Sąsiedzi (Kuba)

Odgłosy nocy

Przeraźliwy jęk zdaje się dobiegać spod okna sypialni. Jakby za znajdującym się metr od ściany naszego domu murem kogoś zarzynali. Kogoś starego. Okaleczali, dręczyli, torturowali. Pojedyncze okna i cieniutkie ścianki sprawiają, że wszystkie odgłosy spoza domu wydają się dochodzić z sąsiedniego pokoju. Pełen cierpienia i rozpaczy krzyk też. Budzi mnie co noc, albo nad ranem, czasem nie daje zasnąć wieczorem. Wrzask wariata, psychicznie chorego, schizofrenika, starego człowieka po wylewie, który tylko za pomocą przeraźliwego jęku jest w stanie komunikować się ze światem, krzyk kogoś komu wycięto z ust język i cierpi z powodu bólu… potem dochodzi drugi głos. Ten sam jęk, wrzask, ale na wyższej częstotliwości, wtóruje temu pierwszemu, za każdym razem, gdy się odezwie. Elias twierdzi, że to kozy. Domagają się jedzenia, wody, może są chore… nigdy nie sądziłem, że koza może wydawać z siebie tak okropne odgłosy. I nadal jakoś nie mogę w to uwierzyć.

W nocy dźwiękowa przestrzeń naszego sąsiedztwa oczyszczona jest ze wszystkich akustycznych zanieczyszczeń. Prawie wszyscy i prawie wszystko śpi więc głosy i odgłosy wśród nocnej ciszy zdają się rozbrzmiewać jeszcze głośniej niż za dnia. Kroki Eliasa za oknem, podrygiwanie ptaków na blaszanym dachu, nawoływania z odległych minaretów, poza tym cisza. Nasz dom leży daleko od jedynej asfaltowej drogi biegnącej przez Segereę, mroku glinianych i piaskowych bezdroży nie rozświetla ani jedna latarnia, nikt bez powodu nie chodzi, nie jeździ, nie czuwa. Wszyscy śpią. Tylko te kozy za płotem…

Bardziej niż zwierzęce jęki sprzyjają zasypianiu odgłosy świerszczy. Po zmroku zaczyna się koncert setek cykad. Wtórują im pojedyncze ptaki i meczety, które o różnych porach dnia i nocy wysyłają w eter swoje proroctwa. Nad ranem świerszcze milkną i budzi się całe ptasie życie. Jeszcze zanim zrobi się jasno, stada wróbli i innych małych ptaszków drą się w niebogłosy oznajmiając, że za chwilę wzejdzie słońce. Wtedy budzą się wrony. Najpierw pojedyncze ‚kraaa’ dochodzą z oddali, potem jest ich coraz więcej, coraz bliżej, głośne krakanie rozpędza świergolące stada. 6.30. Koguty pieją, budzik w komórce dzwoni i oznajmia, że najwyższy czas wstać. Wschodzi słońce a wraz z nim budzi się życie. Po ‚ulicach’ i podwórzach zaczynają hasać kozy, kury i dzieci.

Poranek

Po trwającej prawie dokładnie dwanaście godzin nocy nagle robi się jasno. Mam wrażenie że jesteśmy jednymi z ostatnich, którzy otwierają oczy w promieniu co najmniej kilkuset metrów. Nasze sąsiadki – zakonnice – już dawno w kościele. Zza muru po jednej stronie dochodzą odgłosy rozmów i porannej krzątaniny. Najpierw budzą się kobiety i zaczynają krzątaninę w kuchni (czyli przed domem) potem mężczyźni zaczynają swoje poranne narzekanie. Po drugiej stronie naszej posesji, za ażurowym murem, przez który widać i słychać więcej niż po stronie torturowanych kóz, gra radio, a intrygujący konglomerat konkubinalny rozpoczyna poranną sesję kłótnio-rozmów.

Niewielki domek o wymiarach około trzy na sześć metrów zamieszkują ponoć trzy kobiety i dwóch mężczyzn, żyjących i współżyjących na ogólnej zasadzie ‘każdy z każdym’, w wyniku czego powstało niemałe stadko dzieci. Konkubinatowi układa się chyba całkiem nieźle, bo niedawno zaczęli rozbudowę swojego niezbyt okazałego domku.

Rozmowy rozpustnej kliki są bardzo donośne i bardziej przypominają kłótnie, ale to wcale nie świadczy o ‘problemach w związku’. Kultura suahili to kultura rozmów głośnych i donośnych, a natężenie głosów rozmówców, szczególnie gdy jest ich wielu, świadczy tylko o zaangażowaniu w dyskusję. Mówią wszyscy, mówią na raz, mówią dużo, żywo gestykulują, unoszą głos co chwila i w bardzo charakterystyczny (i donośny) sposób akcentują to co istotne, duże, dalekie, drogie, złe, dobre itp. Siedzą, stoją, leżą, opierają się o to co akurat pod ręką stoi lub rośnie i krzyczą. Choć stoją tak blisko siebie, że nawet gdyby mówili szeptem, doskonale słyszeliby jeden drugiego.

Bliscy

Idę ulicą i widzę jak idą na mnie. Prosto przed siebie, prosto we mnie. Tak jakby mieli zamiar przejść przeze mnie jak przez drzwi. W Europie, w Polsce w pewnym momencie spytałbym „tak, słucham?”. Pomyślałbym… a może nie, nie myślałbym nic, poczułbym, że skoro podchodzi tak blisko to znaczy, że chce o coś zapytać. O drogę, o godzinę, czy mam dorzucić do wina… tutaj nie. Tutaj jest normalnym, że ktoś na ulicy idzie prosto na ciebie patrząc ci prosto w oczy a potem mija cię muskając wierzchem dłoni twoją dłoń. Trzeba się przyzwyczaić.

Większość (?) kultur Czarnej Afryki to kultury, w których dystans nawet między zupełnie obcymi sobie osobami, z punktu widzenia Europejczyka, jest zbyt mały. Z początku odczuwa się niepokój. Ktoś narusza bez powodu magiczną granicę. Początkowo nadmierna, uwierająca bliskość, staje się normą. Do tego, że każdy patrzy, ‘dotyka wzrokiem’, podchodzi tak blisko jak to tylko możliwe, można się przyzwyczaić. A ci, którym nadmierna bliskość obcych ludzi przestaje przeszkadzać, stają się ofiarami kieszonkowców. Sztuczny tłok, przypadkowe dotknięcie, ścisk w autobusie, subtelne otarcie, delikatne popchnięcie… naturalne i przypadkowe, patrzysz… a portfel prysł! Telefon zniknął! Sam padłem ofiarą kieszonkowców dwukrotnie, a ‘swoją’ historię magicznej utraty mniej lub bardziej cennych przedmiotów zręcznie wyjmowanych z torebek i kieszeni ma każdy, kto dłużej mieszka w Dar. I chyba nie tylko tutaj. Ale nie tylko drobni złodzieje mają problemy z rozumieniem pojęcia własności i prywatności, którą bezczelnie naruszają nurkując do obcych kieszeni.

Sąsiedzi

Nasz mały biały domek nie różni się bardzo od otaczających go zabudowań, w których mieszkają zwykli Tanzańczycy. Zbudowany jest z takiej samej kiepskiej jakości betonowej cegły (beton przy produkcji bloczków miesza się z piaskiem, co sprawia, ze cegły rozsypują się zanim cokolwiek z nich powstanie) i pokryty taką samą blachą falistą jaką pokrywa się wszystkie okoliczne zabudowania. Domek jest parterowy, jak prawie wszystko w czym mieszkają ludzie i zwierzęta w dzielnicy, położony na dość sporej jak na tutejsze warunki działce. Segerea to dzielnica, która szybko się rozwija. Nowych domów buduje się mnóstwo. Bez ładu i składu pakuje je miedzy istniejące już zabudowania, wszędzie, gdzie się da. Było podwórko? Nie ma podwórka! Pół metra od ściany jednego domu i kilkadziesiąt centymetrów od kolejnego powstaje nowe zabudowanie. Jest miejsce? Trzeba budować! Bo rodziny (i twory rodzinopodobne) mnożą się zawzięcie i nie mieszczą w istniejących już domach. Pod względem zagospodarowania przestrzeni nasza działka może sprawiać wrażenie zaniedbanej. Tyle tu wolnego miejsca! Co nie oznacza, że nasz dom jest na ‘naszym’ kawałku ziemi jedynym. Prócz niewielkiego kibelka dla stróża (zbudowanego pod dziwacznym względem reszty zabudowań kątem) na posesji znajduje się jeszcze jeden budynek, póki co mający zastosowanie jako magazyn sterty próchniejących desek, ale z pewnością pewnego dnia ktoś w nim zamieszka, bo tutaj wszystko co ma dach i ściany jest prędzej czy później zajmowane przez ludzi.

Nasz domek nie jest jednak ceglanym slumsem, ma symbole statusu niedostępne dla wielu mieszkańców Segerei, Dar, Afryki. Otynkowanie, pomalowane na biało ściany, okna, to tutaj luksus. Jako luksusowy ocenia też nasz domek Elias. Mówi, że jak wyjedziemy domek zostanie wynajęty za wysoką kwotę jakiejś młodej, bogatej rodzinie na dorobku, która nie zebrała dość pieniędzy by zbudować sobie swój własny, duży dom.

Od innych mieszkańców dzielnicy odróżnia i oddziela nas mur. Sporej wysokości ceglana ściana zwykle stanowi tu otoczenie najbogatszych, największych domów. Często ma kilka metrów wysokości i zakończona jest wymyślnymi kolcami i hakami, drutem kolczastym (nierzadko pod prądem) albo wmurowanymi w grzbiet ściany kawałkami rozbitego szkła. Naszego ogrodzenia nie zdobi jednak żadne wymyślne zakończenie, a bramy, prowadzące na ulicę z jednej strony i na wspólne dla kilku domów śmietnisko z drugiej, nie są zamykane na zamek ani kłódkę. Na naszą posesję każdy może wejść.

Wydawać by sie mogło, że płot, mur, ogrodzenie, żywopłot, sznurek przewiązany na słupkach, mają jednoznaczne przesłanie zrozumiałe dla przedstawicieli wszystkich możliwych kultur, z pozaziemskimi włącznie. Okazuje sie jednak, ze nie.

Gdy zobaczyliśmy pierwszych ‚przechodniów’ wchodzących na naszą działkę z jednej strony, powolutku spacerujących po naszym łysawym trawniczku i wychodzących drugimi drzwiami, nie mogliśmy się nadziwić. Oni też się dziwili, ze ktoś zamieszkuje świeżo wybudowany domek, więc przystawali, by popatrzeć sobie na nas i na to, jak mieszkamy. Więc staliśmy tak. My zdziwieni, ze ktoś obcy wchodzi sobie do naszego ogródka, a oni, zaciekawieni tym, kto tu mieszka. Przechodnie byli zupełnie przypadkowi. Skracali sobie drogę z punktu A do punktu B, wynosili śmieci, albo…

Gdy po raz pierwszy zobaczyliśmy kobietę przychodzącą zerwać sobie owoce papai z drzewa rosnącego na naszej działce, byliśmy pewni, ze ktoś jej na to pozwolił. Szczególnie, że zapytana co tu robi, odpowiedziała jak gdyby nigdy nic ‚przyszłam po owoce’ i pokazała zbiór, z którym wychodziła. Odpowiedziała takim tonem, jakby zdziwiło ją głupie pytanie, na które odpowiedź widzieliśmy na własne oczy. Przecież weszła na naszą działkę, podniosła z ziemi kij specjalnie przygotowany do strącania owoców, podniosła z ziemi dwie duże papaje i poszła. To o co my w ogóle pytamy? Po stopniu pewności siebie zupełnie obcej kobiety, wchodzącej do naszego ogrodu wywnioskowaliśmy, że musi mieć czyjeś przyzwolenie na to co robi. Oczywiście okazało sie, ze nikt jej takiego przyzwolenia nie dał. Wobec jawnej wrogości i niezadowolenia z kolejnych aktów kradzieży (nazywając rzecz po europejsku) mieszkańcy okolicznych domów zaczęli przychodzić po owoce pod naszą nieobecność.

Ale owoce można przeboleć. Na naszej działce rośnie ich sporo, więc mimo, że sami niezbyt często możemy się doczekać dojrzałych owoców z drzew otaczających nasz dom, nie przejmujemy się tym zanadto. Ale w związku z tym, że nie możemy doprosić się założenia zamków i kłódek na drzwiach, spodziewamy się kolejnych problemów i (nadal) mamy nadzieję, że nikt nie włamie się nam bezpośrednio do domu.

Niedługo po naszym wprowadzeniu sie do domu, zabudowania za płotem również doczekały się nowych mieszkańców. Odkrywamy, że jesteśmy wyposażeni w kolejny luksus niedostępny wszystkim mieszkańcom dzielnicy. Wodę.

Głębinowa studnia to dobre rozwiązanie zapewniające dostęp do względnie czystej wody. Niezależność od miejskich wodociągów (wyglądających jak nieco grubszy wąż ogrodowy wkopany w ziemie) to luksus na który nie wszystkich stać. Jedyna alternatywa w okresach, w których miejska sieć nie działa (czyli większość czasu) jest kupowanie wody z rozwożących ją beczkowozów.

W związku z powyższym, nasi sąsiedzi tuż po wprowadzeniu się do nowego domu, zwrócili sie do sióstr-sąsiadek, z prośbą o ‚pożyczenie’ wody, czyli o możliwość podciągnięcia na teren ich działki wody za pośrednictwem węża ogrodowego. Siostry początkowo zgodziły się na takie rozwiązanie, zaznaczając, że jest to możliwe tylko na jakiś czas. Problem polega na tym, że woda pompowana jest spod ziemi do wielkiego zbiornika przy pomocy elektrycznej pompy. Gdy nie ma prądu – nie ma wody i kolejny dom korzystający z tego samego zbiornika naraża wszystkich korzystających na brak wody gdy wysiądzie prąd. Co dzieje sie regularnie.

Sąsiedzi jednak (tak, postaram sie powstrzymać od zakrawających na rasizm uogólnień) to ludzie uparci i otwarte drzwi na teren naszej działki przemawiały do nich bardziej niż zakaz dalszego korzystania z wody. Pod nieobecność sióstr przychodzili podłączać wąż i nadal czerpali wodę z ogrodowego kranu. Wtedy kran został unieruchomiony i sąsiedzi zostali pozbawieni dostępu do ‚naszej’ wody.

Kilka nocy później, w dnie zbiornika, pojawiło się spore pęknięcie. Takiej okazji nie omieszkali nie wykorzystać nasi sąsiedzi. Całymi dniami pod zbiornikiem stały ich wiadra i napełniały się cieknącą wodą. Wkrótce okazało się, a właściwie stwierdził to naprawiający zbiornik specjalista, że pęknięcie nie pojawiło się w dnie zbiornika samo z siebie. ‚Hydraulik’ stwierdził sabotaż. Dziurę zrobiono nożem. Naprawa zakończyła się karczemną awanturą między sąsiadami a naprawiającym, który doskonale wiedział co jest grane.

I tak oto wygląda nasze życie z segereańskimi sąsiadami, życie w nadziei, że próg (ewentualnie okna) naszego domu to granica, której nie przekroczą tak samo beztrosko jak bram naszego ogrodu. Chociaż granica progu została praktycznie naruszona, gdy już po kilku dniach od naszego wprowadzenia się, zniknęła spod drzwi gumowa wycieraczka do butów z napisem „Welcome”. Trzeba było zakupić wycieraczkę z innym napisem….

Wpis “Sąsiedzi (Kuba)” skomentowano 3 razy

  1. bw pisze:

    To jeden z najlepszych tekstów.bw twierdzi,że najlepszy.Jakby się tam było.

    Film tego nie daje.Ale mi narobiłeś apetytu na to gorące krzesło!-to oczywiście następny tekst. Tylko ta malaria znowu.Co to można by

    zdziałać,żeby dała już spokój?Pozdrowienia dla Oskara i Eliasa!Bronią waszego bezpieczeństwa.Muszę pokombinować z tym kitimoto.Zobaczymy co mi wyjdzie.Umiem jedno zdanie w suahili,ale nie wiem co znaczy-coś jak
    Elias ze swoim czytaniem i pisaniem.Jest na materiale na kangę,z którego
    mamy piękny obrus,więc chyba cenzuralne.”Udugu mzuri mpendane sio
    mnianiazane.Mniam,mniam chcę kitimoto! jw.

  2. yeti pisze:

    Dzieki za calosc.genialni jestescie oboje,dawno czegos takiego nie czytalem.
    Dwa lata pracowalem w Tunezji,jako jedyny Bialy wsrod 350 Bezowych.Podobne klimaty,mentalnosc,choc to Arabowie byli nie Czarni.Dziekuje za te teksty,szczekaczami sie nie przejmujcie,piszcie dalej.Pozdrawiam serdecznie,marek.

  3. Nauczyciele bez granic pisze:

    dzieki za dobre słowa bw, jw, Marku już wkrótce blog zacznie żyć nowym życiem, nowe przygody czekają nas w najbliższych tygodniach, nowe teksty już w przygotowaniu, zdjęcia czekają na swój czas… a my, z racji wakacji mamy więcej czasu by Wam o wszystkim opowiedzieć!

Dodaj komentarz