Arusha

Ostatniego dnia długiego weekendu u stóp Kilimandżaro i Meru postanawiamy wybrać się do położonej 20 kilometrów dalej Arushy. Nie chcemy przepuścić okazji odwiedzenia miejsca, w którym rozpoczęła się historia Tanzanii (kilka słów o deklaracji z Arushy i początkach Tanzanii można znaleźć tutaj – http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=334, będącego także istotnym punktem na mapie turystycznej kraju. Wiele wypraw na Kilimandżaro i safari do najbardziej znanych parków narodowych zaczyna się właśnie w Arushy. Miasto położone jest niedaleko granicy z Kenią i portu lotniczego Kilimanjaro, więc wydaje nam się, że musi tam dziać się coś ciekawego!

Niestety ostatni dzień spędzony na północy kraju nie należy do pogodnych. Przejmujące zimno poranka bardziej przypomina Polskę jesienią, niż Afrykę. Wieje silny wiatr a ołowiane chmury przesłaniają obydwa szczyty. Po przekroczeniu bramy zakonu natychmiast wracamy do pokoju po kurtki przeciwdeszczowe. Przez chwilę chcemy zrezygnować z wycieczki, bo jesteśmy pewni, że zaraz zacznie się ulewa, jednak po krótkim namyśle ruszamy na przystanek podmiejskiego autobusu.

Na polach po jednej stronie drogi mieszkańcy wioski kopią płytkie kanały, którymi rozprowadzają wodę po uprawach fasoli, po drugiej stronie wysokie słoneczniki kołyszą się na wietrze. Niesamowite pole wielkich, żółtych kwiatów ciągnące się aż po oddaloną o kilkaset metrów ścianę lasu, to chyba niezbyt częsty widok na Czarnym Lądzie. Znów przypomina mi się Polska i ostatnia wizyta na Suwalszczyźnie, skąd pochodzi Agnieszka. Tam ostatni raz widziałem takie słoneczniki. Wielkie, żółte kwiaty na wysokich, zielonych łodygach pod takim samym, ołowianym, niebem. Afrykańska przyroda potrafi zaskakiwać.

Szybko łapiemy dala-dalę do miasta. Autobusy kursują co kilka minut, pasażerów nie brakuje, jednak w komunikacji podmiejskiej w okolicach Arushy nie ma takiego tłoku jak w Dar. Większość foteli w vanie Toyoty jest zajęta i nie trzeba osłaniać twarzy przed pośladkami pasażerów tłoczących się między siedzeniami. Obok nas siada młody mężczyzna w baseballówce z prostym daszkiem przekręconym jak w amerykańskim teledysku. Z portfela wyciąga monetę 10 eurocentów i pokazuje nam ją z uśmiechem. Mówię ‘nzuri’ (dobrze) bo gdy próbuję zagadać po angielsku mężczyzna potakuje tylko głową i uśmiecha się coraz szerzej. Nic nie rozumie.

Ale nie tylko angielski jest językiem obcym dla szczęśliwego posiadacza europejskiej dziesięciocentówki. Siedząc w małym busie my również czujemy się nieco zagubieni i zdezorientowani. Zwykle rozumiemy choć strzępy tego, co mówi się wokół nas. Tym razem nie rozumiemy prawie niczego. W drodze do Arushy otaczają nas co najmniej trzy języki. Suahili, w którym w trakcie całej trasy pada zaledwie kilka słów, maasai, po kilku lekcjach udzielonych przez Eliasa i kontaktach z Masajami w Dar umiemy już odróżniać ich język od innych. Głoska „r” występuje w nim bardzo często, charakterystycznego, masajskiego ‘terkotania’ nie sposób pomylić z innymi językami Tanzanii. Z tylnych siedzeń autobusu dobiega nas głośna rozmowa dwóch kobiet, prowadzona w jeszcze innym języku, prawdopodobnie w meru, ale nie znamy go wcale, więc nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy to język plemienia zamieszkującego górę sąsiadującą z Kilimandżaro, czy jeszcze inny. W małym autobusie-Babel wydaje nam się, że każda para pasażerów ma swój język, w którym swobodnie mogą obgadywać resztę pasażerów, siedzą tak, kątem oka obserwują pozostałych i między sobą wymieniają uwagi. Tak naprawdę prowadzą pewnie swoje codzienne rozmowy o tym, co spotkało ich w ostatnich dniach, wypytują się nawzajem o bliższe i dalsze rodziny, może rozmawiają o rozgrywanych w tym czasie meczach mistrzostw świata, ale będąc białym w autobusie w Afryce, czując na sobie wzrok pozostałych pasażerów, nie rozumiejąc nic z tego co mówią i znając pokręconą, afrykańską mentalność Tanzańczyków, ciężko wyobrazić sobie, że mogą mówić o czymś innym niż o ‘mzungu’.

W Arushy wysiadamy kompletnie zdezorientowani. Po tym jak wjechaliśmy do miasta autobus zakręcił kilka razy i nagle znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w labiryncie sklepowych uliczek. Wszystko dokoła wygląda tak samo, pozbawione wystawowych okien sklepy w parterowych barakach, książkowy przewodnik, pożyczony od koleżanki Agnieszki jest kompletnie bezużyteczny, bo nawet policjanci nie znają nazw ulic opisanych w książce. Na małej mapce miasta znajdujemy coś, co może wyglądać na punkt orientacyjny znany przynajmniej niektórym mieszkańcom. Wszystkich dokoła wypytujemy o ‘clock tower’. W końcu udaje nam się znaleźć kobietę, która twierdzi, że wie jak dotrzeć do wieży zegara, i że idzie właśnie w tamtą stronę. Z braku innych perspektyw na wydostanie się z labiryntu otaczającego dworzec autobusowy, idziemy za nią. Po kilkunastu minutach docieramy do oznaczonego na mapie sporej wielkości rynku. Dziękujemy kobiecie za pomoc i zaczynamy spacer po mieście z przewodnikiem w ręku.

Arusha jest zupełnie inna niż Dar, trochę przypomina Morogoro: małe, spokojne miasteczko, bez gęstego tłumu na każdym kroku, bez krzyków ‘mzungu’ co kilka metrów, jest chłodniej, czyściej, przyjemniej, życie toczy się wolniej, a my czujemy się bezpieczniej niż na ulicach Dar. Zadziwiające, jak mniejsze miejscowości i mentalność ich mieszkańców różnią się od metropolii.

W kilka godzin piechotą przemierzamy prawie całe miasto. Po drodze kupujemy trochę przypraw w sklepie prowadzonym przez Hindusów, wypijamy rozpuszczalną kawę w przybytku przypominającym polski bar mleczny, potem szukamy zaznaczonej na mapce księgarni, ale w miejscu, które wskazuje przewodnik nie ma śladu po sklepie z książkami. Kierujemy się w stronę rynku z rękodziełem. Przewodnik znów wprowadza nas w błąd. Od roku 2005, w którym go wydano, zmieniły się nazwy kilku ulic. Ale przechodnie nie mają problemu z wskazaniem drogi do rynku. W końcu jest to jedyne miejsce w Arushy, w którym aż roi się od białasów.

Na niewielkim placu, w labiryncie drewnianych stoisk, można kupić wszystkie typowe wyroby tanzańskiego rękodzieła: rzeźbione w drewnie figurki Masajów i zwierząt, skrzyneczki, ozdoby, kolczyki z masajskich koralików i kapsli po napojach gazowanych, haftowane złotymi nićmi kolorowe koszule, masajskie ‘kocyki’ i noże, kangi i inne tkaniny… kupcy zachwalają, zapraszają, większość zna przynajmniej podstawy angielskiego, są nachalni jak wszędzie. ‘Chodź, wejdź, zobacz, patrzenie za darmo, patrzenie za darmo!’ Jeśli wejdzie się na teren mikroskopijnego stoiska trudno się z niego wydostać. Szczególnie, gdy w choćby najbardziej subtelny sposób da się do zrozumienia, że coś nas interesuje. Właściciel będzie prezentować towar i namawiać dopóty, dopóki klient nie kupi tego, co obejrzał. A podczas naciągania klienta na zakup wszystkie chwyty są dozwolone. Gdy wchodzimy w wąski korytarzyk jednego ze stoisk, na którym nie znajdujemy niczego wartego swojej ceny, chcemy się wycofać. W tym momencie u wyjścia ze stoiska staje sprzedawczyni o kształtach tak obfitych, że skutecznie uniemożliwia nam opuszczenie sklepiku. ‘Hodi!’ – Agnieszka daje do zrozumienia, że chcielibyśmy już sobie pójść. Rozpoczyna się dyskusja o cenie drewnianej figurki, którą przed chwilą oglądaliśmy. Przekonujemy, że nie jesteśmy zainteresowani zakupem, że nie jest nam to potrzebne, że nie podoba nam się tak bardzo, by ją kupić… Ledwo mieszcząca się między półkami sprzedawczyni kończy dyskusję argumentem: ‘Kupcie coś, nie mam na jedzenie!’

Do zobaczenia pozostały jeszcze dwa muzea: Historii Naturalnej i Deklaracji z Arushy. Poza nimi i rynkiem rękodzieła miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji dla turystów. Drugim, po targu rękodzieła, pod względem popularności wśród przybyszów punktem na mapie Arushy jest supermarket. W otaczających go restauracjach spotkamy prawie tyle samo białych, co na rynku z wyrobami ludowymi.

Muzeum historii naturalnej w Arushy mieści się w kompleksie pomalowanych na biało budynków, niegdyś pełniących funkcję niemieckiego fortu. Najbardziej znanym eksponatem muzeum są odciski stóp hominidów, utrwalone w wulkanicznym pyle, pochodzące sprzed 3,5 miliona lat. Mając nadzieję, że prócz nich muzeum kryje wiele innych równie ciekawych eksponatów, przekraczamy biały łuk bramy dawnego fortu i kierujemy się w stronę wejścia do pierwszego budynku.

Przy kasie okazuje się, że podobnie jak we wszystkich miejscach, których potencjalnymi odwiedzającymi są głównie turyści, ceny biletów są diametralnie różne dla czarnych i dla białych. Tanzańczyk za odwiedzenie muzeum w Arushy płaci równowartość około 2 złotych, cena biletu dla turystów wynosi pięć dolarów. Przeczuwając, że to, co zobaczymy w muzeum może nie być warte ceny biletu (dla białych), postanawiamy się trochę potargować. W suahili tłumaczymy, że jesteśmy wolontariuszami, uczymy dzieci w Dar, mamy dwuletni ‘resident’s permit’… bez pytania o paszporty znudzona kasjerka wypisuje dwa bilety dla miejscowych.

Już stojąc przy kasie, przez sznurek oddzielający ‘strefę dla zwiedzających’ od przedsionka muzeum, widzimy, że poza umieszczonymi tuż przy wejściu sławnymi odciskami stóp naszych przodków, większość eksponatów muzeum to zakurzone, wypchane zwierzęta, kolekcja fotografii, plansz i styropianowych figur praludzi. Muzeum nie cieszy się zbytnią popularnością wśród turystów. Oprócz nas zwiedzają je jeszcze trzy osoby.

Sporą część Muzeum Historii Naturalnej w Arushy zajmuje sklep z pamiątkami i wystawa prezentująca wyniki ankiety dotyczącej postrzegania Niemców i innych Europejczyków, przeprowadzonej wśród licealistów. Paradoksalnie historia Tanzanii i Polski ma kilka podobnych wątków: długie lata okupacji przez Niemców i inne kraje, stosunkowo krótka historia niepodległej państwowości, ustrój komunistyczny po odzyskaniu niepodległości. Niektóre opinie wyrażone w ankietach brzmiały dziwnie znajomo. Część uczniów uważała, że przed przyjściem Niemców wszystko było dobrze i to właśnie oni, okupanci, wszystko popsuli. Inni pisali o tym, że ‘w dzisiejszych czasach kolonializm zastąpiono neo-kolnializmem’, i że Europa nadal wyzyskuje Afrykę. Podkreślano to, że narody, które niegdyś kolonizowały Afrykę teraz nie robią nic by jej pomóc. Niektórzy licealiści zdawali się jednak zauważać, że Niemcy i inne kraje Europy próbują naprawić krzywdy jakie wyrządzili Afryce w przeszłości oraz, że w dzisiejszych czasach, kultury Czarnej Afryki i Europy ‘mieszają’ się ze sobą i fascynują nawzajem. Wyniki ankiety to ciekawa lekcja postrzegania nas przez Tanzańczyków. Ale dlaczego wystawiono je w Muzeum Historii Naturalnej?

Wizyta w muzeum nie zachęciła nas do odwiedzenia kolejnego, poświęconego deklaracji z Arushy. Poza tym zaczęło robić się późno, więc wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego.

Miasteczka Tanzanii nie są najciekawszym, co można zobaczyć w tej części kontynentu. Ale tutaj chyba mało kto przyjeżdża, by odwiedzać miasta. Około jednej czwartej powierzchni kraju zajmują parki narodowe i to właśnie niezwykła przyroda Afryki Wschodnie przyciąga turystów. Ale nie tylko spotkanie z dzikimi zwierzętami zapewnia dreszczyk emocji podczas podróży przez Tanzanię. W środkach komunikacji miejskiej bywa nie mniej niebezpiecznie niż w paszczy lwa.

Dala-dala wyjeżdża z Arushy. Autobusik rozpędza się na trasie szybkiego ruchu. Co kilka minut zatrzymuje się by wysadzić pasażerów i wpuścić kolejnych. Ale przed jednym z postojów kierowca hamuje gwałtowniej i przeklina pod nosem. Policja drogowa zatrzymuje zdezelowany minibus. Coś jest nie w porządku. Czy to prędkość, czy stan techniczny pojazdu? Do tego drugiego z pewnością można by się przyczepić, ale nie udaje nam się usłyszeć rozmowy funkcjonariuszki o groźnym wyrazie twarzy z kierowcą. Policjantka zajmuje fotel z przodu i każe jechać dalej. Autobus zaczyna zjeżdżać z pobocza, w tym momencie pasażerowie zaczynają krzyczeć. Ktoś wysiadał z autobusu w momencie, gdy kierowca dodał gazu! Mężczyzna za kółkiem wygląda na mocno przerażonego, ale rusza dalej. Pomocnik kierowcy zaczyna zbierać opłatę na przejazd. ‘Co, teraz zbieracie na łapówkę?’ półżartem zagaduje jeden z pasażerów, choć uzasadnionym jest przypuszczenie, że właśnie tak sprawa się zakończy. Trzy, może czteroletnie dziecko siedzące na kolanach mamy zaczyna głośno powtarzać to, co usłyszało. ‘Łapówka, łapówka!’ krzyczy na cały autobus. Niektórzy się śmieją, ale nie kierowca. Spocony z nerwów, trzęsącą dłonią zmienia bieg. Znów postój na przystanku, znów wjeżdżamy z powrotem na pas. Nagle znowu krzyk, jeszcze głośniejszy niż poprzednio, ludzie zaczynają się modlić. O mały włos nie zderzyliśmy się z pędzącym z zawrotną prędkością tirem. Zdenerwowany kierowca zapomniał spojrzeć we wsteczne lusterko. Policjantka przez krótkofalówkę porozumiewa się z patrolem czekającym kilka kilometrów dalej, podaje numery rejestracyjne tira, każe go zatrzymać. My prosimy pomocnika kierowcy by wysadził nas w Makumirze. Zdenerwowany wszystkim co wydarzyło się przed chwilą oczywiście zapomina o naszej prośbie i wysadza kilka kilometrów dalej. Choć czeka nas dość długi marsz wzdłuż trasy szybkiego ruchu, cieszymy się, że już wysiedliśmy z autobusu.

Dodaj komentarz