygodnia przemieniamy się w obwieszonych plecakami i torbami turystów, uzbrojonych w aparat. Ruszamy do Królestwa Przypraw, by obfotografować co się da i odpocząć od miejskiego zgiełku na białych piaskach zanzibarskich plaż.

W drogę

Na wyspę wybieramy się promem. Misjonarska wiza i tzw. ‚resident’s permit’ sprawiają, że za bilet płacimy jak zwykli Tanzańczycy, czyli kilka razy mniej niż zagraniczny turyści. W związku z tym pozwalamy sobie na rejs najdroższym i najszybszym promem. Ale czy dopłyniemy? Czy wyruszymy? To wcale nie jest takie oczywiste! Otóż linie Azam, z których usług postanowiliśmy skorzystać (firma produkuje też lody, soki i wodę mineralną) zastrzegają sobie prawo odwołania rejsu w przypadku ‚war or threat of war, roils, civil commotion, act of god, terrorist activity, natural or nuclear disaster […] or many other event outside the Company control’ (pisownia jak na bilecie). Dobrze, że nie wspomnieli o drzemce kapitana lub innych członków załogi, a ten powód nie jest tak niewiarygodny jak mogłoby się wydawać, ponieważ na przykład w Morogoro istnieje restauracja, przy całkiem wysokiej klasy hotelu, gdzie niektórych dań o pewnych porach dnia nie można zamówić, ponieważ kucharz śpi, o czym, po pół godzinie oczekiwania, kelner informuje bez choćby najmniejszych oznak zażenowania, następnie jeszcze raz zbiera zamówienia. O ile goście nie wychodzą.

Jednak bomba atomowa nie wybuchła, terroryści nie zaatakowali, kapitan nie zaspał, Godzilla nie wyłoniła się spod morskich fal, Bóg nie zstąpił z nieba i nie powiedział ‚Sorry, nie możecie popłynąć’, więc wyruszamy, w miarę punktualnie, około siódmej rano. Wodolot pruje morskie fale, rzuca nami na wszystkie strony, choroba morska daje się Agnieszce we znaki, ale męczarnia nie trwa długo, już przed dziewiątą jesteśmy na miejscu. Inne promy płyną nawet kilka godzin.

Po opuszczeniu pokładu odprawa. Jakieś papiery do wypełnienia, pytania… Znów resident’s permit okazuje się pomocny, otwieramy paszporty na odpowiedniej stronie i już jesteśmy po drugiej stronie bramki.

Good morning Zanzibar!

Do Tanzańskich naganiaczy trzeba mieć sporo cierpliwości. Szczególnie w miejscach bardziej popularnych wśród turystów jest ich mnóstwo. Gdy tylko przekraczamy bramę portu obskakują nas ze wszystkich stron i proponują: taksówki, hotele, wycieczki, okulary przeciwsłoneczne, wskazanie drogi do popularnych miejsc, pomoc w noszeniu bagaży, płyty cd i dvd… Odmowy we wszystkich językach jakie znamy nie odnoszą skutku, agresywne szczeknięcie sprawia, że najwyżej kilku odsuwa się na bok i rezygnuje, ale reszta nadal na nas napiera. Są ich dziesiątki. Czy w tym tłumie także czają się kieszonkowcy? Podobno Zanzibarczycy to w przeważającej większości bardzo uczciwi i pokojowi Muzułmanie, ale problem przestępczości ‚napływowej’ w ostatnich latach znacznie się nasilił. Kryminaliści wszelkiej maści ściągają tutaj z Dar es Salaam i czatują na nieostrożnych turystów, więc i w tym tłumie można spodziewać się kogoś o zamiarach innych niż sprzedanie nam towarów czy usług.

W końcu udaje nam się przebrnąć przez stado natrętów. Przystajemy i spokojniej oddychamy zanzibarskim powietrzem. Gorącym, ale dzięki delikatnemu powiewowi od morza dużo znośniejszym niż w dusznym Dar, a wokół nas Stone Town.

Stoimy na Mzingani Road. Jednej z niewielu nazwanych ulic wyspy, jednej z kilku, które są na tyle szerokie, by mogły jeździć nimi samochody. Po prawej port. Szybkie promy ścigają się w drodze do przystani, z brzucha gigantycznego kontenerowca wyładowywane są wielkie metalowe skrzynie, między nowoczesnymi promami i gigantycznym statkiem towarowym płyną lub stoją zakotwiczone małe drewniane łajby, przy stalowych gigantach wyglądają jak mikroskopijne szalupy. Należą do miejscowych rybaków. Niektóre przykryte półokrągłym dachem, jakby baldachimem, kojarzą się bardziej z azjatyckimi łódkami wiosłowymi… ale specjalistą w odróżnianiu typów statków nie jestem, więc trudno mi określić jak nazywają się zakotwiczone w porcie łódeczki. Jednak z późniejszej wizyty w muzeum dowiem się, że inny typ małych drewnianych statków stojących w porcie, z pojedynczym, wysokim żaglem, to dau. Ten typ statku używany jest od tysięcy lat na wodach Oceanu Indyjskiego, przetrwał do dziś w prawie niezmienionej formie (łączenia desek z lin z kokosowego włókna zastąpiono gwoździami) pływają na nich zanzibarscy rybacy. W porcie, na tle lazurowej wody i błękitnego nieba, ‘pływające zabytki’ dryfują między konstrukcjami dwudziestego pierwszego wieku.

Ale czas ruszyć przed siebie! Musimy znaleźć nasz hostel, zarezerwowaliśmy pokój na trzy noce w tanim hoteliku Haven, gdzieś w labiryncie uliczek Stone Town. Nie musimy iść daleko, miasteczko jest malutkie, ale nie jesteśmy do końca pewni czy w gąszczu nienazwanych ulic uda nam się odnaleźć naszą przystań. Ruszamy wzdłuż wybrzeża. Po lewej wielkie drzewo opisane na mapie w przewodniku jako ‘The Big Tree’. Pod grubym pniem, rozłożystą koroną i lianami zwisającymi z wysokich gałęzi odpoczywają rybacy, rozmawiają, przyglądają się turystom. Za drzewem przepiękny, stary, dwupiętrowy budynek. Zielone okiennice i balkony na bielutkiej ścianie, z wnętrza dobiega dźwięk perkusji, ktoś ćwiczy, raczej początkujący… wybija prosty, europejski rockowy rytm, po chwili dołącza do niego jazzujący saksofon. To Dhow Countries Music Academy. W budynku ma też siedzibę urząd celny i Conservation Centre. Jego niesamowita elewacja i pięknie zdobione drzwi dają przedsmak tego, co zobaczymy jeszcze dziś i w ciągu następnych dni.

Dalej Beit-al-Sahel. Znany także jako People’s Palace. Siedziba jednego z kilku zanzibarskich muzeów. Za kwitnącym żywopłotem wznosi się piękna, ale trochę zaniedbana elewacja w stylu arabskim. Wpływy tej kultury są na Zanzibarze widoczne na każdym kroku. Od religii, przez architekturę, po kuchnię. Beit-al-Sahel był od końca XIX wieku do rewolucji w 1964 siedzibą rodziny i haremu sułtana.

Kolejnym zabytkiem przyciągającym uwagę każdego turysty jest najwyższy budynek na Zanzibarze. Zbudowany w 1883 Beit-al-Ajab, czyli House of Wonders, pałac sułtana Barghash’a, zawdzięcza swą nazwę temu, że był pierwszym zelektryfikowanym i jedynym posiadającym windę, budynkiem na wyspie. Dzisiaj jest siedzibą… kolejnego muzeum. Oczywiście elektryczność i (zepsute) windy to nie jedyne atrakcje w Domu Cudów. Z szerokich werand otaczających czteropiętrowy budynek można zobaczyć całe miasto. Przed wrotami muzeum ustawiono dwie, szesnastowieczne, portugalskie armaty, a same drzwi wejściowe, podobnie jak wszystkie w pałacu, robią wrażenie. Oczywiście, w miejscu takim, jak pałac sułtana wszystkie drzwi musiały być pięknie zdobione i złocone, ponieważ na Zanzibarze to właśnie one były niegdyś symbolem statusu społecznego i bogactwa (i chyba poniekąd nadal są – wnioskując po funkcjonujących po dziś dzień warsztatach produkujących piękne drzwi). Muzeum warto odwiedzić. Właśnie tam, na kwadratowej podłodze parteru, postawiono jeden ze wspomnianych wcześniej statków, dau. Z bliska można przyjrzeć się konstrukcji kadłuba i kokosowym linon wiążącym jego deski, daszkowi z palmowych liści pod którym marynarze chronili się przed deszczem i słońcem. Po niewysokich stopniach można wejść na małą platformę, która pozwala przyjrzeć się wnętrzu łodzi. Poza stateczkiem w muzeum znajduje się mnóstwo mniej lub bardziej interesujących eksponatów, jest to miejsce, które zdecydowanie powinien odwiedzić każdy, kto nie miał nigdy styczności z kulturą suahili, bo muzeum nie skupia się tylko na Zanzibarze i jego historii.

Naprzeciwko muzeum niewielki park, Forodhani Gardens, w nim zgrabna fontanna, równo przystrzyżone trawniczki, zadbana zieleń, drzewa i krzewy, w centrum ogrodu niewielki, okrągły daszek, po którym beztrosko wegetują tubylcy, często bezdomne dzieci i żebracy.

Dalej stary portugalski fort. Jego poszarzałe, podniszczone, solidne ściany i grube baszty przypominają, że ten budynek nie miał pełnić funkcji estetycznych ani mieszkalnych, ale tak czy inaczej jest jednym z najciekawszych, najpopularniejszych, najbardziej pocztówkowych zabytków Zanzibaru. Szczególnie jego kontrast z bielutką ścianą sąsiadującego z nim pod kątem prostym sierocińca, będącego kolejnym przykładem typowej architektury arabskiej, jest często uwieczniany na kartkach pocztowych z Wyspy Przypraw.

Pod sierocińcem biegnie ulica którą wchodzi się we ‘właściwe’ Stone Town. Tuż po przekroczeniu tunelu i odwróceniu głowy o 180 stopni oczom ukazuje się smutna prawda o tym, jak naprawdę wygląda życie na wyspie. Przepięknie odnowiona, ‘pokazowa’, frontowa ściana budynku lśni bielą podczas gdy jego tył gnije, czernieje, szarzeje i sypie się. Jak wygląda wnętrze sierocińca? Można się domyślać. Ale z pewnością nie tak, jak wnętrza pobliskiego banku, który urządził się w równie starym, arabskim budynku, odnowionym na zewnątrz i wewnątrz. Zanzibar wita nas przykrym zderzeniem komercyjnego turystycznego blasku z szarym życiem zwykłych mieszkańców wyspy, którzy wegetują w niszczejących domach.

Droga droga

Skręcamy w lewo, z mapy wynika, że mniej więcej w tę stronę powinniśmy iść by znaleźć hostel Haven. Po drodze sklepy, ‘galerie handlowe’, restauracje, wszystko w nich piękne i pyszne, ale bez portfela wypchanego setkami dolarów, z którymi można zrobić co się chce, nie warto nawet do nich zaglądać. Sklepy przy Kenyatta Road są ewidentnie nastawione na nadmiernie bogatych turystów nie znających faktycznej wartości i prawdziwych cen afrykańskiego rękodzieła. Warte kilka tysięcy szylingów (kilka dolarów) ubrania i prosta biżuteria sprzedawane są za dziesiątki dolarów. Tak. Wszystkie ceny w dolarach, wypisane na metkach, nie podlegają negocjacji. Próby targowania, nawet w suahili, tylko drażnią, irytują i wywołują jawne niezadowolenie sprzedawców. Oczywiście poza bublami na które naciąga się Amerykanów i Niemców można tam znaleźć rzeczy przepiękne, niepowtarzalne i niespotykane nigdzie indziej na Zanzibarze, w Dar, w Tanzanii (chciałoby się powiedzieć: na świecie). W Zanzibar Gallery (znajdującej się w tzw. ‘Mercury House’ – w przewodnikach brak informacji czy to dom w którym urodził się i mieszkał piosenkarz, jest na nim jedynie niewielka gablotka z notką biograficzną artysty, ale nie ma w niej ani słowa o miejscu zamieszkania gwiazdy, w ogóle Mercury nie jest ‘atrakcją turystyczną’ Zanzibaru, być może jego promiskuityzm sprawił, że słynąca ze skromnego, religijnego, muzułmańskiego stylu życia wyspa nie chce stać się mekką fanów piosenkarza, który… wiadomo jaki był) pokusiłem się o kupno przepięknego, oprawionego w solidną skórę, zawiązywanego na rzemień, grubego zeszytu, z czerpanego papieru, z kawałeczkami wysuszonych roślin ‘wtopionymi’ w grube karty, wykonane podobno z jakiejś superekologicznej bawełny. Czy ta bawełna to klasyczna ściema dla turystów czy nie, nie wiem, ale cena zeszytu sprawiła, że jest to jedna z dwóch materialnych pamiątek, które przywiozłem dla siebie z wyspy (drugą też jest zeszyt 🙂 ). Prócz ubrań, biżuterii, jedzenia, wyrobów drewnianych, obrazów itp., pieniądze można przepuścić na przykład na czarno-białe zdjęcia Zanzibaru, sprzedawane po kompletnie irracjonalnych cenach w sklepie pewnego Hindusa przy Kenyatta Road. Każde zdjęcie jest inne, niepowtarzalne, jest dziełem sztuki, sprzedawca opowiada historię każdej odbitki, w razie czego dwadzieścia metrów dalej jest bankomat. Ach, gdybym był bogaty…

Haven ain’t no heaven

Idziemy Kenyatta Road, zakręcamy na rondzie, nazwy ulic kończą się, zaczynają piaszczyste podwórka, a gdzieś tam czeka hostel Haven. Nagle spod ziemi wyrasta brudny obdartus, ze zmierzwionymi, posklejanymi włosami, nieogolony, bosy, pyta czego szukamy. Zdesperowani i zagubieni nie zbywamy go tak jak wielu jemu podobnych, bo wiemy, że nic nie wiemy. Prowadzi nas wąską ulicą, przez piaszczyste podwórko, mijamy patrol policji, zastanawiamy się, czy to dobry, czy zły znak, że tu stoją. Wchodzimy w labirynt uliczek, próbuję jakoś skorelować naszą trasę z mapą ale nie jestem w stanie, skręcamy w prawo w lewo, potem znów tu i tam, w jeszcze węższą uliczkę, jeszcze ciemniejszy zaułek, w sumie mógłby nas wyprowadzić gdzie chce, na pastwę czekających w ciemnej bramie rzezimieszków, ale nie pozostaje nam nic innego niż mu zaufać i… po chwili stajemy przed drzwiami hostelu.

Pokoik skromny. Nie za czysty nie za brudny. Nie za duży nie za mały. Łóżka nie za miękkie nie za twarde. Widoku za oknem brak. Świat przesłania gęsta plastikowa siatka. Duszno i gorąco. Jest wiatrak. Oby działał. Oby był prąd i oby dało się zasnąć. Ale, w razie czego, mamy sojusznika. Butelka whisky w plecaku w trakcie tropikalnej wyprawy to nie żart, kaprys, imprezowa zachcianka. Kapuściński pisząc, że „w tropiku picie jest przymusem” (przy czym nie miał na myśli wody) oczywiście przesadził, ale tylko trochę. Butelka whisky, wódki, brandy w plecaku podczas tropikalnej wyprawy to artykuł ważniejszy niż niejedna pierdołka w apteczce pierwszej pomocy. Jeśli zjesz coś i poczujesz, że nagle twój żołądek zaczyna się dziwnie zachowywać – lepsze pół szklanki czystej od razu niż antybiotyki i całonocna medytacja na sedesie po kilku godzinach od pierwszych objawów. Jeśli wyłączą prąd i wentylator w pokoju powie stanowcze „NIE!” – będziesz pływać we własnym pocie do rana i nie zmrużysz oka. Jeśli na ulicy zaczną dziać się rzeczy, o których wolałbyś nie wiedzieć a krzyki pośród nocnej ciszy nie będą dawały ci zasnąć… A nieprzespana noc w tropiku to nie tylko zepsuty dzień wakacji. To także osłabiona odporność, a malaria najchętniej atakuje zmęczonych. Niewyspanie oznacza brak koncentracji. Słaniających się na nogach zaspanych turystów złodzieje są w stanie wyczuć jak karaluchy gnijące mięso. Oczywiście nie można z tym środkiem nasennym przesadzać. Bo kac osłabia tak samo i jest jeszcze bardziej widoczny dla czujnych kieszonkowców. Ale szklaneczka przed snem – to jest właśnie to co poprawia komfort i bezpieczeństwo wyprawy gdy hotel nie zapewnia ani komfortu ani bezpieczeństwa.

Wkrótce okazuje się, że nasza noclegowa przystań nie jest, delikatnie mówiąc, turystycznym rajem. Od miejscowych dowiadujemy się, że zamieszkaliśmy w narkotykowym zaułku, do którego lepiej żebyśmy wrócili na długo przed zmrokiem. Nawet właściciel Haven ostrzega, by nie nosić ze sobą więcej pieniędzy niż potrzeba i wrócić raczej wcześnie. Tak też robimy. Po niedługim spacerze po jednym z najbardziej uroczych miasteczek świata wracamy do hoteliku i obmyślamy dalszy plan. Dzwonimy do St. Monica’s, mając nadzieje, że w prowadzonym przez anglikanów schronisku, gdzie za noc zapłacimy tyle, co w Haven (25$ za pokój dla dwóch osób), będzie znacznie spokojniej.

Ale nie przyjechaliśmy na Zanzibar by siedzieć skuleni w kącie hotelu. Zmęczeni pobudką o 5 rano szlajamy się uliczkami uroczego ale popadającego w ruinę Stone Town, zaczynamy chłonąć jego atmosferę, zaglądamy to tu, to tam, szukamy miejsc, w których da się w miarę tanio zjeść, w których da się kupić coś w podlegających tradycyjnym negocjacjom, normalnych cenach, podanych w szylingach, nie w dolarach, podziwiamy przepiękne drewniane drzwi, rozpadające się i odnowione kamieniczki, ulice tak wąskie, że można poruszać się po nich tylko pieszo, rowerem lub skuterem…

Gdy wracamy słońce jest już nisko. Jesteśmy bardzo zmęczeni, praktycznie od razu moglibyśmy zasnąć. Ale krzyki grających na skrzyżowaniu uliczek w piłkę chłopaków, wzmocnione przez odbijające się od ścian echo, jeszcze długo będą to uniemożliwiać. Ucichną dopiero po zapadnięciu zmroku. Wtedy też wyłączą prąd i wentylator przestanie pracować. Ciekaw nocnej rzeczywistości naszego mrocznego zaułka wystawiam głowę za próg hotelu i wymieniam kilka zdań z chłopakami, którzy siedzą na schodach i ‘coś kręcą’. Wracam do pokoju. Na szczęście w drodze do hotelu kupiliśmy kilka butelek coli, więc zgodnie z radą śp. Mistrza Ryszarda scyzorykiem otwieram kapsle, nalewam napój do przywiezionych z Dar metalowych kubków, dopełniam Grant’sem i… wiem, że jutro będzie lepszy dzień.

Góry

18/04/2010, niedziela

Wznoszące się nad Morogoro góry wyglądają przepięknie. Dumne, groźne, dzikie, trudne do zdobycia, dobrze znane tylko zamieszkującym je plemionom. By wybrać się na prawdziwą wyprawę trzeba wynająć kogoś, kto ją poprowadzi, kto wie jak i którędy dojść do najwyższych szczytów. Uluguru to nie Tatry, nie ma szlaków ani map, które mogłyby pomóc miłośnikom górskich przygód odnaleźć się w dziczy. Oczywiście usługi przewodników nie są tanie, choć ich cenniki to i tak nic w porównaniu z tysiącem do dwóch tysięcy dolarów, które trzeba zapłacić za ‚zdobycie’ Kilimandżaro (ale cóż to za zdobywanie, gdy za rękę prowadzi miejscowy przewodnik, bagaże niesie grupa tragarzy, postoje są zorganizowane lepiej niż niejeden tanzański hotel, a największą atrakcją są ponoć góry śmieci pozostawione przez poprzednie wyprawy). Być może jeszcze kiedyś będzie okazja zdobyć najwyższy szczyt Uluguru pod opieką miejscowego przewodnika, ale będąc w Morogoro nie udaje nam się znaleźć takiego, który za poprowadzenie jednodniowej wycieczki nie domaga się kwoty mniejszej niż cena noclegu w pięciogwiazdkowym hotelu w Dar, więc decydujemy się sami ruszyć w otaczające Morogoro góry.

‚Droga jest prosta – objaśnia ojciec Robert – idziecie w górę, aleją otoczoną drzewami, obok kościółka, potem dalej w górę, aż do wielkiej skały, potem wzdłuż strumyka… Nie sposób się zgubić.’ Opis trasy nie brzmi skomplikowanie. Ponoć po odnalezieniu kamienistego koryta górskiego strumienia wystarczy iść po głazach prąd małej rzeczki i bez problemów, bez przewodnika, można zajść naprawdę wysoko. Pakujemy do plecaka dwie butelki wody i ruszamy.

Idziemy prosto przed siebie, pełną pomarańczowych kałuż drogą z czerwonej gliny. Pora deszczowa nie sprzyja takim wycieczkom. Brniemy w błocie po kostki, ale co tam. Przynajmniej nie jest za gorąco. Słońce bywa bardziej uciążliwe niż ulewne deszcze. Żeby tylko nie złapały nas gdy będziemy wyżej. Przed nami rozciąga się przepiękna panorama. Majestatyczne góry i ich szczyty otoczone chmurami.

Przekraczamy asfaltową drogę prowadzącą do miasta. Idziemy aleją prowadzącą do starego kościółka leżącego w środku kampusu kolegium nauczycielskiego Morogro. Rodzina małp [gatunek] z zaciekawieniem przygląda się wysiłkom ludzi o rzadko spotykanym w tych rejonach kolorze skóry. Starsze zdają się wołać młode i coraz więcej zaskoczonych okrągłych oczu obserwuje nasze trudy. Otoczona równymi rzędami drzew prosta droga staje się coraz bardziej stroma. Coraz większy kąt nachylenia sprawia, że zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. A podczas wysiłku tropikalnym powietrzem nie oddycha się łatwo. Wilgotne i gorące, męczy płuca, zdaje się je zaklejać, każdy wdech jest wysiłkiem tym większym, im większe nachylenie terenu. Afrykańskie powietrze jest ciężkie, gorące i mokre. Nawet tu, w Morogoro, gdzie znośniejsze temperatury pozwalają spać dużo lepiej niż w Dar, ciężar spaceru pod górę odczuwa się zupełnie inaczej niż w strefie bardziej umiarkowanych klimatów.

Ale idziemy. Przecież to dopiero początek. Przekraczamy bramę kolegium nauczycielskiego. Dokoła kilkudziesięcioletnie budynki, akademiki, domki pełniące funkcję sal wykładowych i prywatne kwatery rodzin. Przed nami niewielki, zaniedbany kościółek. W otaczających go starych, rozpadających się domkach z czerwonej cegły toczy się typowe afrykańskie życie. Babcie wegetują na schodach prowadzących do przedsionków, matki przed domem wielkimi drewnianymi łychami mieszają ugali w aluminiowych garach ustawionych na paleniskach zaimprowizowanych z kilku sprytnie ułożonych cegieł. Przed domostwami baraszkują dzieci, bardzo zdziwione naszą obecnością w tych okolicach. Spod pokrytych starymi dachówkami dziurawych dachów dobiegają głośne rozmowy mężczyzn. Nad domami zieleń. Ocean zieleni. Mijamy ostatnie zabudowania. Zatrzymujemy się na chwilę. Wyobraźnia pracuje i podpowiada co może wyskoczyć z rozciągających się przed nami tropikalnych zarośli. Ale silniejsza od obaw ciekawość pcha nas do przodu i nurkujemy w dzikim oceanie zieleni.

Palmy, krzewy, drzewa, kwiaty, dziesiątki gatunków na każdych kilku metrach kwadratowych, śpiew ptaków, mokre powietrze, trochę chłodniejsze, ale tak nasączone wilgocią, zapachem ziemi, liści, że oddycha się nim jeszcze ciężej niż w niższych partiach gór. Idziemy dalej. Droga coraz węższa, roślinność coraz gęstsza. Przyroda aż przytłacza swoją wielkością. Tak. Tutaj Matka Ziemia mogłaby nas pogrzebać gdyby tylko sobie tego zażyczyła. Ukąszenie węża, jadowitego pająka… Nie mielibyśmy szans. Prawdopodobnie nie zdążylibyśmy wezwać pomocy. Ale by poznać piękno gór trzeba odważyć się iść dalej, wejść głębiej w wilgotną, zieloną, gęstwinę.

Jednak nie tylko dzika przyroda wyznacza bieg zdarzeń i określa decorum tych mało dostępnych terenów. Idąc górską ścieżką odkrywamy wielki, okrągły, betonowy basen, do którego spływają śmierdzące ścieki. Na dole ogromny, tłusty, martwy szczur, oblepiony stadem much. Odstraszeni zapachem i widokiem czym prędzej oddalamy się od obrzydliwej sadzawki. Patrząc w górę widzimy, że strome szczyty, przykryte mistyczną warstwą chmur, są coraz bliżej. Coraz węższą ścieżką idziemy w stronę szumiącej w oddali wody. Czyżby miałby to być strumyk, który poprowadzi nas w górę, ku niedostępnym partiom Uluguru?

Po chwili zza krzaków wyłania się kilka dużych, wilgotnych głazów, strumień i wielka skała. Ogromna lekko wypukła, jak garb olbrzyma, a wokół niej rwące wody górskiego strumyka. Stajemy na szczycie wygładzonego przez potok gigantycznego głazu i rozglądamy się dokoła. Mężczyzna z chłopcem w cieniu drzewa gra w warcaby, ich pranie suszy się na skałach, szukamy strumyka w górę którego moglibyśmy pójść. Okazuje się że wraz z porą deszczową przemienił się w rwącą rzekę, w górę której ni jak nie da się iść. Co teraz? Pytamy grającego w warcaby mężczyznę o drogę. Jak dojść gdziekolwiek? Jak iść w górę? Pokazuje nam prawie niewidoczną wąską ścieżynkę między drzewami, właściwie jest to biegnąca w dół góry bruzda wyżłobiona przez spływającą wodę. Ale co zrobić? Nie ma innej drogi! Brnąc w śliskim błocie pniemy się w górę stromego zbocza. Podeszwy ślizgają się na mokrej glinie jak łyżwy na lodowisku, nie mamy nawet porządnych kijów, które mogłyby pomóc nam się wspinać. Nad nami zarośla tak gęste, że idziemy zgięci w pół, rękoma chwytając się wystających z ziemi korzeni by nie zjechać po śliskiej, mokrej ziemi w dół.

W końcu dochodzimy do kawałka płaskiego, odkrytego terenu. Przepiękna łąka pozwala na chwilę wytchnienia i przyjrzenia się dokładnie temu, co nas otacza. Schowane w chmurach szczyty są już dużo bliżej, choć nadal nie jest jasne jak do nich dotrzeć. Miasteczko jest daleko, pod nami rozciąga się niesamowita panorama Morogoro. Widzimy malutkie budynki i góry po przeciwnej stronie miasta. Po drugiej stronie głębokiego uskoku, na mniej więcej takiej samej wysokości jak ta, na której się znajdujemy, dostrzegamy małe uprawne pole z małą chatką pośrodku. Teren jest naprawdę stromy a jednak… Nawet tutaj, ktoś odważył się uprawiać ziemię!

Ale my chcemy iść w górę. Dalej. Głębiej w afrykańską dzicz. Nagle zza zarośli wyłania się mężczyzna z siekierą. Idzie w naszą stronę. Dziwny toporek o podłużnym ostrzu niesie na ramieniu, zbliża się do nas. ‚Jambo!’ wita nas przyjaźnie. Odpowiadamy ‚Jambo’ i odprowadzamy mężczyznę wzrokiem. ‚Uważaj!’ krzyczę do Agnieszki. Gigantyczny czarno-biały szerszeń agresywnie kołuje wokół niej i szykuje się do ataku w obronie ‚swojej’ łąki. Uciekamy przed wściekłym owadem i wstępujemy na ścieżkę, którą przed chwilą poszedł drwal. Znów idziemy w górę. Droga jest wąska, błotnista, stok po naszej lewej robi się coraz bardziej stromy, ja tracę równowagę i prawie upadam. Idziemy dalej, ale droga przestaje prowadzić wzwyż. Biegnie poziomo, chwilami w dół, gęste tropikalne zarośla wzbudzają pewne obawy co do tego, co może je zamieszkiwać. A my? Z kilkoma ostatnimi łykami wody, beztrosko ubrani w t-shirty, pozbawieni nawet najbardziej podstawowej apteczki, coraz mniej pewnie czujemy się w coraz bardziej dzikich górach Uluguru. Podejmujemy decyzję o odwrocie. Ale decyzja o podjęciu kolejnej próby zdobycia niedostępnych gór zapada chwilę później. Wrócimy tu. Przygotowani na dłuższą wyprawę i wszystko, co może nas podczas niej spotkać.

więcej zdjęć na naszym profilu na facebook.com: http://www.facebook.com/#!/album.php?aid=153512&id=295168581572

Walka o przetrwanie

15/04/2010, czwartek

Święta Wielkiej Nocy, które spędziliśmy w Morogoro nie są tylko czasem religijnych rozważań i beztroskiego obżarstwa. Do położonego na obrzeżach miasteczka domu franciszkanów codziennie przychodzą ludzie. Proszą o pomoc. Stajemy twarzą w twarz z afrykańską biedą.

Każdego dnia pod bramę oddzielającą posesję franciszkanów od drogi, lub pod drzwi budynku oddalonego kilkadziesiąt metrów od bramy, przychodzi kilka osób. Proszą o pieniądze, o jedzenie, o leki. Nikt z potrzebujących nie zostaje odesłany z kwitkiem. Grupa kobiet proszących o pieniądze otrzymuje po tysiąc szylingów. Chłopiec proszący o mąkę dostaje porcję mąki. Dziewczynka, która przyszła po ryż, dostaje ryż. Mało? Oczywiście, że nie jest to wiele, ale wystarczy, by rodziny tych, którzy przyszli po pomoc jakoś przetrwały najbliższe dni. Dom franciszkanów nie jest jedynym miejscem, w którym biedacy szukają pomocy. W bliskiej okolicy znajduje się kilka zgromadzeń różnych zakonów, żeńskich i męskich, między którymi miejscowi krążą by dostać po trochu w każdym miejscu i… Z tego żyje tutaj wielu! Drobne datki ratują życie, a ich skromność jest z jednej strony wymuszona ilością potrzebujących, a z drugiej, jeśli któryś z przybyszów dostałby więcej, pod bramą natychmiast wyrósłby tłum ludzi, którym bardziej opłacałoby się porzucić proste prace lub całodzienne krążenie od bramy do bramy i przyjść żebrać w jedno miejsce. Bo tutaj dobroduszność i hojność wykorzystuje się bezwzględnie. Być może brzmi to brutalnie w kontekście głodującej Afryki, ale taka jest prawda. Tak wygląda to, co widzieliśmy na własne oczy. Tak postępują ludzie, z którymi rozmawialiśmy bezpośrednio lub przysłuchiwaliśmy się ich rozmowom z ojcem Robertem.

Victor. Zjawia się pod bramą i prosi o pieniądze. Może o jedzenie. Nie pamiętam o co, ale jest jak wielu. Chce drobnego datku, który pozwoli jego rodzinie jakoś przeżyć następny dzień. Otrzymuje to, czego potrzebuje. Następnego dnia – to samo. Choć przychodzenie dzień w dzień tych samych osób coś już znaczy. Inne zgromadzenia odmówiły mu pomocy? Jeśli tak to dlaczego? Taką ma strategię? Wykorzystać maksymalnie i pójść dalej? Czy chce znaleźć granicę do której może się posunąć by balansować na niej jak najdłużej? W sobotę przychodzi po raz trzeci. Tym razem po zmroku. Najpierw kilka godzin sterczy pod bramą dzwoniąc co pięć minut elektrycznym dzwonkiem co doprowadza nas wszystkich do szału. Ale nikt mu nie otwiera. Z domu nie widać kto jest przy bramie a może to być każdy. Gruba bandziorów z bronią palną, pijany wariat, ktokolwiek by to był nie może liczyć na pomoc o tej porze, bo pod osłoną Afrykańskiego mroku do domu może chcieć dostać się ktoś, kto wcale nie przyszedł po worek ryżu. Napady na klasztory i domy zakonów to tutaj właściwie codzienność. Później, wyjeżdżając samochodem na sobotnią liturgię widzimy, że to Victor. Gdy wracamy nadal sterczy pod bramą. Pyta, czy może przenocować u franciszkanów. Prośba nie do spełnienia. Jeśli chciał znaleźć granicę, do której mógłby się posunąć to udało mu się. Wpuszczenie Victora do domu mogłoby wiązać się z problemami z pozbyciem się go w kolejnych dniach i eskalacją niemożliwych do spełnienia próśb lub przybyciem grupy znajomych i ziomków Victora, którzy tak jak on, chcieliby na czas nieokreślony zamieszkać we franciszkańskim domu. Jednak to, że to tylko test, potwierdza jego reakcja na zdecydowaną odmowę ojca Roberta. „Nie ma mowy, ale mogę dać ci jedzenie”. „Dobra” odpowiedział obojętnie.

Innym gościem, który nie poprzestał na pojedynczej prośbie, jest dziewczynka, która, jak wszyscy, przyszła po jedzenie. Ojciec Robert wpuścił ją na teren ogrodu, rozmawiają przed domem. Mówi bardzo niewyraźnie i cicho, pochylając głowę (takie zachowanie jest w kulturze suahili oznaką szacunku wobec rozmówcy, ale bardzo utrudnia rozumienie, szczególnie dzieci). Uczący się suahili od niedawna ojciec, nie wie o co dziewczynce chodzi, więc woła Agnieszkę, która włada suahili biegle. Okazuje się, że dziewczynka przyszła po ryż. Ojciec Robert biegnie więc do kuchni. W tym czasie Agnieszka wdaje się z dziewczynką w rozmowę, z której dowiaduje się, że jej mama jest chora i potrzebuje panadolu. Nie ma sprawy. Agnieszka biegnie na górę i przynosi cztery tabletki. Wtedy nasz gość zaczyna opowieść o tym, że chodzi do szkoły i dobrze się uczy, ale jest zawieszona, bo nie ma butów, nie stać ją na nie. Prosi o pieniądze.

Ciekaw jestem co w tej sytuacji zrobiłby czytelnik. Tak, co TY byś zrobiła/zrobił? Z jednej strony łatwo wyciągnąć jest z portfela 10, 15, 20 tysięcy szylingów, dać je dziewczynie, mieć w sercu cudowne poczucie, że pomogło się dziecku Trzeciego Świata i wprowadziło do jego życia jakąś pozytywną zmianę, z drugiej strony po chwili można spodziewać się kolejnej wzruszającej historii, kolejnej prośby o pieniądze, być może tym razem niemożliwej do spełnienia, i… co wtedy? A jeśli nawet dziewczynka odejdzie szczęśliwa i wdzięczna to pewnym jest, że jutro pod bramą ustawi się kolejka dziesięciu dziewczynek, które nie maja pieniędzy na buty do szkoły. Co zrobić?

Problem jest poważny i franciszkanie działają w sposób, według mnie, rozsądny. Jest mianowicie grupa rodzin, które są przez nich w znacznej mierze ‘sponsorowane’. To znaczy edukacja ich dzieci jest opłacana przez zakon, sytuacja rodzin i postępy w nauce (a raczej to, czy dziecko uczęszcza regularnie na lekcje) są regularnie kontrolowane. Zakon opłaca szkoły i wykłada pieniądze na mundurki oraz wszystkie akcesoria potrzebne do nauki. Tego, czy dziewczyna należała do jednej z tych rodzin nie dało się niestety ustalić, ponieważ odpowiedzialny za kontakty z nimi ojciec Dominik wyjechał na okras świąt do odległej o kilkaset kilometrów Arushy. Dziewczynka została poinformowana o tym fakcie i o terminie powrotu ojca Dominika.

Pomagać miejscowej ludności można na wiele sposobów. Dając środki na przeżycie kolejnego dnia, wspierając edukację dzieci, a także pozwalając zarobić przez zlecanie prostych prac. Problem z tym ostatnim jest taki, że często, gdy mieszkańcy Morogoro w ramach odpowiedzi na swoją prośbę słyszą propozycję wykonania pracy za określoną kwotę, odwracają się na pięcie i odchodzą. Ciężka sytuacja wielu ludzi jest spowodowana niechęcią do podjęcia działań mogących ją realnie zmienić. W końcu łatwiej nie robić nic i żyć z dnia na dzień z jałmużny niż podjąć się męczącej pracy. Niestety, taką filozofię wyznaje wielu.

Jednak nieuczciwym uogólnieniem byłoby stwierdzenie, że wszyscy biedni mieszkańcy Morogoro postępują w ten sposób. Niektórzy współpracują z zakonem na stałe i żyją nie tylko z pieniędzy, które dostają za wykonywaną pracę. Tak jaka Mama Joseph. Zatrudniona jako kucharka w domu franciszkanów otrzymuje za swą pracę nie tylko regularną pensję. Zawsze, gdy gotuje dla ojców, przychodzą też jej dzieci. Cała piątka, wszystkie na jej głowie, na jej utrzymaniu, rodzinie nie pomaga żaden mężczyzna. Pierwszy mąż Mamy Joseph umarł, drugi (jego brat – zgodnie z tradycją funkcję męża po śmierci przejmuje jego brat) żył z kobietą przez jakiś czas, trzeci… nie do końca wiadomo nawet czy był jej mężem, spłodził ostatnie dziecko i rozpłynął się w powietrzu. W związku z licznym potomstwem kobiety i jej kiepską sytuacją materialną ojcowie przymykają oko na wiecznie ‘pożyczaną’ mąkę, cukier, olej, ryż, warzywa itp. i pozwalają całej gromadzie jeść razem z nimi nawet wtedy, gdy w domu mieszka tylko dwóch franciszkanów. Doskonale wiedzą, że sprzątanie odbywa się po afrykańsku i o pewne rzeczy nie ma sensu nawet prosić (okna w pokoju wypoczynkowym myjemy we dwójkę: ojciec Robert i ja), a gotowanie pozostawia wiele do życzenia (Mama Joseph codziennie serwuje to samo), ale mimo wszystko praca kobiety jest dla nich pomocą i gwarantem przeżycia dla niej i całej jej rodziny. Dlatego współpraca trwa, a by stan rzeczy nieco odmienić lub choćby stworzyć cień szansy na zmianę w przyszłości, franciszkanie finansują edukację dzieci kucharki.

Jednak, niestety, umiejętności planowania Mamy Joseph są bardzo ograniczone. Na czas świąt wielkanocnych zostaje odesłana do domu. Przez trochę więcej niż tydzień nie musi w ogóle zjawiać się w domu franciszkanów. Kuchnię przejmujemy my, posprzątamy po sobie sami, nie chcemy też by przedszkole, które zawsze towarzyszy pomocnej kucharce, plątało nam się pod nogami i hałasowało. Oczywiście kobieta nie zostaje odesłana z pustymi rękoma. Na czas świąt otrzymuje wypłatę-premię-prezent wysokości 70 tysięcy szylingów (około 150 złotych). Nawet my spokojnie wyżywilibyśmy się za te pieniądze przez tydzień albo dwa, a jedząc po tanzańsku (ugali, ryż i dodatki) za tę kwotę dałoby się wyżyć nawet i miesiąc. Zresztą tak właśnie żyją ludzie tutaj i taka ilość pieniędzy często musi starczyć całym rodzinom na bardzo długo. Niestety. Już po pięciu dniach po wypłacie Mama Joseph zjawia się u drzwi domu franciszkanów z prośbą o jedzenie. Ojciec Robert jest mocno zszokowany. Przecież te pieniądze nawet w Polsce wystarczyłyby na zaspokojenie podstawowych potrzeb żywieniowych nawet tak licznej rodziny przez tydzień albo dłużej. Co się stało? Złe rozplanowanie wydatków? Na przykładzie naszego ochroniarza, Eliasa, wiemy, że to bardzo możliwe. Nasz masajski stróż tuż po wypłacie lubi wybrać się do miasta i wrócić w nowiutkich ciuszkach, z nowym zegarkiem, a potem mówi, że ‘z pieniędzmi to jest tak, że czasem są, a potem nagle ich nie ma’. Mimo, że wypłata zawsze jest mniej więcej w tym samym czasie.

Innym możliwym scenariuszem jest też to, że dalsza rodzina wywarła presję na kobiecie i zmusiła ją do podzielenia się pieniędzmi. Pojawił się brat, siostra, kuzyn, starsza córka drugiej żony wujka… ktoś usłyszał, że Mama Joseph ma pieniądze i przyszedł po nie. Bo takie jest niepisane prawo. W wielu częściach Afryki tradycją jest to, że mając trochę więcej niż reszta rodziny, trzeba się z nią podzielić. W przypadku odmowy sami przyjdą i wezmą. A jeśli ktoś stawi skuteczny opór to może się okazać, że gdy jego dobra passa minie i sam będzie potrzebował pomocy, nie będzie mógł już liczyć na swoich krewnych. Dlatego wielu ludzi w różnych częściach Tanzanii bardzo często powierza większe kwoty miejscowym proboszczom lub zgromadzeniom. W tajemnicy przed bliskimi oddaje pieniądze ‘w depozyt’ do parafialnych lub zakonnych kas, by móc wyjąć je z nich, gdy będą naprawdę potrzebne i uniknąć ‘rozszabrowania’ ciężko zarobionych pieniędzy przez rodzinę, której decyzje finansowe nie zawsze są rozsądne.

I tak oto w okresie świąt Wielkiej Nocy dane nam było z bardzo bliska przyjrzeć się biedzie Afryki, poznać ludzi, których nęka. Choć ci, mieszkający na przedmieściach Morogoro mogą i tak uważać się za szczęśliwców, bo zakątków kontynentu, gdzie w promieniu setek kilometrów nie ma nikogo, kto mógłby pomóc, nadal jest zbyt wiele.