Wyprawa na północ

Długa sobota

Podróż do Arushy planowaliśmy od dawna. Już w trakcie majowych wakacji chcieliśmy wybrać się właśnie tam, 600 kilometrów na północ, w okolice góry Kilimandżaro, jednak najpierw malaria a później praca w szkole uniemożliwiły wyprawy poza Dar. Dopiero pierwszy weekend lipca, wydłużony państwowym świętem, dał okazję by wybrać się na północ.

W sobotę zrywamy się skoro świt. Sanga, zaprzyjaźniony taksówkarz podjeżdża po nas około piątej rano. Zaspani lecz podekscytowani ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na autokar linii Dar-Express i gdy wszystko zaczyna pomarańczowieć od wschodzącego słońca, z pomocą uprzejmego pracownika dworca odnajdujemy właściwy autobus.

Jak zwykle tłok, jak zwykle ścisk, jak zwykle wyścigi do ponumerowanych miejsc, agresywni podróżni przepychają się do środka nerwowo pohukując jeden na drugiego, w wąskie drzwi autokaru usiłuje wepchnąć się kilka osób na raz, wduszona w futrynę autobusowych drzwi kobieta kwiczy, do środka wpycha ją jakiś mężczyzna. Przygotowani na wszystko co może stać się w tłoku takim, jak ten, nie mamy nawet nic w kieszeniach. Tłum napiera na autobus. Między ludźmi krążą sprzedawcy gazet, wody i drobnych przekąsek, wyciągający swój skromny asortyment estetycznie poukładany w plastikowych koszykach wysoko w górę, tak, aby siedzący w autobusach mogli zobaczyć i wybrać to, na co mają ochotę. Czekamy spokojnie. W końcu każdy ma wypisany na bilecie numer swojego miejsca.

Dziesięć godzin w autobusie to sporo. Rano jest jeszcze przyjemnie, ale dzień jest słoneczny i upalny więc temperatura nieubłaganie wzrasta i gdy przekracza 30 stopni, robi się nieznośnie. Długi czas podróży dusznym autobusem umilają jedynie widoki za oknem. Przemieszczając się w kierunku północnym podziwiamy zmieniającą się przyrodę. Najpierw górujące nad oceanem zieleni kokosowe palmy, pod nimi bananowce. Plątanina traw i krzewów. Przez kurtynę lasu nie widać dosłownie nic. Taki krajobraz rozciąga się dziesiątki kilometrów poza granicami Dar. Potem stopniowo tropikalna gęstwina przerzedza się, a teren jest coraz bardziej górzysty. Między zielonymi trawami rosną coraz niższe drzewa liściaste, tutaj widać już horyzont, ale już niedługo zaczną go przesłaniać coraz wyższe, coraz bardziej skaliste i strome góry. Im dalej na północ tym roślinność porastająca stoki wzniesień będzie rzadsza. Ale zanim wjedziemy na tereny suchej sawanny i Maasailandu, obserwujemy rozciągające się po obu stronach drogi długie kilometry plantacji ananasów. Wyglądające z daleka podobnie do agaw rośliny, zasadzone w rzędach, zajmują każdy skrawek płaskiego terenu, od drogi po najniższe partie stromych gór.

Dalej rozciąga się sawanna. Tutaj nie ma zielonych bananowców i kokosowych palm. Piaszczystą ziemię porastają kępki wysuszonych traw, krzewy obsypane drobnymi listkami albo zupełnie wysuszone. Wszystko niskie, przytłoczone piekącym słońcem, korony drzew szerokie, wyglądają jakby ktoś rozdeptał ‘normalne’ drzewo. Życie tłoczy się przy ziemi w walce o przetrwanie, w walce o wodę. Nad gęstwinę drobnej roślinności udaje się wznieść tylko grubym, szarym pniom starych, bezlistnych baobabów i niektórym gatunkom kaktusów. Wielkie sukulenty rozmiarem przypominają średniej wielkości drzewa. ‘Pnie’ kilkumetrowej wysokości wieńczy gęsta, ciernista korona. Nawet tutaj, na spalonej słońcem ziemi, różnorodność życia zadziwia. Sawannę porastają setki gatunków roślin przystosowanych do wielomiesięcznych okresów suszy. Podczas krótkiej przerwy na wyjście do toalety (czyli wejście w wyżej opisane krzewy) wyskakuję z autobusu. Między kępkami suchej trawy mniejsze i większe krzaczki, tu i ówdzie plątaniny dziwnych, kolczastych sukulentów, szukam ustronnego miejsca. Nie chcę wchodzić między cierniste krzewy ani między kaktusy. Lepiej nie iść też za daleko, bo sawanna to dom wielu stworzeń, a niektóre z nich potrafią się bronić, gdy ktoś zakłóci ich spokój. W końcu znajduję zaciszne miejsce. Wydaje mi się, że jestem sam, a jednak spod moich stóp coś czmycha pozostawiając za sobą jedynie chmurę kurzu. Znika w krzakach tak szybko, że nie jestem w stanie stwierdzić co to było. Mysz? Jaszczurka? Wąż? Po ostatnim spotkaniu z zieloną mambą, która zagnieździła się w łazience naszego domu i za nic nie chciała opuścić wygodnej szpary w ścianie, uważniej niż przedtem patrzę pod nogi. Afrykańska przyroda dała nam wyraźnie do zrozumienia, że to my jesteśmy gośćmi w jej domu i nawet w zaciszu naszych własnych czterech ścian może odwiedzić nas jeden z jej mniej lub bardziej niebezpiecznych ‘wysłanników’. Ale tym razem, patrząc pod nogi uważniej niż zwykle, nie zauważyłem niczego. A jednak, coś tam było.

Po krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogę. Tu i ówdzie pośród szarego pustkowia skupiska kilku do kilkunastu domków. Maleńkie osady ludzi, którzy przystosowali się do życia w tym nieprzyjaznym środowisku. W oddali dostrzegamy stada bydła i ich pasterzy: masajskich chłopców, którzy w parach albo w pojedynkę przeganiają stada kóz lub krów z jednego miejsca na drugie, w poszukiwaniu pokarmu dla zwierząt. Ta sucha (o tej porze roku) górzysta kraina, to właśnie ich dom. Jesteśmy na terenach Maasailandu.

Jedziemy w stronę Moshi. Droga cały czas biegnie przez wysuszoną sawannę, z której wyrastają strome, skaliste zbocza. Chyba właśnie z takim krajobrazem zawsze kojarzyła mi się Afryka. Suche, wysokie trawy, pozbawione liści niewielkie krzewy i drzewa ze ‘spłaszczonymi’ koronami. Krajobraz z filmów na Discovery Channel. Takie widoki towarzyszą nam aż do Moshi. Niewielkie miasteczko to ważny węzeł komunikacyjny. Tutaj wielu pasażerów wysiada, inni wsiadają, na ulicach turyści z całego świata i tłum czekający na autobusy do różnych zakątków Tanzanii i dalej, do Kenii. Moshi to jedno z miejsc, z których rusza się na najmodniejsze afrykańskie wyprawy: na Kilimandżaro i do Serengeti.

Mijamy miasto. Powoli robi się nieco chłodniej. Jesteśmy coraz wyżej. Krajobraz znów się zazielenia, dokoła coraz więcej drzew, gdzieniegdzie pola kukurydzy, w końcu na horyzoncie dostrzegamy legendarny, ośnieżony szczyt. Najpierw mały i odległy, potem coraz bliższy, w końcu widoczny jak na dłoni po naszej prawej, przysłonięty jedynie smużką chmur, wydaje się być bardzo blisko. Z nosami przyklejonymi do szyby autobusu wpatrujemy się w śnieżną kopułę i podziwiamy majestat wielkiego Kilimandżaro. Najwyższy szczyt Afryki górujący nad horyzontem będzie towarzyszyć nam we wszystkie słoneczne dni naszego pobytu w okolicach Arushy.

W końcu docieramy do Makumiry. Maleńka wioska, w okolicach której franciszkanie mają swój dom, oddalona o kilkanaście kilometrów od Arushy, to cel naszej podróży. Wymęczeni wytaczamy się z autobusu i kierujemy się w stronę pobliskiej stacji benzynowej by odpocząć. Siadamy na chwilę w barze, którego klienci z obojętnością i spokojem przypatrują się reprezentacjom rozgrywającym któryś z eliminacyjnych meczy mistrzostw świata. Zamawiam zimne Kilimanjaro (całkiem niezłe tanzańskie piwo) i zamiast meczu przypatruję się szczytowi góry wystającemu znad dachu stacji benzynowej. Czekamy na kogoś kto dowiezie nas do ostatecznego celu naszej całodziennej wyprawy. W końcu zjawia się ojciec Grzegorz i wyboistą drogą, biegnącą między polem przepięknie kwitnących słoneczników a plantacją fasoli, dowozi nas do domu franciszkanów. Wysiadamy przed bramą. Stąd widok jest jeszcze bardziej niesamowity. Po prawej stronie Kilimandżaro, a po lewej góra Meru.

To co zadziwia nas za każdym razem gdy wydostaniemy się z Dar i spędzamy noc poza miastem, to cisza. W Segerei ciągle coś wyje, śpiewa, gra, krzyczy. Meczet, bar, kościoły, wesela, zwierzęta, sąsiedzi. W Morogoro, na Zanzibarze, w Arushy, gdy robi się ciemno, nagle wszystko zamiera. Ptaki idą spać, czasem nawet żaden świerszcz się nie odezwie, jakby świat się nagle skończył wraz z zachodem słońca. Jest ciemno i zupełnie cicho. Ciche, bezwietrzne noce w Tanzanii są wręcz straszne. Niepokojąco milczące, absolutnie bezdźwięczne. Jakby nagle cały świat dokoła znalazł się w próżni i żaden dźwięk nie mógł zakłócić spokoju nocy, choćby nawet chciał. Do tego w Arushy noce bywają… zimne! Temperatura czasami spada nawet poniżej 7 stopni. A podczas naszego pobytu nie jest chyba dużo wyższa, bo wieczorem zaczynamy trząść się z zimna, zakładamy polary, przykrywamy się kocami i wymęczeni całodzienną jazdą autokarem, zasypiamy.

Radość Meru

W niedzielę rano wsiadamy do starej, terenowej Toyoty. Za kierownicą ojciec Michał. Będzie odprawiać msze w dwóch kaplicach znajdujących się na terenie parafii franciszkanów. Jest chłodno. Zapinamy polary, zabrane z Polski specjalnie na wyprawę w okolice Arushy, a dłonie chowamy w ciepłych rękawach. Kto by pomyślał, że w Afryce może być tak zimno!

Toyota zaczyna wspinać się po zboczu Meru. Stare, twarde zawieszenie samochodu, dziury w glinianej drodze, wyżłobione przez ulewy podczas pory deszczowej i pośpiech ojca Michała, co chwilę nerwowo spoglądającego na zegarek, sprawiają, że jazda nie należy do komfortowych. Mimo tego, że wyruszyliśmy trochę za późno, co kawałek zatrzymujemy się by kogoś podwieźć. Ludzie wsiadają, wysiadają, podczas niedługiej drogi do kaplicy przez samochód przewija się kilkanaście osób. Pod dachem terenowej Toyoty po raz pierwszy spotykamy przedstawicieli plemienia Meru. Lud zamieszkujący zbocza góry i jej okolice wgląda zupełnie inaczej niż mieszkańcy wybrzeża. Jaśniejsza cera, wąskie nosy, włosy nie tak kędzierzawe jak u ludzi z plemion z gorętszych regionów, niektóre z jadących z nami dzieci wyglądają bardziej na mulatów, niż na potomków rodów od zawsze zamieszkujących Afrykę. Ale ich inność przejawia się nie tylko w wyglądzie. Meru mają swój język. Podobnie jak suahili wywodzi się z grupy bantu, ale brzmi zupełnie inaczej i nie jest do niego podobny na tyle, by znając tylko suahili dało się zrozumieć rozmowy ludzi gór. Oczywiście znają też suahili i rozmawiając z ojcem Michałem posługują się właśnie tym językiem, ale siedząc na tyłach samochodu, podczas rozmów ze sobą, mówią tylko w meru. Ukradkiem spoglądają na nas i coś mówią… W tym spojrzeniu, tonie rozmów, zachowaniu, też są inni. Inni niż mieszkańcy Dar. Spokojniejsi, cichsi, dyskretniejsi, jakby bardziej skryci, a może uprzejmiejsi… nie dają się ponieść zaskoczeniu na widok nowych twarzy tak, jak mieszkańcy wybrzeża. Nie są tak wylewni i otwarci. Są spokojni i na swój sposób dostojni. Jak góra, która ‘patrzy’ na nich codziennie.

Po obu stronach wyboistej drogi rosną bananowce. Pomiędzy zielonymi ‘pniami’ i przez gęstwinę liści widać niewiele. Rosnące jedna przy drugiej rośliny wyglądają jak chaotyczny, dziki las, ale gęsto rosnące palmy zostały zasadzone przez mieszkających na zboczu góry ludzi. Tak samo jak krzaki kawy, których owoce dojrzewają w cieniu wielkich liści nad nimi. Uprawa tych dwóch roślin to główne źródło utrzymania plemienia. Spomiędzy gęstej zieleni gdzieniegdzie wystają niewielkie domki. Wszystkie z płaskim dachem, zbudowane z cegły wypalanej z miejscowej gliny w specjalnych piecach, także budowanych rękami Meru. Życie plemienia toczy się wokół miejsca, w którym mieszkają. Ze stoków schodzą tylko w sytuacjach wyjątkowych lub by sprzedać w punkcie skupu banany i owoce kawy. Są samowystarczalni, spokojni i szczęśliwi w swoim świecie.

Dwugodzinna msza święta na górze zostaje odprawiona dla bardzo nielicznej grupy. Ale tak jak we wszystkich miejscach, które dotychczas odwiedziliśmy, liczebność chóru i wiernych na mszy nie stanowi o jakości oprawy eucharystii. Nieliczny ale przepięknie śpiewający chór i chłopcy przygrywający na instrumentach perkusyjnych własnej roboty nadają niepowtarzalnego charakteru niedzielnej uroczystości. Jednak końca mszy wyczekujemy z niecierpliwością i nerwowo przebieramy palcami w butach by choć trochę rozgrzać stopy, bo siedząc na ławce w niewielkiej kapliczce na wysokości około dwóch kilometrów nad poziomem morza, marzniemy coraz bardziej.

Później zjeżdżamy kilkaset metrów w dół. Jesteśmy znów w okolicach Makumiry, znów widzimy dwa szczyty wyrastające nad otaczającą nas zieloną równiną. Podczas kolejnej, odprawianej przez ojca Michała mszy, idziemy przejść się po wiosce.

Różnorodność wszystkiego co żyje w tych okolicach, zadziwia. Właściwie każde z drzew rosnących na płaskim, trawiastym terenie, wydaje się być rośliną innego gatunku. Każdy krzak jest inny. Te, które kwitną, są gęsto obsypane kolorowymi kwiatami. Pośród wysokich traw gdzieniegdzie widać wielkie agawy. Słyszymy śpiew wielu różnych gatunków ptaków, niektóre z nich udaje nam się dostrzec, a na wąskiej dróżce prowadzącej z niewielkiego kościółka do pobliskiego domu, spotykamy żółwia.

Nasz powolny spacer po drodze przez równinę przyciąga uwagę miejscowych. Dzieci idą za nami, zagadują, mijające nas kobiety pytają skąd jesteśmy, co tu robimy, jak się tu znaleźliśmy, z kim przyjechaliśmy… wszyscy są ciekawi nowych, jasnoskórych twarzy, a gdy orientują się, że mówimy w suahili cieszą się, że mogą nie tylko sobie na nas popatrzeć, ale też porozmawiać. Oczywiście nie jest tak, że widzą białych po raz pierwszy, ale wiedzą, że mało kto zapuszcza się w ich rejony i prócz kilku znajomych misjonarzy pewnie nieczęsto widują białasów w swojej wiosce. Stąd masa pytań, śledzące nas dzieci… Zwykła, życzliwa, ludzka ciekawość tego, kim są przybysze.

Po dwóch godzinach chodzenia po drogach, krzakach i polanach w wiosce, wracamy w okolice kościoła. Okazuje się, że ta niedziela jest dniem szczególnym. Podczas mszy oficjalnie mianowanymi i poświęconymi zostaje zastęp dzieci papieskich. Choć nie za bardzo mamy pojęcie o co z tymi dziećmi papieskimi chodzi i nie uczestniczyliśmy we mszy, zostajemy zaproszeni do wspólnego świętowania z mieszkańcami wioski.

Nie do końca wiedząc jak się zachować i czy powinniśmy uczestniczyć w uroczystości przygotowanej przez mieszkańców wioski dla nich samych, stajemy z boku i obserwujemy. Wszyscy rozmawiają, długo i wylewnie, po afrykańsku, w grupach, później fotografują się z dziećmi, my czujemy się coraz bardziej wyobcowani. Ktoś zaprasza nas do zajęcia miejsc na plastikowych krzesłach pod rozłożystym drzewem. Jednak jako, że nikt inny jeszcze nie usiadł, ciągle stoimy z boku i przypatrujemy się towarzyskim rozmowom wiernych, dzieciom w odświętnych biało-żółtych strojach, które po skończonej sesji zdjęciowej zaczynają bawić się w ziemi… W końcu mężczyźni wynoszą ławki z kościoła, stawiają je pod drzewem i wszyscy siadają. Zachęceni po raz kolejny by do nich dołączyć, siadamy i my.

Rozmowy zgromadzonych w cieniu rozłożystego drzewa mieszkańców wioski milkną. Po chwili cichego wyczekiwania ktoś daje dzieciom sygnał by wyszły na środek. Zaczynają śpiewać i tańczyć w dwóch rzędach. Nieśmiałe ruchy rąk, drobne kroki do przodu i do tyłu, znane nawet nam kościelne pieśni są kontynuacją tego, co działo się podczas mszy. Między kolejnymi piosenkami krótkie przerwy. Dzieci ustalają między sobą co zaśpiewają, lub ktoś podpowiada im tytuł… śpiewają ładnie, czysto, cicho, jakby nieśmiało, poruszają się tak samo. Drobnymi, tanecznymi ruchami w rytmie pieśni. Po kilku utworach kobiety dołączają do chóru. Śpiewają głośniej niż dzieci, niektóre podkreślają radosny charakter uroczystości typowymi, afrykańskimi okrzykami. Trudno to opisać. Wysokością dźwięku i natężeniem przypomina to trochę jodłowanie. Ale brzmienie okrzyku jest zupełnie inne. Coraz więcej kobiet powstaje, zaczynają tańczyć, w końcu bęben zaczyna wybijać rytm. Zrobiony z puszki, na którą naciągnięto skórę, uderzany z góry i z boku, hipnotyzuje uczestników uroczystości. Dzieci ustawiają się w krąg, dokoła lub wewnątrz którego tańczy jedna albo więcej kobiet. Zaczynają rozbrzmiewać pieśni w języku meru. Już nie jesteśmy uczestnikami nabożnej, kościelnej uroczystości. Szalony, szybki rytm bębnów i grzechotek, które w międzyczasie dołączają do sekcji rytmicznej, szał w oczach tańczących kobiet i same tańce przypominają bardziej obrzędy plemienne, które odbywały się tutaj na długo przed przybyciem pierwszych misjonarzy. Ale zarówno słowa pieśni jak i doskonale skoordynowane, zmieniające się co chwila układy taneczne, znają wszyscy. Dzieci tańczą w kręgu krocząc do przodu, do tyłu, ich całe ciała wykonują najprzeróżniejsze ruchy, których nie jestem w stanie opisać, drżą w rytmie muzyki, tańczą klęcząc na ziemi, to znów wstają, wyginają się na wszystkie strony, cały czas w kręgu, który musi coś symbolizować… jedność społeczności, cykliczność zdarzeń, może zmienność pór roku… a wraz z nimi tańczą kobiety, wirujące wewnątrz koła, szalone układy taneczne dzieci i kobiet w kręgu zmieniają się co chwila. Zastanawiam się co to wszystko znaczy, o czym są pieśni, co symbolizują ruchy poszczególnych osób, czy Meru wiedzą, o czym ‘mówi’ ich taniec i kiedy po raz pierwszy w cieniu wielkiego drzewa tańczono właśnie tak. Radosna uroczystość kościelna przemieniła się w plemienne święto podczas którego przypomina się i kultywuje zawarte w tańcu i śpiewie prawdy i przy pomocy tańca i śpiewu wyraża się radość. Radość z powodu szczególnego wydarzenia, radość z bycia razem, radość z bycia Meru, radość z bycia dziećmi Afryki.

Wejrzenie pod nawróconą skórę Afryki, podejrzenie dziedzictwa Meru przez uchylone drzwi ich niezwykłej kultury, było niezwykłym, niemalże metafizycznym przeżyciem, praktycznie niemożliwym do opisania, tak, jak cała kultura Afryki. Trudna do zrozumienia nie tylko przez barierę tysięcy języków, z których praktycznie tylko garstka jest zapisywana, ale przede wszystkim dlatego, że prawdziwym wyrazem tej kultury jest śpiew, taniec, rytm. Emocje, historie, symbole są zawarte właśnie w muzyce. Zrozumienie i opisanie ich pełnego znaczenia przez pryzmat naszej, europejskiej kultury pisma, jest praktycznie niemożliwe. Meru, tak jak cała Afryka, to coś więcej niż kultura. Kulturę da się opisać i zrozumieć. Afryka to stan umysłu.

Gdy pieśni ucichły i wszyscy znów usiedli na swoich miejscach, rozpoczęła się kolejna część uroczystości: uczta. Z pobliskiego domu kobiety wyniosły wielki gar pilau, naczynie z ryżem z warzywami i pysznym daniem z koziego mięsa, pływającego w sosie nieco przypominającym indyjskie biryani. Po raz pierwszy podczas pobytu w Afryce jedliśmy mięso kozy. Jest dość twarde, ale smaczne, w smaku przypomina trochę połączenie baraniny z golonką. Nie obyło się też bez ‘odświętnej’ skrzynki pepsi. Wszyscy, od najmłodszych do najstarszych, zajadali ze smakiem. Nawet najmniejsze dzieci, które tak samo jak dorośli, dostały wielkie, kopiaste porcje ryżu z mięsem, zostawiały na talerzach tylko obgryzione kości. Wysokobiałkowy, mięsny posiłek to w bantuskiej diecie raczej odświętna rzadkość. Na co dzień je się tu raczej ryż i ugali z minimalnym dodatkiem warzyw, mięso nie jest stałym elementem diety.

Oszołomieni pierwszym spotkaniem z kulturą Meru zapragnęliśmy poznać to niezwykłe plemię lepiej. Już niedługo wybierzemy się na wyprawę w stronę szczytu góry będącej domem tego ludu, ale w dzień niezwykłej uroczystości, tuż po skończonej uczcie musieliśmy ruszyć w dalszą drogę, bo kilka kilometrów dalej czekały na nas kolejne, niemniej zaskakujące, niezwykłe odkrycia, tym razem związane z kulturą i historią dużo bliższą nam (i czytelnikom też 🙂 ).

Drodzy Czytelnicy. Ze względu na prozaiczne problemy techniczne ten post jest ostatnim ‘nadanym’ z Tanzanii. Kolejne posty, zdjęcia i być może filmy zamieścimy dopiero po powrocie do Polski. Około 10 sierpnia – wracamy do Was.

Wpis “Wyprawa na północ” ma jeden komentarz

  1. rs_ pisze:

    Drodzy Autorzy. Z prozaicznych względów codziennych nie wiem, czy i kiedy będziecie mieli okazję przeczytać ten wpis, w którym chcę Wam podziękować za wszystkie piękne opowieści z Afryki. Próbując znaleźć jednak jakieś plusy zakończenia Waszego obecnego pobytu w Afryce, pocieszam, się, że skoro będziecie w Polsce, może będę miał okazję minąć Was na ulicy.
    Pozdrawiam
    rs_

Dodaj komentarz