Walka o przetrwanie

Święta Wielkiej Nocy, które spędziliśmy w Morogoro nie są tylko czasem religijnych rozważań i beztroskiego obżarstwa. Do położonego na obrzeżach miasteczka domu franciszkanów codziennie przychodzą ludzie. Proszą o pomoc. Stajemy twarzą w twarz z afrykańską biedą.

Każdego dnia pod bramę oddzielającą posesję franciszkanów od drogi, lub pod drzwi budynku oddalonego kilkadziesiąt metrów od bramy, przychodzi kilka osób. Proszą o pieniądze, o jedzenie, o leki. Nikt z potrzebujących nie zostaje odesłany z kwitkiem. Grupa kobiet proszących o pieniądze otrzymuje po tysiąc szylingów. Chłopiec proszący o mąkę dostaje porcję mąki. Dziewczynka, która przyszła po ryż, dostaje ryż. Mało? Oczywiście, że nie jest to wiele, ale wystarczy, by rodziny tych, którzy przyszli po pomoc jakoś przetrwały najbliższe dni. Dom franciszkanów nie jest jedynym miejscem, w którym biedacy szukają pomocy. W bliskiej okolicy znajduje się kilka zgromadzeń różnych zakonów, żeńskich i męskich, między którymi miejscowi krążą by dostać po trochu w każdym miejscu i… Z tego żyje tutaj wielu! Drobne datki ratują życie, a ich skromność jest z jednej strony wymuszona ilością potrzebujących, a z drugiej, jeśli któryś z przybyszów dostałby więcej, pod bramą natychmiast wyrósłby tłum ludzi, którym bardziej opłacałoby się porzucić proste prace lub całodzienne krążenie od bramy do bramy i przyjść żebrać w jedno miejsce. Bo tutaj dobroduszność i hojność wykorzystuje się bezwzględnie. Być może brzmi to brutalnie w kontekście głodującej Afryki, ale taka jest prawda. Tak wygląda to, co widzieliśmy na własne oczy. Tak postępują ludzie, z którymi rozmawialiśmy bezpośrednio lub przysłuchiwaliśmy się ich rozmowom z ojcem Robertem.

Victor. Zjawia się pod bramą i prosi o pieniądze. Może o jedzenie. Nie pamiętam o co, ale jest jak wielu. Chce drobnego datku, który pozwoli jego rodzinie jakoś przeżyć następny dzień. Otrzymuje to, czego potrzebuje. Następnego dnia – to samo. Choć przychodzenie dzień w dzień tych samych osób coś już znaczy. Inne zgromadzenia odmówiły mu pomocy? Jeśli tak to dlaczego? Taką ma strategię? Wykorzystać maksymalnie i pójść dalej? Czy chce znaleźć granicę do której może się posunąć by balansować na niej jak najdłużej? W sobotę przychodzi po raz trzeci. Tym razem po zmroku. Najpierw kilka godzin sterczy pod bramą dzwoniąc co pięć minut elektrycznym dzwonkiem co doprowadza nas wszystkich do szału. Ale nikt mu nie otwiera. Z domu nie widać kto jest przy bramie a może to być każdy. Gruba bandziorów z bronią palną, pijany wariat, ktokolwiek by to był nie może liczyć na pomoc o tej porze, bo pod osłoną Afrykańskiego mroku do domu może chcieć dostać się ktoś, kto wcale nie przyszedł po worek ryżu. Napady na klasztory i domy zakonów to tutaj właściwie codzienność. Później, wyjeżdżając samochodem na sobotnią liturgię widzimy, że to Victor. Gdy wracamy nadal sterczy pod bramą. Pyta, czy może przenocować u franciszkanów. Prośba nie do spełnienia. Jeśli chciał znaleźć granicę, do której mógłby się posunąć to udało mu się. Wpuszczenie Victora do domu mogłoby wiązać się z problemami z pozbyciem się go w kolejnych dniach i eskalacją niemożliwych do spełnienia próśb lub przybyciem grupy znajomych i ziomków Victora, którzy tak jak on, chcieliby na czas nieokreślony zamieszkać we franciszkańskim domu. Jednak to, że to tylko test, potwierdza jego reakcja na zdecydowaną odmowę ojca Roberta. „Nie ma mowy, ale mogę dać ci jedzenie”. „Dobra” odpowiedział obojętnie.

Innym gościem, który nie poprzestał na pojedynczej prośbie, jest dziewczynka, która, jak wszyscy, przyszła po jedzenie. Ojciec Robert wpuścił ją na teren ogrodu, rozmawiają przed domem. Mówi bardzo niewyraźnie i cicho, pochylając głowę (takie zachowanie jest w kulturze suahili oznaką szacunku wobec rozmówcy, ale bardzo utrudnia rozumienie, szczególnie dzieci). Uczący się suahili od niedawna ojciec, nie wie o co dziewczynce chodzi, więc woła Agnieszkę, która włada suahili biegle. Okazuje się, że dziewczynka przyszła po ryż. Ojciec Robert biegnie więc do kuchni. W tym czasie Agnieszka wdaje się z dziewczynką w rozmowę, z której dowiaduje się, że jej mama jest chora i potrzebuje panadolu. Nie ma sprawy. Agnieszka biegnie na górę i przynosi cztery tabletki. Wtedy nasz gość zaczyna opowieść o tym, że chodzi do szkoły i dobrze się uczy, ale jest zawieszona, bo nie ma butów, nie stać ją na nie. Prosi o pieniądze.

Ciekaw jestem co w tej sytuacji zrobiłby czytelnik. Tak, co TY byś zrobiła/zrobił? Z jednej strony łatwo wyciągnąć jest z portfela 10, 15, 20 tysięcy szylingów, dać je dziewczynie, mieć w sercu cudowne poczucie, że pomogło się dziecku Trzeciego Świata i wprowadziło do jego życia jakąś pozytywną zmianę, z drugiej strony po chwili można spodziewać się kolejnej wzruszającej historii, kolejnej prośby o pieniądze, być może tym razem niemożliwej do spełnienia, i… co wtedy? A jeśli nawet dziewczynka odejdzie szczęśliwa i wdzięczna to pewnym jest, że jutro pod bramą ustawi się kolejka dziesięciu dziewczynek, które nie maja pieniędzy na buty do szkoły. Co zrobić?

Problem jest poważny i franciszkanie działają w sposób, według mnie, rozsądny. Jest mianowicie grupa rodzin, które są przez nich w znacznej mierze ‘sponsorowane’. To znaczy edukacja ich dzieci jest opłacana przez zakon, sytuacja rodzin i postępy w nauce (a raczej to, czy dziecko uczęszcza regularnie na lekcje) są regularnie kontrolowane. Zakon opłaca szkoły i wykłada pieniądze na mundurki oraz wszystkie akcesoria potrzebne do nauki. Tego, czy dziewczyna należała do jednej z tych rodzin nie dało się niestety ustalić, ponieważ odpowiedzialny za kontakty z nimi ojciec Dominik wyjechał na okras świąt do odległej o kilkaset kilometrów Arushy. Dziewczynka została poinformowana o tym fakcie i o terminie powrotu ojca Dominika.

Pomagać miejscowej ludności można na wiele sposobów. Dając środki na przeżycie kolejnego dnia, wspierając edukację dzieci, a także pozwalając zarobić przez zlecanie prostych prac. Problem z tym ostatnim jest taki, że często, gdy mieszkańcy Morogoro w ramach odpowiedzi na swoją prośbę słyszą propozycję wykonania pracy za określoną kwotę, odwracają się na pięcie i odchodzą. Ciężka sytuacja wielu ludzi jest spowodowana niechęcią do podjęcia działań mogących ją realnie zmienić. W końcu łatwiej nie robić nic i żyć z dnia na dzień z jałmużny niż podjąć się męczącej pracy. Niestety, taką filozofię wyznaje wielu.

Jednak nieuczciwym uogólnieniem byłoby stwierdzenie, że wszyscy biedni mieszkańcy Morogoro postępują w ten sposób. Niektórzy współpracują z zakonem na stałe i żyją nie tylko z pieniędzy, które dostają za wykonywaną pracę. Tak jaka Mama Joseph. Zatrudniona jako kucharka w domu franciszkanów otrzymuje za swą pracę nie tylko regularną pensję. Zawsze, gdy gotuje dla ojców, przychodzą też jej dzieci. Cała piątka, wszystkie na jej głowie, na jej utrzymaniu, rodzinie nie pomaga żaden mężczyzna. Pierwszy mąż Mamy Joseph umarł, drugi (jego brat – zgodnie z tradycją funkcję męża po śmierci przejmuje jego brat) żył z kobietą przez jakiś czas, trzeci… nie do końca wiadomo nawet czy był jej mężem, spłodził ostatnie dziecko i rozpłynął się w powietrzu. W związku z licznym potomstwem kobiety i jej kiepską sytuacją materialną ojcowie przymykają oko na wiecznie ‘pożyczaną’ mąkę, cukier, olej, ryż, warzywa itp. i pozwalają całej gromadzie jeść razem z nimi nawet wtedy, gdy w domu mieszka tylko dwóch franciszkanów. Doskonale wiedzą, że sprzątanie odbywa się po afrykańsku i o pewne rzeczy nie ma sensu nawet prosić (okna w pokoju wypoczynkowym myjemy we dwójkę: ojciec Robert i ja), a gotowanie pozostawia wiele do życzenia (Mama Joseph codziennie serwuje to samo), ale mimo wszystko praca kobiety jest dla nich pomocą i gwarantem przeżycia dla niej i całej jej rodziny. Dlatego współpraca trwa, a by stan rzeczy nieco odmienić lub choćby stworzyć cień szansy na zmianę w przyszłości, franciszkanie finansują edukację dzieci kucharki.

Jednak, niestety, umiejętności planowania Mamy Joseph są bardzo ograniczone. Na czas świąt wielkanocnych zostaje odesłana do domu. Przez trochę więcej niż tydzień nie musi w ogóle zjawiać się w domu franciszkanów. Kuchnię przejmujemy my, posprzątamy po sobie sami, nie chcemy też by przedszkole, które zawsze towarzyszy pomocnej kucharce, plątało nam się pod nogami i hałasowało. Oczywiście kobieta nie zostaje odesłana z pustymi rękoma. Na czas świąt otrzymuje wypłatę-premię-prezent wysokości 70 tysięcy szylingów (około 150 złotych). Nawet my spokojnie wyżywilibyśmy się za te pieniądze przez tydzień albo dwa, a jedząc po tanzańsku (ugali, ryż i dodatki) za tę kwotę dałoby się wyżyć nawet i miesiąc. Zresztą tak właśnie żyją ludzie tutaj i taka ilość pieniędzy często musi starczyć całym rodzinom na bardzo długo. Niestety. Już po pięciu dniach po wypłacie Mama Joseph zjawia się u drzwi domu franciszkanów z prośbą o jedzenie. Ojciec Robert jest mocno zszokowany. Przecież te pieniądze nawet w Polsce wystarczyłyby na zaspokojenie podstawowych potrzeb żywieniowych nawet tak licznej rodziny przez tydzień albo dłużej. Co się stało? Złe rozplanowanie wydatków? Na przykładzie naszego ochroniarza, Eliasa, wiemy, że to bardzo możliwe. Nasz masajski stróż tuż po wypłacie lubi wybrać się do miasta i wrócić w nowiutkich ciuszkach, z nowym zegarkiem, a potem mówi, że ‘z pieniędzmi to jest tak, że czasem są, a potem nagle ich nie ma’. Mimo, że wypłata zawsze jest mniej więcej w tym samym czasie.

Innym możliwym scenariuszem jest też to, że dalsza rodzina wywarła presję na kobiecie i zmusiła ją do podzielenia się pieniędzmi. Pojawił się brat, siostra, kuzyn, starsza córka drugiej żony wujka… ktoś usłyszał, że Mama Joseph ma pieniądze i przyszedł po nie. Bo takie jest niepisane prawo. W wielu częściach Afryki tradycją jest to, że mając trochę więcej niż reszta rodziny, trzeba się z nią podzielić. W przypadku odmowy sami przyjdą i wezmą. A jeśli ktoś stawi skuteczny opór to może się okazać, że gdy jego dobra passa minie i sam będzie potrzebował pomocy, nie będzie mógł już liczyć na swoich krewnych. Dlatego wielu ludzi w różnych częściach Tanzanii bardzo często powierza większe kwoty miejscowym proboszczom lub zgromadzeniom. W tajemnicy przed bliskimi oddaje pieniądze ‘w depozyt’ do parafialnych lub zakonnych kas, by móc wyjąć je z nich, gdy będą naprawdę potrzebne i uniknąć ‘rozszabrowania’ ciężko zarobionych pieniędzy przez rodzinę, której decyzje finansowe nie zawsze są rozsądne.

I tak oto w okresie świąt Wielkiej Nocy dane nam było z bardzo bliska przyjrzeć się biedzie Afryki, poznać ludzi, których nęka. Choć ci, mieszkający na przedmieściach Morogoro mogą i tak uważać się za szczęśliwców, bo zakątków kontynentu, gdzie w promieniu setek kilometrów nie ma nikogo, kto mógłby pomóc, nadal jest zbyt wiele.

Dodaj komentarz