Wielkanoc

Nareszcie… wakacje!

Po długich trzech miesiącach niezwykle wytężonej pracy (tak, tak, właśnie dlatego nasz blog nieco się ‘zakurzył’) w końcu nadchodzą wakacje. Zaczynają się wraz z Wielkanocą i będą trwać aż do 10 maja! Ponad miesiąc wolnego to sporo czasu. Już od tygodni planujemy co zrobić, gdzie pojechać, z kim, do kogo. W planach Zanzibar, Arusha, miała być malutka wioseczka na terenie tzw. Maasailand, ale teraz już wiemy, że ten ‘punkt programu’ nie dojdzie do skutku… Marzy nam się Jezioro Wiktorii, planujemy jechać tu, planujemy jechać tam… Jednak w każdej chwili plany mogą ulec zmianie, może okazać się, że nie pojedziemy nigdzie, a może wręcz przeciwnie, zobaczymy więcej… W końcu jesteśmy w Afryce. Tutaj nigdy nie wiadomo co przyniesie jutro i snucie zbyt dalekosiężnych planów nie ma sensu.

Ale jedno było pewne już od dawna: okres świąt Wielkanocnych spędzimy z ojcem Robertem w Morogoro. Pozostawiony sam sobie w wielkim domu zakonu franciszkanów na czas Wielkiego Tygodnia, zaprosił nas do siebie, byśmy wspólnie mogli przeżyć ten szczególny czas i dotrzymać mu towarzystwa podczas świąt. Odwiedzając pewnego dnia współbraci w Segerei, powiedział do nas: „Przemyślcie to spokojnie i dajcie znać”. Ale my, już od pierwszej wizyty, od pierwszego wejrzenia rozkochani w Morogoro, jego cudnym klimacie, widoku gór i spokojnej aurze, nie potrzebowaliśmy ani chwili na podjęcie decyzji i bez zastanowienia odpowiedzieliśmy: „Przyjedziemy!”.

W drogę

Po przeprowadzeniu ostatnich lekcji w środę, spakowaliśmy plecaki by wczesnym rankiem następnego dnia ruszyć na dworzec autobusowy w Dar. Sprawnie i szybko dotarliśmy tam dzięki pomocy Sangi, znajomego taksówkarza. Ku naszemu zdziwieniu odkryliśmy, że na dworcu autobusowym trochę się pozmieniało. Stada dzikich naganiaczy w obszarpanych, brudnych ciuchach zastąpiono tłumem nachalnie uprzejmych jegomości w niebieskich koszulach, czarnych spodniach, z identyfikatorami przypisującymi ich do konkretnych linii autobusowych. Gdy tylko wysiedliśmy z taksówki trzech lub czterech spokojnie zbliżyło się do nas powoli i zadało szereg pytań. Najwyraźniej atmosfera jaką poprzedni naganiacze wprowadzali na dworcu i ich kryminogenne zagrywki zmusiły linie autobusowe do zmiany wizerunku jedynego w Dar międzymiastowego dworca autobusowego. Uprzejma odmowa z naszej strony wystarcza by odziani w niebieskie koszule pomocnicy linii autobusowych oddalili się i nie zawracali nam więcej głowy. Bez problemu kupujemy bilety, po chwili siedzimy w autobusie i ruszamy w rejs przez zielony ocean. Tym razem barwy afrykańskiej roślinności gęsto porastającej pustkowia między miastami są jeszcze żywsze niż gdy poprzednio jechaliśmy do Morogoro. Właściwa, ‘duża’ pora deszczowa trwa w najlepsze. Pada codziennie, deszcze są obfite, wszystko co wyrasta z ziemi rodzi się na nowo wypuszczając świeże, jasnozielone pędy, łodygi, kłącza, liście i kolorowe kwiaty.

Inny świat

To zadziwiające jak niecałe trzysta kilometrów w głąb lądu Afryka zmienia się nie do poznania. Morogoro leży około pięćset metrów ponad poziomem morza, jest więc znacznie chłodniej. Około 25-27 stopni w dzień, w nocy temperatura chwilami spada nawet poniżej 20. Nie pocimy się jak w Dar, gdzie temperatury rzadko wynoszą poniżej 30 stopni. Ale nie tylko temperatura powietrza sprawia, że atmosfera miejscowości jest zupełnie inna niż największej metropolii Tanzanii, w której spędziliśmy kilka ostatnich miesięcy.

Z każdego miejsca w Morogoro widać otaczające je góry Uluguru. Bliższe i dalsze pasma wznoszą się nad położonym w dolinie dwustutysięcznym miasteczkiem. Czy to z centrum, czy z obrzeży, unosząc wzrok można ujrzeć przecudne, strome zbocza, porośnięte zielenią, spomiędzy której gdzieniegdzie wyłaniają się nagie skały. Szpiczaste szczyty zanurzone są w chmurach, stoki gęsto porośnięte bujną roślinnością, strzegącą góry przed ciekawością turystów. Tu i ówdzie, nawet na bardzo stromych zboczach, widać niewielkie prostokąty ziemi uprawianej przez plemiona zamieszkujące niedostępne Uluguru. Choć trudno w to uwierzyć, w wysokich partiach gór również mieszkają ludzie.

Góry na wschód od miasta

Słońce chyli się ku zachodowi…

i znika za górami

Chodząc i jeżdżąc ulicami miasta czujemy się zupełnie inaczej niż w Dar. Wszystko jest mniejsze, domy nie piętrzą się na siłę wzwyż, nie ma tu też tysięcy, typowych dla Segerei i innych biednych dzielnic, poupychanych na siłę jedno przy drugim, małych ‘pudełek’ zbudowanych z betonowych klocków. Kilkudziesięcioletnie dwu-trzypiętrowe budynki w okolicach centrum tworzą przyjemniejszy klimat niż szklane giganty w centrum Dar es Salaam. Ulice są węższe i czystsze (gdzieniegdzie poustawiano nawet kosze na śmieci, których nie ma prawie nigdzie w Dar i tabliczki nawołujące do utrzymania miasta w czystości). Nie ma ciągłych korków i chorobliwie gęstego tłoku na chodnikach. Czujemy się swobodniej, bezpieczniej, spokojniej niż w metropolii. Brak też ciągłych nawoływań i zaczepek. Żadnego mzungu co krok, nie ma nachalnych taksówkarzy, handlarzy, interesownego „Eee, my friend!”, czających się na każdym rogu kombinatorów, kieszonkowców, naciągaczy, nagabywaczy, sprzedawców bubli. Handlarze w sklepach znacznie rzadziej zdobywają się na typowe dla Dar chamstwo kilkukrotnego podbijania cen na widok białych. Miasto żyje swoim własnym, leniwym, spokojnym, powolnym rytmem, bez zbędnej ekscytacji nowymi twarzami. Chodząc ulicami nie czujemy na sobie wzroku setek par oczu, tutaj każdy pochłonięty jest swoimi prywatnymi sprawami, które na swój własny sposób w swoim tempie rozważa, medytuje samotnie, lub omawia je z niewielką grupką znajomych. Spokojnie, powoli, statecznie, jakby mieszkańcy Morogoro uczyli się filozofii życia od otaczających miasteczko gór.

W raju

Dom franciszkanów leży na obrzeżach miasta. Oddalony kilka kilometrów od Morogoro, położony u stóp gór, z dala od głównej drogi, jest miejscem zacisznym i spokojnym. Przed budynkiem rozciąga się połacie zielonej trawy, na niej kilka drzew. Wieczorami słuchamy rozmów świerszczy a z balkonu podziwiamy zachody słońca, które co wieczór kryje się za górskimi szczytami po przeciwległej stronie miasta. Jest pięknie i spokojnie. Jak w rajskim ogrodzie. Tę cudowną atmosferę bezcześci jedynie czarna kobra, od czasu do czasu pełzająca pośród traw, głównie w nocy. Ale nawet obecność tego nieproszonego gościa, którego, na szczęście oko w oko nie było dane nam spotkać, nie jest w stanie zakłócić spokojnej atmosfery wielkanocnej zadumy, a później radości towarzyszącej tym niezwykłym świętom.

Afryka w porze deszczowej: pochmurna, mglista, deszcz pada kilka razy dziennie. Widok z balkonu domu franciszkanów w Morogoro, na pierwszym planie ogród.

Wszystkie (prócz Rezurekcji) nabożeństwa Wielkiego Tygodnia, w których braliśmy udział, odbyły się w małej kaplicy na terenie klasztoru kapucynów. Podobnie jak cały kompleks budynków zakonu, została ona zaprojektowana i wzniesiona przez Szwajcarów. To, że nie miejscowi projektowali klasztorne budowle, zdradza choćby sklepienie kapliczki. Spadziste skrzydła sufitu z desek podpiera w samym środku misterna konstrukcja z solidnych, drewnianych belek. Sposób łączenia elementów podtrzymujących sklepienie nijak nie kojarzy się z Afryką, a nagie drewno niezbyt wysokiego sufitu nadaje świętemu miejscu aury intymności, przytulności, drewniane sklepienie zdaje się otulać zebranych pod nim nielicznych (z racji rozmiaru kapliczki) wiernych, niczym wielkie dłonie chroniące ich przed deszczem, wiatrem, słońcem. Spadzisty dach jest w samym środku jakby złamany wzdłuż całej kaplicy, a jedna z jego części uniesiona jest nieco wyżej tworząc skierowaną ku zachodowi wolną przestrzeń, przez którą wpadają promienie zachodzącego słońca, najpierw żółte, złote, potem coraz bardziej pomarańczowe. Oświetlają krzyż zbity z dwóch ogromnych bali litego, ciemnego drewna, później twarze kapłanów i ołtarz. Promienie zachodzącego słońca przydają odprawianym w kapliczce obrzędom magiczności, a dochodzące z zewnątrz śpiewy setek ptaków różnych gatunków za dnia i koncerty cykad i żab wieczorem i w nocy współgrają ze śpiewem nielicznego, ale robiącego na nas spore wrażenie chóru.

Każda z odprawianych w kaplicy mszy ma swój niepowtarzalny urok i charakter, który nadają jej odgłosy przyrody doskonale słyszalne we wnętrzu. Ptaki, żaby, cykady, deszcz, wiatr, jak również światło i ciemność, wszystkie zdają się być częścią liturgii, nieodłącznym jej elementem, tym czymś, duchem, którego obecność często trudno odczuć szczególnie w wielkich, nowoczesnych kościołach, których architektura nie sprzyja kontemplacji i izoluje od tego, co naprawdę boskie, zamykając człowieka w betonowej klatce.

Ogień i woda

Liturgia Ognia rozpoczyna się około 21. W gęstej ciemności afrykańskiej nocy nie widać prawie nic. Mroku nie rozjaśniają żadne latarnie, lampy, światła, księżyc, a gwiazdy schowane są za chmurami. Ciemność i cisza. Stoimy na zewnątrz, przed kaplicą. W gęstej nocy zakonnice w białych habitach wyglądają jak duchy. Podchodzą powoli, jakby chciały nas otoczyć, postacie bez twarzy, widać tylko jak ich białe welony majaczące w mroku płyną w naszą stronę, jest ich coraz więcej, są coraz bliżej, przystają w milczeniu, jak duch obok ducha, czekają. Czekamy i my. Świerszcze jak zwykle strasznie gadatliwe. Zaczyna padać. Deszcz uderza w blachę na dachach. Jakby starał się przekrzyczeć owady. W końcu w mroku zapłonął pierwszy płomyk. Oświetla sutannę i skupioną twarz kapłana. Ogień wędruje dalej. Dwoi się i troi. Najpierw księża, później wierni przekazują sobie drżące płomyki, odpalają świecę od świecy, w skupieniu, w milczeniu, święta cisza trwa a mrok rozjaśnia coraz więcej pomarańczowych światełek. W końcu kondukt kapłanów kieruje się w stronę kapliczki. Pada coraz mocniej. Wchodzimy do środka. Mrok ciemnego wnętrza kaplicy rozjaśnia blask stu, może dwustu świec. Drżące światło płomieni pada na skupione twarze, tańczy na drewnianym sklepieniu. Przez dłuższą chwilę nikt nie mówi nic. Ciepłe światło i śpiew cykad otaczają nas magiczną aurą. Deszcz słabnie, w końcu milknie zupełnie, oddaje głos kapłanowi. Zaczyna się długa Liturgia

Niedziela

Po Rezurekcji zasiadamy do wielkanocnego śniadania. Ojciec Robert i my. Przed oczyma stają wspomnienia i myśli związane z tym jak spędzaliśmy ten czas z naszymi rodzinami, jak w naszych domach wyglądały święta Wielkiej Nocy… Teraz jesteśmy tu, w Morogoro, wczoraj nikt nie biegł do kościoła ze święconką, wszystko jest zupełnie inne niż co roku, nie ma tych wszystkich tradycyjnych, środkowoeuropejskich symboli wielkanocnych, zajączków, kolorowych palemek, pisanek, nie ma wiosny i budzącej się z zimowego snu przyrody, ale jest radość. Jest świąteczny, wolny czas, spokój i… Pyszne wielkanocne śniadanie! Ojciec Robert hojnie obdarzony kilkoma rzutami świątecznych przesyłek od mamy jest szczęśliwym posiadaczem solidnego zapasu typowych, polskich wędlin. Próżniowo pakowane suche kiełbasy, wędzone szynki… Da się je przesłać aż tutaj i smakują jak kupione poprzedniego dnia w sklepie mięsnym! Typowe, polskie, świąteczne smaki wzbudzają kolejną falę wspomnień, tym razem kulinarnych i uświadamiają, że chyba zaczynamy tęsknić nie tylko za rodzinami.

Śniadanie wielkanocne, podczas którego po raz pierwszy od pół roku mogliśmy rozkoszować się niebiańskim smakiem najzwyklejszej suchej kiełbasy i przepysznej wędzonej szynki, było dopiero początkiem świętowania. Pożyczony od znajomych salwatorianów grill przez kilka dni nie miał nawet czasu by dobrze wystygnąć! Kurczak, wołowina, wieprzowina, marynowane w czosnku, oliwie i miejscowych przyprawach codziennie skwierczały na ruszcie. Zajadaliśmy się grillowanym mięsem a krążąca dokoła nas nerwowo miałcząca para kotów ucztuje razem z nami.

Więcej zdjęć z Morogoro na

http://www.facebook.com/home.php?#!/album.php?aid=153512&id=295168581572&ref=mf

Dodaj komentarz