Smak Tanzanii, część trzecia, Gorące krzesło Oskara (Kuba)

Segerea to dzielnica położona na obrzeżach metropolii. Do centrum miasta i jedynego dużego kompleksu handlowego w Dar jest tak daleko, że nie ma mowy o ‚wyskoczeniu po coś na obiad’ albo ‚wyskoczeniu na obiad’ do którejś z opisanych w poprzednich postach jadłodajni. Zakupy to poprzedzona sporządzeniem dokładnego spisu niezbędnych rzeczy całodzienna wyprawa środkami komunikacji miejskiej, na którą możemy pozwolić sobie tylko raz w tygodniu, zakończona wydaniem horrendalnej kwoty na rzeczy pozwalające normalnie przeżyć tydzień. Życie na normalnym, europejskim poziomie kosztuje 2-3 razy więcej niż w Polsce. Alternatywa? Opisana wyżej dieta tanzańska wzbogacona mięsem z licznych w Segerei tzw. ‚butchery’ czyli wyłożonych białymi łazienkowymi kafelkami sklepików, w których na rzeźnickich hakach zwisają po dwa, trzy, cztery wielkie krowie ochłapy. Pół krowy wisi na haku cały tydzień i znika powoli, po kawałku odkrawane rzeźnickim nożem i pożerane przez wiecznie głodne muchy i karaluchy.

Kupilibyście tu mięso? Ja nie!

Tak więc jeśli lodówka pustoszeje gotujemy to, co da się dostać na rynku. Ryż z warzywami, ryż z jajkiem, warzywa z ryżem, jajko i chleb, frytki z jajkiem… Ale czasem nie chce się gotować, czasem wyczyszczamy lodówkę do zera. I co wtedy zrobić?

‚Jedzenie z ulicy’ to dla mnie temat nie do przejścia. Czy to kassawa gotowana w wielkich ‚wokach’ na poboczu każdej drogi, czy ryż z warzywami sprzedawany przy parkingu w centrum miasta… Jakoś nie mogę się przekonać. Również niedbale sklecone z kilku desek przydomowe restauracyjki odstraszają mnie widokami kobiet myjących naczynia w miskach, w których woda wygląda jakby zaczerpnięto ją z kałuży.

Czy to instynkt samozachowawczy czy estetyczne zboczenie, nie wiem, ale z reguły nie ufam niczemu ‚z ulicy’, albo przyrządzanemu w przydomowych barach, ugotowanemu z wątpliwego pochodzenia składników w warunkach higienicznych pozostawiających wiele do życzenia. Ale każdą regułę musi potwierdzać jakiś wyjątek.

Nabieranie zaufania do Oskara i jego skromnego acz smacznego menu trwało dość długo. Pub, restauracja, bar… Nie wiem do jakiej kategorii zakwalifikować przydomowy lokal Oskara. Jest to typowy, mały, rodziny, gastronomiczny interesik jakich wiele w Segerei. Pod spadzistym dachem, na gładkiej, czystej betonowej podłodze, w otoczeniu palm i drzew, ustawione trzy stoliczki, przy nich plastikowe krzesełka. W przydomowym sklepiku można kupić piwo, napoje gazowane i ‚coś mocniejszego’ a z otwartej kuchni, najwyraźniej niegdyś pełniącej rolę garażu, dobiega pyszny zapach wieprzowiny w pomidorach, z cebulą, czosnkiem, imbirem… To właśnie jest kitimoto, czyli w dosłownym tłumaczeniu „gorące krzesło”.

Oto kitimoto!

Lokal jest mały, położony między ‚naszą’ przychodnią a ‚naszym’ kościołem, jakieś 50 metrów od naszego domu, nastawiony raczej na klientów z najbliższej okolicy, więc… naturalnym jest to, że dołączamy do tego elitarnego grona, którego najbardziej charakterystycznym przedstawicielem, jeśli nie reprezentantem jest Doicielem. (Aby oswoić rzeczywistość nadajemy co niektórym indywiduom osobliwe ksywki). Doiciel zajmuje się w parafii dojeniem krów i w jakiś dziwny sposób ten pseudonim pasuje do jego fizjonomii. Często widujemy go gdy w krótkich portkach, hawajskiej koszuli, wielkim białym czepku i czarnych kaloszach do kolan, chwiejnym, powolnym krokiem zmierza uśmiechnięty w stronę chlewika, w którym mieszkają świnie i krowy. Gdy skończy doić, przychodzi się „napoić”. Zdarza się, że widujemy go kilka razy dziennie pijącego „u-boota” z piwa Serengeti z domieszką lokalnego brandy. Doiciel jest z pewnością klientem numer jeden oskarowego lokalu. Kolejnym stałym bywalcem jest lekarz z pobliskiej przychodni, który od wczesnych godzin przedpołudniowych zwalcza wszelkie trapiące go dolegliwości przy pomocy piw różnych gatunków. Często dzwonek telefonu komórkowego odrywa go od szklanki, pan doktor zostaje wezwany do pacjenta, wtedy przechodzi przez płot z drutu kolczastego i szybkim krokiem kieruje się w stronę swojego gabinetu, a gdy rozwiąże problem, wraca do baru i pije dalej. My także od czasu do czasu przychodzimy na colę, piwko i obserwujemy. Gości, obsługę, przechodniów, pielęgniarki, które wołają kogoś z obsługi baru by przez płot podał im butelkę coli albo wody, parkę kotów, które najwyraźniej mieszkają z rodziną prowadzącą bar, wtapiamy się w to spokojne, swojskie życie i beztrosko zastygamy na plastikowych krzesełkach.

Kot Oskara obudzi się, gdy tylko mięso ‚wyląduje’ na stole.

U Oskara można odpocząć. Lokal jest położony tak, że zwykle wieje lekki wiaterek, cień drzew i daszek z palmowych liści chroni przed palącym słońcem, bar znajduje się kilkanaście metrów od niezbyt uczęszczanej piaszczystej drogi, jest przyjemnie, spokojnie, powiedziałbym wręcz, że przytulnie i… Czysto! Nawet liście spadające z wielkiego fikusa dędolistnego są regularnie zamiatane. Mały ogródek przy pubie wygląda na zadbany. W równym rządku rosną różne roślinki znane z europejskich doniczek. Betonowa podłoga zawsze lśni czystością. Ręce właściciela, pełniącego też rolę kelnera i szefa kuchni, są czyste. Również proces przyrządzania posiłku, widoczny jak na dłoni w otwartej kuchni, nie budzi zastrzeżeń. A składniki? Mięso trzymane w lodówce, warzywa wyglądają na świeże. Więc…

Po tygodniach obserwacji zachowań właściciela postanawiamy zamówić jedyną dostępną w menu pozycję. Kitimoto. Do dania głównego dostępne są tylko dwie ‘przystawki’. Surówka z pomidorów i ogórków, zwana tutaj kachumbari i smażone banany. Ta pierwsza raczej nas nie interesuje, natomiast drugi dodatek zdaje się być idealnym do tradycyjnego, tanzańskiego kitimoto.

Zamawianie, jedzenie, czekanie… wszystko jest diametralnie inne niż w Europie, jest jak egzotyczny rytuał, w którym trzeba umieć wziąć udział by móc rozkoszować się tym, co najlepsze. Po pierwsze nie zamawia się „porcji” czy „sztuk”, tylko kilogram, półtora, dwa… w zależności od ilości osób i apetytu. Do tego banany. Zawsze gdy mówię pięć, Oskar namawia, bym wziął sześć. „Przecież jest was dwoje, trzy dla ciebie, trzy dla niej”. Później krojenie mięsa. Zupełnie normalnym jest to, że można wejść do kuchni i pokręcić nosem podczas odkrawania kawałków pysznej wieprzowiny. „Nie podoba ci się ten? Wolisz tamten? Tu ukroić? Dobrze.” Oczywiście odrobina kości, słoniny i skóry jest wliczona w cenę i każdy trochę dostaje, ale przecież tutaj niczego się nie wyrzuca. Co nie znaczy, że wszystko się zjada. Na kitimoto czeka się długo. Kucharz zwykle nie spieszy się zanadto ze swoją pracą. Jeśli w telewizji puszczają jego ulubiony teledysk, obejrzy go do końca, jeśli leci mecz, wtedy trzeba liczyć się z bardzo wydłużonym czasem oczekiwania. Z drugiej strony kitimoto to nie fastfood i przyrządzenie go zajmuje nieco czasu. Zdarza się czasem, że zamawiamy, Oskar przyjmuje zamówienie, serwuje nam napoje, po czym wsiada na rower i odjeżdża zostawiając nas samych w lokalu. Okazuje się po jakimś czasie, że pojechał na rynek po zakupy, bo zamówiliśmy coś, czego w danym momencie nie ma, np. banany, ale to tutaj nie problem. Można przecież pojechać i dokupić.

A my siedzimy, powolutku popijamy napoje, przynosimy sobie czasem szachy, rozgrywamy partię i czekamy. Po około godzinie zaczyna się unosić nęcący zapach gotowego kitimoto. Ale to jeszcze nie teraz. Trzeba poczekać na banany, które wrzuca się na gorący olej tuż po ich obraniu. Smażą się bardzo szybko, toteż wiemy, że w momencie gdy Oskar odrywa z haka banany, za chwilę będziemy jeść. A po godzinie lub dwóch godzinach czekania naprawdę robimy się głodni.

Zanim jednak przystąpimy do posiłku, Oskar przynosi dzban z ciepłą wodą, miskę, płatki mydlane (albo uniwersalny proszek do prania, czyszczenia, szorowania i mycia naczyń) i asystuje nam w myciu rąk. Kolejny plus dla lokalu – dbałość o higienę klientów. Po chwili przynosi danie – banany, mięso w sosie, odrobina soli na brzegu patery, pokrojone w drobne paseczki ostre papryczki. Zabieramy się do jedzenia palcami. Bo tak się tradycyjnie je w Afryce. I o dziwo, kitimoto spożywane palcami na pewno smakuje lepiej niż widelcem. Poza tym jest to potrawa jednocząca. Niezależnie od tego na ile osób zamawia się kitimoto, zawsze dostaje się je na jednej paterze, wszyscy jedzą „z jednej miski”.

Tak je się kitimoto.

A gdy podczas spożywania posiłku będzie mijał nas jakiś znajomy, normalnym jest to, że zaprosimy go, by do nas dołączył. Zdarzyło się raz nawet, że i nas zaproszono. Siedzieliśmy u Oskara, piliśmy colę, przyjechał młody mężczyzna ze swoją matką. Usiedli przy stoliku obok. Zaczęła się rozmowa. Po chwili zaprosili nas do swojego stolika, a gdy wjechało kitimoto, zachęcali byśmy jedli razem z nimi. Nie chcieliśmy ich objadać, skubaliśmy bardzo mało i bardzo powoli, mama (tak można się zwracać do kobiet w sposób grzecznościowy) spytała czy nam nie smakuje. Smakowało, powiedzieliśmy im, że nie chcemy ich objadać, ale wyraźnie oczekiwali, by wręcz ich objadać, bo odmowa zaproszenia nie jest tu dobrze widziana. Zaczęliśmy więc skubać z większą częstotliwością.

Kitimoto to mój numer jeden na tanzańskiej liście kulinarnych przebojów. Solidna porcja dobrze wysmażonego wieprzowego mięsa w gęstym sosie z pomidorów, cebuli, papryki, czosnku i imbiru, z minimalna ilością przypraw (dodaje się chyba tylko sól i sok z cytryny), wszystko w idealnych proporcjach, o niepowtarzalnym ale prostym smaku. Do tego pyszne banany, którymi można zgarnąć resztki sosu. Danie idealnie komponuje się z piwem. Palce lizać! Szkoda tylko, że nie wypada wylizywać talerza.

Obiadek w pełnej krasie: na pierwszym planie bananek, w tle piwko… smacznego!

Nie można już dodawać komentarzy.