W bananowym lesie

Następnego dnia rano, zaraz po śniadaniu, pakujemy do plecaka butelki z wodą i ruszamy w górę zielonego zbocza Meru. Szeroka droga z dobrze ubitej gliny prowadzi nas do bananowego lasu. Od pól kukurydzy uprawianej po obu stronach drogi u stóp góry oddzielają nas gigantyczne agawy. Rosną w równiutkim rządku, ciekawe kto i kiedy je zasadził. Rząd wielkich sukulentów nie wygląda, jakby zahodowali je miejscowi. Podobnie jak iglaste drzewo, któremu chłodniejszy klimat u podnóża góry zdaje się sprzyjać.

Klimat i temperatura okolic Arushy bardzo przypominają Europę. Nad nami gruba warstwa szarych chmur, takich samych, jak te, które przez wiele miesięcy każdego roku oddzielają Polskę od promieni słońca. Szare, złośliwe chmury, ledwie raz na kilka dni pada z nich deszcz, ale uparcie wiszą nad głowami, sprawiając, że wciąż jest ciemno i zimno. Muszę przyznać, że taka aura, wpędzjąca mnie w depresję w ojczyźnie, tutaj jest przyjemną odmianą. W Dar przez cały czas lał się z nas pot. Teraz musimy ubierać polary a wychodząc poza dom franciszkanów przewiązujemy szyje chustami by nie przeziębić gardeł. Tak tu zimno!

Mijamy ostatnie większe zabudowania i zanurzamy się w tropikalnym lesie. Drzewa o trzcinowatych pniach, porastające stoki góry, tworzą zieloną kurtynę, przez którą nie widać co dzieje się kilka metrów od drogi. Rośliny gęsto porastające stoki góry sprawiają, że na pierwszy rzut oka okolica wydaje się zupełnie dzika i wyludniona. Jednak szeroką drogą cały czas spacerują ludzie. Co chwila wyłaniają się spomiędzy wielkich liści jak duchy, a po chwili znikają po drugiej stronie drogi. Nie widać skąd przyszli, nie widać dokąd idą. Cel wędrówek jest ukryty gdzieś w tropikalnej zieleni. Odnosimy wrażenie, że wyższe partie gór zamieszkuje coraz więcej ludzi, że tak naprawdę jest ich tu tak samo dużo, jak wszędzie, tylko zasłaniają ich drzewa, które sami zasadzili.

Gdzieniegdzie widzimy ich domy. Małe, parterowe chatki, zbudowane z cegły wypalanej przez plemię Meru w piecach zbudowanych przez nich samych pomiędzy bananowcami. Przed domami bawią się dzieci, kobiety obierają ziarna kawy, inne doglądają palm, ścinają te, które gniją, ‘badają’ krzaki kawy, pochylają się nad drzewkami i uważnie przyglądają się gałązkom i gęsto porastającym je owocom. Zafascynowane widokiem ludzi o dziwnie jasnej skórze maluchy z jednego z podwórek biegną za nami. Śmieją się i krzyczą. Jest ich całkiem sporo, przed chwilą wszystkie siedziały przed jedną, maleńką chatką. Podchodzą do nas, ale nie zbliżają się bliżej niż na dwa-trzy metry, są ciekawskie, ale nieufne. Witamy je w suahili, ale nie odpowiadają. Kilkuletnie dzieci znają tutaj tylko język meru.

W pewnym momencie między bananowcami zaczyna pojawiać się coraz więcej pustych, foliowych torebek po najtańszych, tanzańskich alkoholach. Sterty pięćdziesięcio- i stumililitrowych saszetek po wódce i brandy zalegają po obydwu stronach drogi. Po przejściu kilkuset metrów docieramy do małego pubu. Bardzo tłocznego i głośnego mimo wczesnej pory. Rozmowy i śmiechy mężczyzn, pijanych od rana, nagle milkną. Zaskoczeni widokiem białasów po chwili zaczynają wykrzykiwać ‘Mzungu! Mzungu!’ a gdy znikamy z pola ich widzenia wracają do swoich rozmów.

Prócz misjonarzy chyba nikt biały się tu nie zapuszcza. Mijające nas kobiety, gdy zauważają, że Agnieszka mówi w suahili, zaczynają wypytawać: ‘A skąd jesteście? A co tu robicie? A po co tu przyszliście?’ Wydają się być strasznie zaskoczone tym, że ktoś z zewnątrz zapuścił się na ich teren. Ponoć Meru nie rozumieją pojęcia ‘turystycznych wypadów’. Dwóch Franciszkanów, którzy zdobyli szczyt góry, twierdzili, że ciężko było im namówić mężczyzn z plemienia by poszli z nimi. Nie bali się, szczytu nie otaczają żadne straszne mity czy legendy, ale po prostu nie widzieli powodu, dla którego mieliby iść w górę, na szczyt, który wiadomo gdzie jest, widać go codziennie, i tak samo jak wioska u stóp góry, nie jest miejscem, do którego chodzi się bez powodu. Wyprawa nie wydawała im się szczególnie atrakcyjnym pomysłem na spędzenie wolnego czasu. Bo jaki powód można mieć, by wspinać się tam wysoko, skoro wiadomo, że tam nic nie ma? Z góry na dół można iść, gdy chce się coś kupić, sprzedać, gdy trzeba iść do lekarza, ale na szczyt? Dlatego kobieta pytająca Agnieszkę po co idziemy w tamtą stronę wyglądała na bardzo zdezorientowaną i zadziwioną, że idziemy się przejść. ‘Tam? A dlaczego?’ ‘A, tak sobie, chcemy zobaczyć, co tam jest, pooglądać sobie.’ ‘Pooglądać? Ale co pooglądać?’ ‘Chcemy zobaczyć waszą górę’ ‘Chcecie pochodzić?’ ‘Tak, chcemy pochodzić.’ ‘Aha, dla sportu!’ To wydawało się być jedynym sensownym wyjaśnieniem dla kobiety, która spotkała i zagadała nas podczas spaceru. Do momentu, w którym wyjaśniliśmy, że wchodzimy na górę ‘dla sportu’, patrzyła na nas jak na wariatów, którzy idą gdzieś i nawet nie wiedzą gdzie, nie wiedzą po co, bo jak można iść gdzieś bez celu, jak można wybierać się na tak wyczerpującą, długą wyprawę, od tak, żeby sobie ‘popatrzeć’. A może jednak jest jakiś powód, dla którego nie należy chodzić zbyt wysoko? Jeden z franciszkanów twierdzi, że gdy pewnego dnia pojechał samochodem na samotną wyprawę w rzadziej zaludnione tereny, natknął się na wrogich, dzikich ludzi, których nie chciałby spotkać niechroniony przez kabinę terenówki. Nie opowiedział, co właściwie zaszło tam, gdzie chmury przykrywają wysokie partie góry, ale ostrzegł: ‘Nie wchodźcie za wysoko’.

Ale ciekawość jest silniejsza niż strach, więc wspinamy się w górę. Wciąż co kilkadziesiąt metrów mijają nas miejscowi: uśmiechnięci, serdeczni, spokojni, wymieniamy pozdrowienia, a gdy na wysokości około 2500 metrów nad poziomem morza robi się naprawdę zimno i Agnieszka owija się masajską shuką, którą zabieramy na spacer z braku innej ochrony przed zimnem, jedna z mijajcych nas kobiet mówi do mojej żony ‘ładnie wyglądasz’ i uśmiecha się serdecznie. Później spotykamy nauczyciela szkoły znajdującej się gdzieś u stóp góry, który w glinianej lepiance prowadzi mały sklepik. Zatrzymujemy się, by kupić butelkę wody, a on zagaduje nas, jak wszyscy, wypytuje o co się da, z tym, że po angielsku, wymieniamy się adresami pocztowymi i mailowymi, po kilku minutach serdecznej rozmowy rozstajemy się. Jak ci ludzie mogą być niebezpieczni, co stało się podczas wyprawy ojca Grzegorza? Kto mieszka za gęstą powłoką chmur? Nie chcemy się dowiadywać na własnej skórze co może przytrafić się białym w wysokich partiach Meru, więc postanawiamy zawrócić, gdy szeroka droga kończy się na podwórku jednego z domów. Docieramy do miejsca, z którego za szarą mgłą widać Makumirę i zielone prostokąty małych, uprawnych poletek nad nami. Z tego miejsca w stronę szczytu prowadzą już tylko wąskie dróżki wijące się między bananowcami. Robi się coraz zimniej, wyższe partie gór wyglądają na bardziej nieprzystępne, skończyła nam się woda, robimy się głodni, postanawiamy zawrócić.

Dodaj komentarz