Eliasowa głowa (część trzecia)

Lans, komóra i koszulka Manchesteru

Ale mały pokój bez prądu i wody, niskie zarobki, brak regularnych posiłków to nie najważniejsze problemy i wyznaczniki priorytetów życiowych Eliasa. Ciuchy, moda, styl! To jedne z istotniejszych kwestii, jakie zaprzątają jego głowę. W końcu szuka narzeczonej. Musi jakoś wyglądać. Więc krótkie, sportowe spodenki i koszulka Manchesteru albo poszerzane jeansy i koszulka Levisa to ubrania, które zakłada równie często, co masajski ‘kocyk’. Tradycyjny strój plemienny to nie jedyne okrycie, jakim Elias dysponuje. Jednak ani koszulki piłkarskie ani chińskie podróbki markowych ciuchów to nie najtańsze ubrania, jakie można znaleźć na rynku Karume czy w Kariakoo. Eliasowa garderoba nie jest zbyt urozmaicona, ale nie ma w niej byle jakich, używanych ciuchów dla biedaków, które można kupić z chodnika albo w lumpeksach w dzielnicach handlowych. Mimo niskich zarobków i standardu życia poniżej wszelkich akceptowalnych w Europie norm, stać go na nieco lepsze ubrania. Ja to nie jestem ani bogaty, ani biedny. Mówi o sobie. I rzeczywiście, na to wygląda!

Jeszcze poważniejszym problemem jest dla Eliasa komórka! Jak dla każdego normalnego Tanzańczyka jest ona niezbędnym narzędziem codziennego użytku, koniecznym do komunikowania się ze światem. Tak. Tanzańczycy kochają komórki. I komórka jest najważniejsza! Dosłownie! Ważne spotkanie? Dzwoni telefon, Tanzańczyk wychodzi i odbiera. A niektórzy nawet nie wyjdą. Odbiorą przy stole w trakcie spotkania. Nauczyciel na lekcji? Nie dalej jak dziś widziałem jak jedna z nauczycielek rozmawiała przez telefon podczas lekcji. Więc jak tu żyć bez przenośnego telefonu?

Elias miał telefon. Nawet dwa. Ale jeden zgubił, wypadł przez dziurę w kieszeni, a drugi mu ukradli. I co teraz? Swego czasu, gdy dowiedział się, że mamy trzy komórki, chciał, żebyśmy mu jedną dali.
Po jakimś czasie zorientował się, że to nie przejdzie. Zaczął szukać w Kariakoo. Wszystko bardzo drogie. Stwierdził po długich poszukiwaniach. I wrócił do tematu naszej, trzeciej, ‘zbędnej’ komórki. Tym razem chciał ją kupić. Wstępnie zgodziłem się na takie rozwiązanie i przystąpiliśmy do afrykańskiego targu. Ile można chcieć za starą ale jarą Nokię? Oryginalną, trwałą, z aparatem (to dla Eliasa bardzo ważne), w sumie bez innych bajerów, typu odtwarzacz MP3 (to okazuje się być dużą wadą telefonu – nic dziwnego, że nie mógł znaleźć nic taniego jak ma takie wymagania), ale z radiem.

Dil

Siadamy przed domem. Oczywiście najpierw oględziny towaru. Tu się włącza i wyłącza, sprawdzamy czy działa, włączamy głośne mówienie, Elias uważnie słucha wszystkich dzwonków, Robimy zdjęcie, by pokazać, że aparat fotograficzny chodzi bez zarzutu. Elias ogląda i obraca w dłoniach telefon, prosi o otwarcie, sprawdza czy bateria jest oryginalna, pyta ile telefon ma lat, czy ma miejsce na kartę pamięci (niestety nie), ciężko wzdycha, zastanawia się, robi poważne miny, potakuje głową. Dobry telefon – mówię – prosty, stary, ale dobry, podziała jeszcze długo. Kupisz, będziesz miał spokojnie na dwa, trzy lata. Przechodzimy do kwestii ceny. Oczywiście jaką bym nie podał będzie za wysoka. Nie chcę też by Elias miał poczucie, że dostaje od nas wszystko co chce i że telefon oddam za półdarmo (jak przenośne radio, ‘pożyczone’ na wieczne nieoddanie). 80 złotych (nie będę Was męczyć przeliczaniem z szylingów na złotówki) mówię i choć to cena całkiem realistyczna na tutejsze warunki, to on oczywiście chwyta się za głowę i odgrywa cały afrykański teatrzyk handlowy. Drogo, naprawdę, nie mogę, proszę was, nie tak drogo branie na litość to jedna z popularniejszych taktyk. A miny, jakie przy tym stroi! Jakby błagał, żebyśmy mu matki nie zabijali! A jak wzdycha i jęczy, itd. Oczywiście wiedzieliśmy, że tak będzie i cena też została podana z poprawką na te wszystkie ceregiele. Nie oddam za darmo (wredny Poznaniak!) ale oskubywać też go nie chcę. No dobra, 70. Jasne, że schodzę z ceny, przecież tak miało być, choć dla niego to, oczywiście, nadal za dużo. I dalej odgrywa i prosi. No to ile? Pytam. A on mówi, że boi się powiedzieć ile on by dał. Nie bój się, biznes to biznes, to nic osobistego, nie ma wpływu na to jak się będziemy w przyszłości dogadywać. A on nadal, że się boi. Wychodzę na chwilę. Agnieszka zostaje przed domem. Wracam i w końcu dowiaduję się, za ile nasz ochroniarz chciałby kupić telefon. 30 złotych. Właściwie nawet niecałe. Cenę podaje Agnieszka. Mówię 50, mwisho mwishoni. Czyli cena ‘ostatecznie ostateczna’. To słowo klucz kończące negocjacje. Zazwyczaj. Ale Elias prosi. Bo jesteśmy jego przyjaciółmi, bo nie ma skąd dzwonić do mamy, bo jest biedny, bo to, bo tamto. No dobra myślę sobie po poznańsku masz 30, dajesz 30 i dostajesz telefon do używania tutaj, przy domu, ze swoją kartą sim, dzwonisz do mamy, wysyłasz smsy, rano oddajesz, a potem, jak uzbierasz jeszcze 20, na przykład za miesiąc, to zapłacisz jeszcze 20 i telefon bierzesz ze sobą, jest twój. System ratalny to w Afryce raczej nieznany sposób kupowania czegokolwiek, bo prędzej nabywca wykiwałby sprzedawcę niż spłaciłby to, co kupił, ale jako, że Elias jest na nas w pewien sposób ‘skazany’, ufamy, że wywiąże się z umowy. Tłumaczenie warunków umowy nie było proste. Zajęło trochę czasu, ale w końcu pojął, o co chodzi i powiedział, że się zastanowi.

Na drugi dzień przyszedł powiedzieć, że nie może, że to za drogo. Ale nie byłby Afrykańczykiem, gdyby nie dodał, że ktoś inny już zaczął się interesować telefonem, i że może kupi. A Elias oczywiście zgarnie swoją działkę, jako pośrednik. Ot, biznes w Afryce.

Dodaj komentarz