Mikrobiznes 2

Sprzedawcy ubrań, kobiety z warzywami, manicurzyści, sprzedawcy drobnego, plastikowego AGD, dzierżący towar na głowach, w dłoniach lub pchający go na wózkach wypchanych po brzegi kolorowymi miskami, kubkami, czajnikami, zbiorniczkami, pojemniczkami, szczotkami do toalet, miotłami itp., sprzedawcy trutek i pułapek na szczury, których rowerowe sklepy wyglądają jak obwoźne muzea miniaturowych narzędzi tortur, głośno obwieszczający przez skrzeczące megafony, że tylko ich towar może uwolnić świat od gryzoni, uliczni szewcy, którzy za jedyne 500 szylingów potrafią wskrzesić z pozoru nieodwracalnie uszkodzone obuwie, na czas naprawy wypożyczający parę klapek lub butów, by klient nie musiał tracić czasu podczas czekania na realizację zamówienia i mógł w czasie naprawy załatwić wszystko, co ma w okolicy do załatwienia… wszyscy oni sprawiają, że powolne, afrykańskie życie Segerei może toczyć się w swoim rytmie, bo po co spieszyć się na zakupy, skoro zakupy mogą przyjść do ciebie!

Centrum

W Kariakoo, Mnazi Mmoja i innych tłocznych, handlowych dzielnicach istotną branżą ulicznego mikrobiznesu jest gastronomia. Głodni, spragnieni ludzie przesiadujący w sklepach, tkwiący w wiecznych korkach w okolicach centrum, prędzej czy później stają się klientami jednego z tysięcy mężczyzn (tak, ta branża to też ich domena) z wodą i drobnymi przekąskami.

Mała gastronomia

‚Maji, maji’ – wykrzykują sprzedawcy wody krążący między autobusami i samochodami. Charakterystycznymi, głośnymi cmoknięciami informują, że za chwilę za szybą pojazdu pojawi się ręka unosząca w górę koszyk lub karton z zimnymi napojami. Szybkim krokiem, chodnikami centrum, slalomem między przechodniami, krążą sprzedawcy orzeszków ziemnych. Rytmicznie podrzucając stosik kilkudziesięciu monet dają znać wszystkim, których zaczyna dręczyć ‚mały głód’, że oto zbliża się przekąska. Na okrągłych, płaskich koszach z wklęsłym dnem, oprócz rozsypanych luzem, sprzedawanych na łyżki, orzeszków ziemnych, często mają też cukierki, ciastka i papierosy. Na ulicach centrum przez cały dzień można też kupić sprzedawane z dwukołowych wózków kawałki ananasów, kokosy albo pomarańcze, wypełniające wielkie kosze zwisające z dwóch stron rowerowych bagażników, misternie obierane przez sprzedawców w przedziwny, tanzański sposób (obierają je jak jabłka, usuwając tylko cienką, wierzchnią, żółto-zieloną warstwę skórki).

Rano na ulicach całego miasta kobiety rozpalają prymitywne paleniska, zbudowane ze starej felgi samochodowej lub składające się z trzech kamieni położonych na ziemi, na których kładą podobną do woka patelnię. Na niej smażą korzenie kassawy lub pączki mandazi. Niektóre serwują też herbatę i podają pełne, afrykańskie śniadanie w skleconych z odpadów i gałęzi budkach, pełniących tu rolę restauracji fast food. Koło południa na ulicę wytaczają swe wózki sprzedawcy trzciny cukrowej. Pokrojona w grube plastry, sprzedawana po 100 Szylingów za 5-6 kawałków, można ją kupić dosłownie na każdym rogu. Cieszy się dużą popularnością. Doskonale tłumi uczucie głodu, naturalny cukier pobudza i daje siłę by dotrwać do popołudnia, gdy na ulicy lub w domu można zjeść coś konkretnego. A wieczorami, na wracających z pracy i szkół, wygłodniałych mieszkańców Dar, czeka spory wybór przekąsek.

Smażone na małych, prostokątnych grillach kolby kukurydzy i szaszłyki mshikaki podawane ze smażonymi bananami lub frytkami, owoce morza, usmażone w głębokim tłuszczu, pokrojone w kawałki, wystarczy stanąć obok stoiska, wziąć wykałaczkę, na którą nadziewa się kawałki kalmara lub ośmiornicy, po 100 szylingów za kawałeczek, zanurzyć ją w aromatycznym, ostrym sosie i tak oto można najeść się do syta czekając na autobus, podczas drogi do domu, która często trwa bardzo długo. Z centrum na przedmieścia czasem jedzie się nawet kilka godzin. A jeśli ktoś woli zjeść morskie pyszności w domowym zaciszu, może ‚na wynos’ zakupić usmażoną w całości mackę ośmiornicy albo torbę krewetek.

Najbardziej charakterystycznymi dostawcami usług gastronomicznych są sprzedawcy wieczornej kawy. W Dar zwyczaj picia tego trunku właśnie wieczorem jest szeroko rozpowszechniony. Wydaje mi się, że szczególną popularnością cieszy się wśród mężczyn-muzułmanów. Być może wyjście na wieczorne modlitwy jest doskonałą okazją by zatrzymać się na chwilę, wypić filiżankę słodkiej, aromatycznej, pełnej korzennych przypraw, kawy, zjeść kashatę, (ciastko będące zlepkiem orzeszków ziemnych posklejanych miodem lub cukrem) i porozmawiać ze znajomymi. Bo wieczornej kawy nigdy nie pije się samemu. Grupy kilkunastu do nawet trzydziestu mężczyzn gromadzą się na rogach ulic i piją pachnący, gorący napój z małych filiżanek, do których z aluminiowego czajnika, stawianego na przenośnej ‚podstawce’ z rozżarzonymi węglami, nalewa ją ‚kawiarz’.

Bajki dla dorosłych

Jednak najbardziej zdumiewającą ‚działalność gospodarczą’ prowadzą opowiadacze. Biznes ma się doskonale, bo przecież nie każdy w drodze do domu jest głodny, a wielogodzinne czekanie na autobus albo na cokolwiek (tak, siedzenie i czekanie aż cokolwiek się wydarzy to popularne, afrykańskie zajęcie) może znudzić każdego. Dlatego w wielu miejscach centrum i w okolicach większych węzłów komunikacyjnych można spotkać mężczyzn, czasem jednego, czasem dwóch lub trzech, nieraz uzbrojonych w potężne systemy nagłaśniające, którzy zgromadzonym dokoła kilkudziesięciu, a czasem ponad stu ludziom, opowiadają najprzeróżniejsze historie. Tłum śmieje się, dziwi, cieszy z rozrywki jaką zapewniają im uliczni aktorzy, a za trwający około dwudziestu minut pokaz każdy płaci 100-200 szylingów. W skeczach i opowieściach przewijają się tematy dotyczące relacji międzyludzkich, nierzadko tematy tabu, takie jak zdrada, seks i pieniądze. W sposób humorystyczny dotykają one bardzo delikatnych sfer życia, trafiają do najciemniejszych zakamarków duszy. Aktorzy mają za zadanie nie tylko bawić publiczność, ale i edukować. Każda historia kończy się morałem, w każdej historii można odnaleźć cząstkę prawdy o sobie samym.

Złodzieje i żebracy

By przeżyć w Dar wystarczy odrobina talentu, chęci i dobry pomysł. Jednak wielu nie posiada żadnej z powyższych cech ani ochoty by iść do pracy. W Segerei na każdym kroku widzimy tłumy żebraków, bezdomnych, dzieci ulicy, szukających kogoś, kto da im kilka szylingów. Śpiewka ta sama co wszędzie. ‚na jedzenie’, ‚na lekarstwa’… Potem widzę ich jak z papierosami w ustach szybkim krokiem przemierzają piaszczyste drogi, na spotkanie z dilerem, po wieczorną działkę cracku. Ci, którzy mają odrobinę sprytu i szybkie nogi, kradną. Zorganizowane szajki kieszonkowców grasują wszędzie. Sam padłem ich ofiarą dwukrotnie, raz wepchnięty w tłum na dworcu autobusowym, kiedy indziej w okolicach poczty jeden mężczyzna chwycił mnie za nogawkę spodni i odwrócił moją uwagę, podczas gdy drugi obrobił mi kieszeń. Wszystko trwało ułamek sekundy i gdy po przejściu kilku kroków pokojarzyłem fakty i zorientowałem się o co chodzi, sprawcy zniknęli a tłum straganiarzy otaczających miejsce zdarzenia udawał, że nic nie widział. Na szczęście zdając sobie sprawę z tego ilu złodziei grasuje na ulicach Dar nigdy nie nosiłem w kieszeni dokumentów czy większych ilości gotówki. Ale po dwóch ‚bliskich spotkaniach’ z ‚zarabiającymi inaczej’, w kieszeniach noszę już tylko chusteczki. Śmiałość złodziei zadziwia, a ich działania można wytłumaczyć tylko skrajną desperacją albo skrajną głupotą. Bo złodziej złapany przez tłum jest praktycznie skazany na śmierć na miejscu. Wystarczy krzyknąć ‚wezi’ (złodzieje) i wskazać sprawcę palcem, by wszyscy zebrani dokoła rzucili się na niego z pięściami. Miejscowe brukowce lubują się w publikowaniu zdjęć ofiar linczu. Okładki gazet nieraz ‚zdobią’ fotografie zmasakrowanych ciał, nad którymi stoją mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się martwemu złodziejowi.

Jednak wielu po prostu nie jest w stanie pracować, choćby może i chciało. Oni też przesiadują na ulicach wyciągając dłonie w rozpaczliwym błaganiu o pomoc. Kalecy, starzy, zniedołężniali, niewidomi. Ludzie bez nóg, rąk, z kończynami powykręcanymi, skarłowaciałymi, lub powiększonymi do gigantycznych rozmiarów przez słoniowaciznę. Ofiary chorób, które deformują i okaleczają ciała tak, że normalne funkcjonowanie jest niemożliwe, czekają, skazani na jałmużnę. Bo ‘pomoc społeczna’, ‘zasiłek’, czy ‘renta’, to podobnie jak ‚podatek’ i ‚działalność gospodarcza’, słowa, których większość Tanzańczyków w życiu nie słyszała.

Wpis “Mikrobiznes 2” ma jeden komentarz

  1. pajk pisze:

    Sugestywny opis byłby mocno niepełny, gdyby nie zdjęcia. Dzięki za foty.

Dodaj komentarz