Krzyż

Zaraz po skończonym posiłku wskakujemy do Toyoty. Z hukiem zatrzaskujemy drzwi starej terenówki i szybko ruszamy dalej. Ojciec Michał cały czas nerwowo patrzy na zegarek i z maksymalną możliwą prędkością pędzi po bezdrożach. Tego dnia nie ma zbyt wiele czasu by obwozić nas po okolicy, ale koniecznie chce pokazać nam jedno miejsce.

Przez chwilę jedziemy drogą biegnącą przez zieloną równinę. Po obu stronach trawy i niewysokie drzewa, widoczność doskonała. Najpierw po naszej prawej, potem za plecami, Kilimandżaro i Meru. W końcu dojeżdżamy do wyboistego wzgórza. Strażnik pilnujący szlabanu oddzielającego nas od drogi na wzgórze obserwuje zbliżający się samochód, gdy rozpoznaje ojca Michała uśmiecha się serdecznie i podnosi zaporę. Zbocze jest strome i wyboiste, stare resory Toyoty zdają się w ogóle nie amortyzować wstrząsów, rzuca nami po całej kabinie. Jedziemy przez gęsty las. Po obu stronach drogi gdzieniegdzie wyłaniają się niewielkie, stare domki o konstrukcji nieprzypominającej budynki wznoszone przez miejscowych. To teren tutejszego instytutu rolniczego.

W końcu docieramy na szczyt wzgórza. Wyrównaną, wąską dróżką podjeżdżamy pod szary mur. Biało-czerwona tablica informuje: „Cmentarz wygnańców polskich, Tengeru”.

Losy polaków wysiedlonych z Kresów Wschodnich w odległe krańce Związku Radzieckiego nie są chyba jedną z tych kart historii, którą, choćby pobieżnie, znają wszyscy. Szczególnie losy tych, którzy na mocy układu Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku pod opieką generała Andersa ruszyli wraz z jego armią na południe. Polacy wędrujący z wojskami generała zostali rozrzuceni po różnych zakątkach Azji, a także Afryki Wschodniej, gdzie w 1943 roku istniało ponad dwadzieścia obozów dla polskich uchodźców. W Tengeru, największym tego typu obozie, znalazło schronienie 5000 Polaków.

Do końca lat czterdziestych w sercu Afryki istniało ponad dwadzieścia polskich miasteczek, a w nich, zorganizowana przez Polaków i wspierających ich aliantów infrastruktura, konieczna do prowadzenia względnie normalnego życia. Szkoły, gospodarstwa, szpitale i przychodnie, świątynie chrześcijańskie i żydowskie, prężnie działały grupy młodzieżowe (harcerstwo, YMCA, zespoły sportowe i artystyczne), teatry, istniały boiska, korty tenisowe, kluby, do których chadzało się potańczyć… budynki użytkowane przez Instytut Rolniczy w Tengeru są pozostałością polskiego osiedla.

Życie w afrykańskich obozach dla polskich uchodźców nie było łatwe, jednak dużo bardziej znośne niż życie w Polsce w trakcie i bezpośrednio po drugiej wojnie światowej. Ale Tengeru, podobnie jak pozostałe polskie osiedla, było tylko przystankiem w tułaczce, która porozrzucała zamieszkujących je Polaków po całym świecie. W końcu zapadła decyzja o rozwiązaniu obozów i w Afryce zdecydowali się pozostać tylko nieliczni. Dziś śladem po tysiącach Polaków mieszkających w Tengeru są tylko niszczejące budynki i niewielki cmentarz.

Przekraczamy bramę. Na niewielkim skrawku ziemi otoczonej murem znajduję się sto kilkadziesiąt, może dwieście grobów. Po lewej groby katolików, po prawej protestantów, w głębi kilka nagrobków z gwiazdami Dawida. Teren sprawia wrażenie zaniedbanego. Idziemy centralną alejką wytartą krokami nielicznych gości, a może starannie wypieloną przez mężczyznę opiekującego się cmentarzem. Większość grobów i boczne ścieżki są porośnięte wysokimi trawami i chwastami. Przydaje to miejscu niezwykłej aury tajemniczości i mistyczności, ale nie pozostawia złudzeń co do tego, że mało kto pamięta o cmentarzu w Tengeru. Nad naszymi głowami wielkie drzewa magnolii i śpiew ptaków. Jest cicho i spokojnie. Znad horyzontu patrzy na nas Meru. Przechadzamy się między grobami. Tyle znajomo brzmiących nazwisk w tak odległym zakątku świata. Porośnięty bujną roślinnością cmentarz wygląda, jakby świat o nim zapomniał, a jednak raz na jakiś czas przypominał sobie o pochowanych na nim ludziach. Z zanurzonych w zielonej gęstwinie grobów wystają krzyże, na których napisy odnowiła grupa studentów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Na jednym z grobów przewrócony przez wiatr biały, plastikowy wazon, obok niego świeże kwiaty. Na nagrobku data 2007. Pochowana tutaj pani Sabina Szeliga opiekowała się cmentarzem wraz z panem Edwardem Wójtowiczem, ostatnim żyjącym w Tanzanii Polakiem, który mieszkał w obozie w Tengeru. Pan Edward jest właścicielem wytwórni jednych z najlepszych w Afryce Wschodniej serów i wędlin. Gdyby nie to, że o grobach pamięta jeszcze on, garstka polskich misjonarzy i nieliczni goście, którzy od czasu do czasu odwiedzają to miejsce, cmentarz obróciłby się w ruinę a czas wytarłby z krzyży nazwiska pochowanych na nim Polaków. Bo krzyże w Tengeru, położone po drugiej stronie równika, nie nadają się do bicia politycznej piany tak, jak krzyż pod pałacem prezydenckim, więc nie są tak bliskie sercom polityków. Po zlikwidowaniu polskiej ambasady w Tanzanii mężczyzna pilnujący cmentarza przez pół roku nie otrzymywał pensji i chyba tylko jego afrykańska cierpliwość sprawiła, że nie zostawił grobów na pastwę losu i nie poszedł szukać pracy, w której otrzymywałby bardziej regularne wypłaty. Innym razem okolice Tengeru odwiedził przedstawiciel polskich władz, który poinformowany o tym, że w pobliżu znajduje się sporej wielkości cmentarz, na którym pochowani są sami Polacy odpowiedział, że na zajęcie się wszystkimi polskimi cmentarzami w Afryce Wschodniej otrzymał sto pięćdziesiąt euro.

Choć miejsca takie jak Tengeru nigdy nie wzbudzały we mnie przypływu patriotycznych uczuć, do Makumiry wracam zafascynowany historią Polaków, których los z Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej wyrzucił na Syberię a potem do Afryki. Jednak trudnym do zapomnienia jest niesmak, który pozostaje po opowiadanych przez ojca Michała historiach o tym, jak władze polskie obchodziły się z cmentarzem w ostatnich latach. Szczególnie teraz, kilka dni po powrocie do Polski, obserwując wszystko, co dzieje się dokoła krzyża przed pałacem prezydenckim, nie mogę nadziwić się temu, jak prawdziwym i aktualnym jest powiedzenie, mówiące, że ‘czego oczy nie widzą…’

Wpis “Krzyż” skomentowano 4 razy

  1. apokaliptyk-ateista pisze:

    Trafne – ‚krzyże w Tengeru, położone po drugiej stronie równika, nie nadają się do bicia politycznej piany tak jak krzyż pod pałacem prezydenckim, więc nie są tak bliskie sercom polityków’.

    Chyba przestaje być aktualne tłumaczenie, że jesteśmy biednym krajem i nas nie stać, wszak obwieszczono ostatnio, że należy nam się członkostwo w G-20, nieprawdaż?
    Choć można się założyć o dużą sumę, i to przy niewielkim ryzyku, że dalej będzie na opiekę nad polskimi cmentarzami w całej wschodniej Afryce 150 euro.

    A w ogóle to teraz wystarczy poczekać aż cmentarz pochłonie natura, razem z pamięcią o nim, i problem sam się rozwiąże. Dodatkowy zysk – już nie trzeba przeznaczać całych 150 euro tylko wystarczy na przykład 90, i proszę jaka oszczędność dla naszego MSZ i państwa.

    Sorry za ton wisielczej kpiny ale czasem ręce opadają do samej ziemi gdy się człowiek dowiaduje jak to naprawdę wygląda…

    Pozdrawiam

  2. gax pisze:

    Dziękuję za tekst,jak słusznie zauważyliście, dbanie o cmentarze nie daje profitów,a może tam leżą Ci,co nie potwierdzą jedynie słusznej prawdy??
    A przecież zginęli za Polskę.Byłam ostatnio na grobach królewskich.Pani przewodniczka z miłym usmiechem mówiła”a teraz przejdziemy do grobowca pana Prezydenta….”nie wspominając o Piłsudskim.
    pozdrawiam

  3. E-J pisze:

    Witam,
    poznałam ojca Michała wracając z podróży po Afryce dwa lata temu. Opowiedział mi o Polakach w Tanzanii, misji franciszkańskiej i istnieniu miejsca pochówku tych, którzy tam zostali po wojnie. Nie wiedziałam o cmentarzu w czasie podróży, informacji o nim nie było w żadnym z dostępnych w języku polskim przewodników po Tanzanii. Wielka szkoda, bo to kawałek naszej historii, a sam ojciec Michał jest skarbnicą wiedzy o ścieżkach Polaków w Afryce.
    Życzę mu zdrowia i wsparcia w dalszej pracy.

  4. Jaruta pisze:

    Diękuję jeszcze raz za piękny cykl reportaży i za ostatni wpis, który stanowi gorzki przyczynek do aktualnej „wojny krzyżowej”..

Dodaj komentarz