Eliasowa głowa (część druga)

Masajowie w mieście

Przyzwyczajeni do koczowniczego trybu życia Masajowie coraz częściej przenoszą się do miast. Właściwie nie wiadomo dlaczego zamieniają tradycyjny styl życia na walkę o przetrwanie w miejskiej dżungli, gdzie ich status społeczny nie jest zbyt wysoki. Uchodzą za niedouczonych i niezbyt inteligentnych, ale mają sławę niepokonanych w walce wojowników, dlatego mężczyźni często znajdują pracę jako ochroniarze, zajmują się zaplataniem włosów, kobiety wyrabiają tradycyjną biżuterię, sprzedają zioła i tradycyjne specyfiki. Ale warunki w jakich żyją to skrajna nędza granicząca z bezdomnością. Na terenie dworca autobusowego w Segerei mieszka cała rodzina Masajów. Pośród autobusowych spalin, warkotu silników, krzyków kierowców miejskich autobusów i tłumu oczekujących pasażerów, skonstruowali namiot z czarnej folii i gałęzi, pod którym cała rodzina żyje, śpi, je, kobiety przyrządzają posiłki na palenisku ułożonym z cegieł. Dlaczego decydują się na takie życie? Czy miejski zgiełk im nie przeszkadza? Mówi się, że z powodu coraz dłuższych okresów suszy Masajowie sprzedają bydło nawet po 5000 szylingów (około dziesięć złotych!) bo krowy nie mają co jeść! Wygląda na to, że Masajowie to kolejne ofiary globalnego ocieplenia, które zmusza wielu z nich do porzucenia tradycyjnego stylu życia i przeniesienia się do miasta, gdzie zasady przetrwania są zupełnie inne niż na sawannie czy w buszu.

A co czeka ich w mieście? W najlepszym razie sprzedaż rękodzieła lub jedna z wymienionych powyżej prac. I pogarda. Chciałbym powiedzieć, że powszechna, ale nie do końca wiem, czy to prawda. W każdym razie osobiście widzieliśmy jak Masajowie ubrani w tradycyjne stroje nie zostali wpuszczeni do supermarketu Shoprite. Elias przez nasze sąsiadki, siostry, nie jest traktowany o wiele lepiej. Dwie młodsze udają, że nie istnieje i nie odzywają się do niego ani słowem. Za całą noc pilnowania naszych domów (choć powiedzmy sobie szczerze: w pracy wysypia się całkiem nieźle) otrzymuje 80.000 szylingów na miesiąc. Około 160 złotych. Tak nam powiedział. Z tego 20.000 płaci za pokój (bez prądu i dostępu do bieżącej wody), więc na jedzenie nie zostaje zbyt dużo. Mówi, że posiłek, który dostaje od nas jest nieraz jedynym, jaki spożywa w ciągu dnia. Czy to wszystko prawda? Pewnie w znacznej mierze tak, ale niektóre eliasowe historie nie trzymają się kupy albo ‘dostępne wersje’ zmieniają się w zależności od okoliczności. Jak każdy tutaj, kombinuje jak się da. A czarowanie białych historiami o nędzy i trudnej sytuacji, w której się jest, to jeden z najpopularniejszych wstępów do żebraczych próśb lub innych kombinacji. Pamiętacie historię Joela? Całkiem niedawno spotkałem kolejnego, podobnego kombinatora.

Kupowałem wodę gazowaną w (powiedzmy) barze. Kilka butelek wody, jedną wypiłem na miejscu, podchodzi do mnie jakiś… no cóż… trudno mi znaleźć inne słowo niż ‘żul’. Obdarte ciuchy, cuchnący przetrawionym alkoholem, brudny. Twierdzi, że jest nauczycielem matematyki, ale że akurat nie może (o dziwo!) znaleźć pracy, mówi, że wie, że jestem nauczycielem w st. Maximilian i pyta, czy mógłbym mu ‘załatwić tam jakąś pracę’. Mówię, że owszem, w szkole brakuje nauczycieli, ale jak coś chce załatwić to niech napisze podanie, CV, uda się do dyrektorki i osobiście złoży papiery. I jeszcze taką prośbę miałbym do ciebie, przyjacielu… (nienawidzę tego słowa w ich ustach, bo zdaję sobie doskonale sprawę z tego, co oznacza) …wiesz, mamy tu teraz w Tanzanii kryzys finansowy. I nie mam akurat pieniędzy. Czy mógłbyś mi kupić piwo? Prośba sama w sobie nie do przyjęcia, do tego widziałem jak wstaje od stołu od dopiero co zaczętej butelki piwa. Wyśmiewam go. Co ty sobie myślisz? Masz tam na stole dopiero co zaczęte piwo i prosisz mnie o następne? Myślisz, że jestem ślepy, czy masz taką słabą pamięć? Barman i dwóch gości śmieją się, odchodzę. Mężczyzna speszony wraca na miejsce do swojej prawie pełnej butelki piwa.

Dlatego do eliasowych opowieści i narzekań podchodzę zawsze z lekkim sceptycyzmem, ale ponieważ wiemy, jak naprawdę wygląda sytuacja tych ludzi, co wieczór staramy się dać mu choć dwie, trzy kanapki i herbatę, jeśli z obiadu nie zostaje nic, co można by mu dać ‘na ciepło’.

Elias jednak próbował swego czasu sam wpłynąć na swoją fatalną sytuację i poprawić ją choć trochę. Przez jakiś czas pracował w dzień. Najpierw sprzedawał trzcinę cukrową, potem wodę, ale dość szybko zrezygnował, dwa etaty to zbyt wiele dla jednego Masaja. Teraz szwenda się po ulicach Segerei, siedzi z kumplami na murku i… nie wiadomo czy gadają o piłce nożnej, polityce, palą crack, marihuanę czy kombinują jak by tu parę groszy ‘skołować na lewo’.

Ale Elias się nie poddaje i mimo, że jego ‘dzienny biznes’ spalił na panewce chce zdobyć umiejętności, które pozwolą mu realnie poprawić jego sytuację materialną. Chciałby nie tylko nauczyć się angielskiego, by prowadzić wyprawy na Kilimandżaro, ale przede wszystkim nauczyć się pisać i czytać! Teraz umie tylko pisać. Tak twierdzi. Nie rozumiemy za bardzo jak to możliwe, ale prawdopodobnie chodzi o to, że potrafi jako tako posługiwać się smsami i czcionką komórkową. W każdym razie, pierwsza lekcja czytania i pisania odbyła się całkiem niedawno. Jak na załączonym obrazku widać. Nie było lekko (ani uczniowi ani nauczycielce, wytrwałej i cierpliwej teacher Agnes) ale nie było też nader tragicznie. Czy kolejne lekcje odbędą się już niedługo? Czy naszemu ochroniarzowi starczy wytrwałości? Trzymajmy za niego kciuki!

Wytrwałość ucznia i wyrozumiałość nauczycielki podstawą sukcesu!

A w tle ja, obecny tylko połowicznie, ze względu na barierę językową.

Dodaj komentarz