Mikrobiznes (część 1) (Kuba)

Przepraszamy wszystkich czytelników za tak długą blogową nieobecność, ale z powodów losowych, zdrowotnych, technicznych i zawodowych nie byliśmy w stanie relacjonować naszych przeżyć i spostrzeżeń tak często, jak byśmy tego chcieli. Jedyne co możemy obiecać to poprawa 🙂 Nie znaczy to jednak, że prace nad blogiem zamarły. Kolejne teksty powstają lub powstały, ale czekaja na swoją kolej, a w ciągu zbliżającego się, ostatniego, afrykańskiego miesiąca będzie działo się sporo, więc obiecujemy mnóstwo ciekawych relacji i opowieści, które z pewnością będziemy snuć jeszcze jakiś czas po powrocie do Polski. Tymczasem…

Mikrobiznes

Tym, co nadaje Dar es Salaam i Segerei afrykańskiego charakteru, jest handel. Śmiało można powiedzieć, że właśnie w handlu afrykańskość manifestuje się w całej swej okazałości. Spryt, pomysłowość, przebiegłość, wyrachowanie, wytrwałość, sympatie, antypatie, uczciwość, nieuczciwość, różne cechy i zachowania mieszkańców Afryki, Tanzanii, Dar. Wszystko to można zaobserwować przechadzając się piaszczystymi ulicami naszej dzielnicy i dziurawymi chodnikami miasta. Prawdziwy handel kultury suahili jest niczym jej manifest. Zawartość owego manifestu (i podstawy języka suahili) trzeba choć z grubsza znać, by móc kupić cokolwiek na ulicy. Jeśli nie wiemy, że białasowi podaje się cenę kilkakrotnie wyższą niż ‘swojemu’, zedrą ile się da. Ponadto nie targując się z handlarzem, prócz sporego utargu, możemy mu zafundować bezsenną noc. Bo mówi się, że jeśli białas bez targowania kupi towar za podaną przez sprzedawcę, zawyżoną, cenę, ten całą noc będzie ‘pluć sobie w brodę’, że nie podał mu ceny wyższej. Inni handlarze, na przykład masajskie kobiety, będą bardzo się wstydzić, a wyrzuty sumienia nie dadzą im spokoju przez długi czas, jeśli kupi się od nich rękodzieło bez targowania się. Kwota podawana na początku transakcji jest zawsze zawyżona, a targowanie jest naturalną częścią procesu kupna i sprzedaży, szczególnie większych, droższych rzeczy.

Small talk

Targowanie to nie tylko negocjacja ceny. To dłuższa rozmowa poprzedzona powitaniem i wymianą uprzejmości. ‘Shikamoo’ (zwrot będący wyrazem szacunku wobec starszego uczestnika transakcji – wypada wiedzieć, która strona powinna go użyć. W dosłownym tłumaczeniu, z arabskiego ‘Padam ci do stóp’) ‘Marahaba’ (odpowiedź, oznaczająca akceptację wyrazów szacunku). Potem klasyczny dialog rozpoczynający każdą towarzyską konwersację. Jeśli jest rano, zapytamy ‘Jak mija poranek?’, oprócz ‘Nzuri’ (dobrze), albo ‘Salama’ (spokojnie), możemy, jakby w zamian za zainteresowanie porankiem rozmówcy, usłyszeć pytanie ‘Jak się spało?’. Potem przejdziemy do tradycyjnej wymiany ‘troskliwych uprzejmości’. ‘Jak się mają dzieci?’ ‘Co słychać w domu?’ itp.

Oczywiście specjalistką od transakcji jest Agnieszka, która już w pierwszych minutach rozmowy daje do zrozumienia, że zna nie tylko język ale i zwyczaje. Bywa, że swoim biegłym suahili i kompetencją kulturową dezorientuje rozmówców do tego stopnia, że przestają oceniać ją przez pryzmat jasnej skóry i wnioskują, że skoro tak dobrze zna język, to musi być z jakiegoś afrykańskiego ‘plemienia’. Może jest Arabką, Hinduską (Arabowie, Biali i inna ludność napływowa to w potocznym, tanzańskim rozumieniu plemiona) albo kimś z jasnoskórego ludu Zaramo. Czasem sprzedawca zapyta skąd jesteśmy, szczególnie kobiety, ciekawskie i bardziej otwarte wobec innych kobiet, chętnie wypytują moją żonę o to skąd pochodzi i jak to możliwe, że tak dobrze zna język. Gdy handlarz w końcu przestaje się dziwić, zaczynają się pertraktacje.

W tym momencie trzeba pamiętać, by nie popadać w nadmierny zachwyt jednym, upatrzonym przedmiotem. Choćby nie wiem jak się podobał i przykuwał naszą uwagę, lepiej obojętnym wzrokiem i z pomrukami niezadowolenia obejrzeć przynajmniej kilka towarów i potem zapytać o cenę tego, który chce się kupić. Natychmiast trzeba zdziwić się, że tak drogo, zapytać dlaczego, powiedzieć ‘tyle nie dam! Nie ma mowy!’ Podczas targu trzeba być zdecydowanym i nie bać się odgrywać skrajnych reakcji emocjonalnych. Potem powolutku zaczyna się ‘schodzenie w dół’. Podczas targowania podajemy cenę o jedną trzecią, jedną czwartą niższą niż ta, którą byśmy chcieli zapłacić i po kilku minutach kończymy negocjacje kwotą zadowalającą obie strony.

10.000

Najwyższy nominał banknotów znajdujących się w obiegu w Tanzanii to 10.000 szylingów. Około 20 złotych. W tutejszych warunkach nie jest to kwota niebotyczna, ale pozwoli na przeżycie kilku dni typowej, wschodnioafrykańskiej rodzinie (matka + 3 do 5 dzieci, z mężem lub bez). Można za to kupić kilka kilogramów ryżu albo mąki kukurydzianej potrzebnej do przygotowania ugali, do tego trochę warzyw lub fasoli. Jeśli kobiecie (to one odpowiadają za zakupy i przyrządzanie posiłków) uda się w korzystnej cenie kupić warzywa, albo w danym okresie są one tanie, 10.000 może też starczyć na kawałek mięsa na tradycyjny pilau (więcej o jedzeniu i potrawach – http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=141). Jednak na zaspokojenie większych potrzeb 10.000 nie wystarczy. Nie kupi się za to porządnych butów, jeśli ubrania to raczej pojedyncze części garderoby, ewentualnie dwie, trzy sztuki używanej odzieży. Życie w Trzecim Świecie nie jest tak tanie jak by się mogło wydawać.

10.000 to także dzienny dochód zaradnego, obwoźnego (obnośnego?) handlarza. Kreatywnego i wygadanego mikrobiznesmena (lub bizneswoman), który z niczego potrafi zrobić coś. Sprzedający wszystko co się da ludzie, przemierzający segereańskie bezdroża pieszo lub na rowerach, nadają krajobrazowi przedmieścia więcej egzotyki niż palmy i piach po kostki.

Mbogie, mbogieeee!

Po podstawowe produkty spożywcze nie musimy chodzić daleko. Rowerowi sprzedawcy pieczywa i jajek co chwila przejeżdżają pod naszym domem. Poranny ruch mobilnej branży spożywczej jest spory. Wystarczy stanąć przed bramą i chwilę poczekać by ‘złapać’ pana z chlebem, rowerzystę z jajami, pieszego sprzedawcę ryb, albo panią z warzywami. A nawet jeśli handlarz nie przejdzie bezpośrednio pod bramą łatwo go zlokalizować po charakterystycznym okrzyku, groteskowo zmodulowanym przez ściśnięte gardło. ‘Samaki, samakiiii!’ (ryby) albo ‘Mbogie, mbogieeee!’ (mboga – warzywa) od samego rana okrzyki rozbrzmiewają na bezdrożach dzielnicy i wskazują którędy w danym momencie przemieszcza się ‘przenośny sklep’.

Zadziwiająca jest ‘segregacja płciowa’ w poszczególnych branżach. O ile warzywa prawie zawsze sprzedają kobiety, o tyle rybami czy jajkami handlują tylko i wyłącznie mężczyźni. Do ryb z niesionej na głowie w palącym słońcu torby jakoś nie mogę się przekonać, ale jestem stałym klientem pań z warzywami. Tylko od nich, dosłownie za grosze, można kupić najświeższą, afrykańską zieleninę. Po 100 szylingów za pęczek: szpinak, matembele, sukumawiki. Te ostatnie to tutejsze namiastki szpinaku. Liście o różnych smakach, które tak jak szpinak można smażyć na cebuli, z pomidorami, z marchewką, czosnkiem, przyprawami lub bez nich, w różnych europejsko-afrykańsko-indyjskich konfiguracjach. Od drobnych handlarek, które cały asortyment noszą w misce na głowie, można kupić tylko zieleninę. Niektóre sprzedają banany, papaje i ogórki. Ale te, które wczesnym rankiem zaczynają kursować po Segerea noszą tylko liście.

Widok kobiety z miską na głowie jest czymś, co zawsze kojarzyło mi się z Afryką. I słusznie. Ten sposób przenoszenia wody, zakupów i towarów na sprzedaż jest tu najpopularniejszy. A umiejętności Tanzańczyków zadziwiają. Wysokie torby z mąką, wielkie palety z okularami przeciwsłonecznymi, wiadra wody ustawione bezpośrednio na głowie lub na kandze, ciasno zawiniętej w odpowiedniej wielkości pierścień, nigdy nie spadają.

Wszystkie kobiety sprzedające warzywa ubierają się tak samo. Właściwie ubierają się tak samo jak wszystkie tanzańskie kobiety gdy pracują, piorą, gotują, zajmują się dziećmi, krzątają wokół domu, ale także wtedy gdy idą na spotkanie z ukochanym, na plotki z koleżankami czy na pogrzeb. Od pasa w dół ich ciała zasłaniają kangi: wielkie, kolorowe chusty, spełniające rolę spódnic. Oczywiście kanga nie ma kieszeni, więc pieniądze są zawiązane w róg chusty. Górę też nierzadko osłania kanga, narzucona na bawełniany top, a na plecach, również zawinięte w kangę, drzemie niemowlę. (temat afrykańskiej chusty jest już na warsztacie i wkrótce Agnieszka uraczy Was wyczerpującym opisem tego i innych zjawisk ze świata wschodnioafrykańskiej mody) Właśnie od takich kobiet, około dziewiątej rano, kupuję szpinak i inną zieleninę. Świeże, często jeszcze wilgotne od porannej rosy, zerwane z przydomowych grządek, doskonałe jako dodatek do jajecznicy, równie wyśmienite podduszone na cebuli z czosnkiem, podawane jako warzywa do obiadu.

Butik kroczący

Jak już wyżej wspomniałem, ubrania w Dar es Salaam nie są tanie. W każdym razie nie dla ‘zwykłych zjadaczy chleba’ zarabiających kilkadziesiąt do około dwustu tysięcy szylingów na miesiąc, nie mówiąc o ludziach pozbawionych stałej pracy i zarobków, którzy żyją z dnia na dzień z tego, co od kogoś dostaną lub zarobią pracując dorywczo tu i ówdzie. Nowe spodnie w sklepie mogą kosztować od dwudziestu do ponad pięćdziesięciu tysięcy szylingów. Koszula dwadzieścia – czterdzieści tysięcy. T-shirt około dziesięciu tysięcy. Za używane rzeczy płaci się kilka razy mniej. Wystarczy przejechać się do Karume (http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=151) i poszperać w hałdach używanych szmat by znaleźć coś dla siebie. Ale po co jeździć gdziekolwiek, skoro rzeczy mogą przyjść same!

Mężczyźni (tak, tylko mężczyźni) z naręczami kiecek, bluzek, koszulek, a nawet staników i plecakiem wypełnionym kolekcją używanej odzieży damskiej lub męskimi spodniami (innych części męskiej garderoby w ofercie ‘obnośnego’ handlarza nie widzieliśmy), krążą po Segerei od rana do wieczora. Wychodzą o świcie i wracają do domów dopiero gdy jest tak ciemno, że ich potencjalne klientki i klienci nie są już w stanie oglądać towaru. Często widzimy jak sprzedawcy przechadzają się dumnie prezentując towar na lewo i prawo lub przystają, by otrzepać rzeczy z wszechobecnego pyłu i kurzu i wygładzić je, by wyglądały jak nowe.

Równie popularnym co sprzedaż używanych sukienek, topów i biustonoszy, jest handel obuwiem z drugiej ręki… a raczej nogi. „Buciarz”, zawsze mężczyzna, chodzi z plecakiem, a w każdej z dłoni trzyma po pięć-sześć butów, każdy inny. Sprzedawcy obuwia także mają swoje techniki odnawiania towaru. Polerowanie, pucowanie i pastowanie. To ostatnie tyczy się także podeszw. Również czarne elementy kolorowych spodów butów sportowych są precyzyjnie smarowane czarną pastą, by wyglądały jak nowe.

Chodzący po ulicach miasta handlarze używaną odzieżą mają swój zasób technik sprzedaży. Z reguły klient nie podchodzi do nich. To oni podchodzą do klienta lub klientki, gdy widzą kogoś, na kogo będzie pasowała jakaś rzecz z ich asortymentu. Często przystają też w miejscach, w których pracuje kilka osób. Pamiętajmy, że praca w Afryce wygląda ‘nieco’ inaczej niż w Europie, więc nikomu nie brakuje czasu na dokładne obejrzenie całego asortymentu handlarza, a wiadomo, że z racji ‘zatrudnienia’ w danym sklepie, barze, przychodni, pracownicy nigdzie się nie ruszą, więc handlarz ma nawet kilka godzin na prezentację towaru i pertraktacje. Oczywiście aż tyle czasu w jednym miejscu nie spędza, bo do obejścia ma całą dzielnicę, ale godzina czy dwie pogawędki z klientami w takich miejscach to standard. ‘Kolor nieładny? Nie mam innego. Ale może siostrze się spodoba. Za małe? A może będzie dobre na córkę?’ Pewnego dnia gdy siedziałem w barze u Oskara podszedł do mnie sprzedawca damskich butów i prezentując obklejone brokatem, plastikowe ‘lakierki’ we wściekło-różowym kolorze, na wysokiej koturnie, zaproponował: ‘Może dla żony?’.

Oczywiście kobiety potrzebują do życia czegoś więcej niż buty, kiecka i bluzeczka. Wiedzą o tym doskonale sprzedawcy okularów słonecznych, dzierżący na głowach wielkie prostokątne kawały styropianu, w które wbijają swój towar. Nie trzeba tego tłumaczyć także sprzedawcom drobiazgów dla pań, taszczących na ramionach wielkie palety, do których przyczepiają lusterka, broszki, spinki, gumki do włosów, grzebyczki, plastikową biżuterię itp. O ile sprzedawcy ciuchów i okularów nie mają żadnego ‘sygnału rozpoznawczego’, o tyle sprzedawcy damskich akcesoriów ogłaszają swoje nadejście zabawkowymi trąbkami, których drażniące piszczenie oznajmia, że oto nadchodzi róg plastikowej obfitości dla pań.

Mobilny pedicure

Ze wszystkich drobnych przedsięwzięć tanzańskich ludzi interesu najbardziej zadziwiają mnie przenośne salony pedicure. Jeden lub dwóch mężczyzn z małymi, plastikowymi koszyczkami wypełnionymi akcesoriami niezbędnymi do procederu upiększania paznokci, potrafią z nimi zrobić dosłownie wszystko. Przycinanie, polerowanie, zwyczajne malowanie paznokci lub w stylu francuskim, nakładanie tipsów, malowanie wzorków, kwiatków i innych dziwolągów… Słowem: full-service. Podpytaliśmy kiedyś naszą koleżankę z pracy o ceny tych zabiegów. Są one śmiesznie niskie – zwykłe pomalowanie paznokci u stóp to około 1 zł, pedicure francuski 3 zł, a tipsy – według Rosie cholernie drogie – to wydatek około 8-10zł. Nic dziwnego, że prawie każda Tanzanijka ma pięknie pomalowane paznokcie. Usługi cieszą się niezwykłą popularnością nie tylko ze względu na cenę, ale także dzięki ich ogólnej dostępności. Panowie ‘paznokciowi’ sami zjawiają się tam, gdzie panie akurat przesiadują. Przed sklepem, na przydrożnym kamieniu, na zwalonym pniu palmy. Tu nie trzeba salonów i królewskich foteli by zająć się kobiecymi paznokciami. Dziwi tylko to, że tumany kurzu w żaden sposób nie zakłócają pracy paznokciowych artystów. Czy znają sposób na uporanie się z trudnościami, jakie piętrzy przed nimi afrykańska przyroda, czy klientki nie są aż tak wybredne, nie wiem. Wiem natomiast jedno: skazani na ciągłą walkę o przetrwanie afrykańscy mikrobiznesmeni są w stanie zrobić niejedno, by wygrać choć trochę lepsze życie.

Wpis “Mikrobiznes (część 1) (Kuba)” skomentowano 3 razy

  1. marcinha pisze:

    czy tam gdzie jestescie solaria maja, czy to bylby dobry pomysl na biznes? 🙂

  2. lecher pisze:

    a co z kasami fiskalnymi, gdzie oni je noszą ?

  3. Nauczyciele bez granic pisze:

    Marcinie:
    solarium to my tu mamy od 7 do 19 non stop, ale świetnie się ma biznes ‚odwrotny’. Wybielające (sic!) kremy i mydła sprzedają się jak ciepłe bułeczki i są dostępne w każdej drogerii.

    lecher:
    pytanie zadane półserio, ale jednak poważne! pośrednio nad tym zastanawia się tez wielu tanzańskich polityków i ekonomistów. Szacuje się, że 70-80% działalności gospodarczych w kraju nie jest w ogóle zarejestrowanych, w związku z czym nie jest opodatkowanych. jak wyglądają wpływy do budżetu – można się domyśleć.

Dodaj komentarz