Kendwa

Po czterech dniach postanawiamy skończyć romans z uroczym Stone Town i ruszyć gdzieś dalej. Dokąd? No cóż. Na mapie turystycznych ‘pozycji obowiązkowych’ jednymi z ważniejszych punktów są oczywiście urocze plaże wyspy. Nie wiemy dokąd najlepiej się udać, nie mamy zrobionej żadnej rezerwacji, ale wybór jest spory. Miejscowości turystycznych na wybrzeżach Zanzibaru nie brakuje. Przysłowiowym rzutem monetą wybieramy północny cypel wyspy i zaczynamy obdzwaniać hotele, hostele i inne noclegownie wymienione w darmowym informatorze turystycznym. Szybko okazuje się, że sprawa nie jest taka prosta. Wiele miejsc jest zamkniętych, w końcu jesteśmy na Zanzibarze poza sezonem. Po kilkunastu telefonach udaje nam się znaleźć niedrogi nocleg w miejscowości Kendwa.

Aby dojechać do Kendwy ze Stone Town, trzeba pokonać odległość ponad pięćdziesięciu kilometrów. Taksówka odpada – to koszt około 40 dolarów. Na szczęście Zanzibar ma swoją komunikację międzymiejską i ze znalezieniem autobusu nie mamy najmniejszego problemu.

Zanzibarskie autobusy wyglądają zupełnie inaczej niż te w Dar. Nie są to stare, zdezelowane minibusy Toyoty, tylko małe ciężarówki tej i innych azjatyckich marek, do których domontowano niski daszek i dwa rzędy ławeczek po bokach lawety. Jest naprawdę nisko i da się tylko siedzieć. Ogromną zaletą zanzibarskich autobusików jest ograniczona liczba pasażerów, wypisana na boku kabiny. To sprawia, że podróż transportem publicznym na wyspie, w przeciwieństwie do Dar es Salaam, odbywa się w ludzkich warunkach.

Wyruszamy z rana. Do dworca autobusowego mamy z St. Monica’s bardzo blisko. Bez problemu znajdujemy odpowiedni autobus. Numer 116 z zawrotną prędkością wiezie nas na północ. Siedzenie pod niskim sufitem wypełnionej po brzegi (w dopuszczalnych przez wyznaczony limit granicach) dala-dali nie jest zbyt wygodne, ale podróż nie trwa bardzo długo. W ciągu około godziny jesteśmy na miejscu. Pomocnik kierowcy informuję nas, że ‘to tutaj’ i wysiadamy.

Stoimy w środku pustego pola. Po horyzont niskie zarośla przecięte tu i ówdzie małymi poletkami uprawnymi. To ma być nasz wakacyjny raj? Przed nami wije się wstęga gruntowej dróżki. Z braku innych możliwości wchodzimy na wyboistą ścieżkę i ruszamy prosto przed siebie. Po kilkunastu minutach marszu krajobraz wciąż jest taki sam: niskie krzaki, trawy, tylko gdzieniegdzie jakieś drzewa i pola, ale nagle, w samym środku pustkowia, natrafiamy na… szkołę podstawową. Dokoła nie widać żadnych innych zabudowań, ale szkoła jest! Do tego właśnie w momencie gdy przechodzimy obok niej, z budynku wybiega około setka ‘umundurowanych’ maluchów, dla których, oczywiście, stajemy się atrakcją tygodnia! ‘Mzungu! Mzungu!’ wołają i idą za nami, jakby pierwszy raz w życiu (albo od bardzo dawna) widziały białego człowieka. Ta reakcja i pustkowie rozciągające się także daleko za szkołą jeszcze bardziej podkopują naszą wiarę w to, że jesteśmy w pobliżu wakacyjnego kurortu.

Jednak już po kilku minutach dalszego marszu trafiamy na jakieś zabudowania. Nie są to co prawda hotele czy inne turystyczne przybytki, tylko zwykłe, afrykańskie, gliniane, kryte palmowymi liśćmi domki, ale cywilizacja jest, a w oddali widać morze. Błądzimy trochę po wiosce, ale w końcu trafiamy na drogę, przy której jest kilka sklepów, w tym z pamiątkami, jakieś restauracyjki po jednej stronie, a po drugiej wysoki mur, mający najwyraźniej oddzielać wioskę od czegoś, co jest za nim. Pewnie właśnie tego szukamy.

Idziemy wzdłuż muru. Miejscowi zapraszają nas do swoich sklepów i barów, oferują nocleg w skleconych przez siebie bandach (szałaso-chatkach z palmowych liści), widać, że biznes nastawiony na turystów kręci się na całego. W końcu dochodzimy do wysokiej, blaszanej bramy ośrodka ‘Kendwa Rocks’. Za metalowymi drzwiami dwóch ochroniarzy i inny świat. Recepcja, hotel, domki, pięknie przystrzyżone krzaczki i trawniczki, kolorowe chodniki, fontanna i schody prowadzące na plażę. Docieramy do widoku z zanzibarskiej pocztówki. Przed nami biały piasek, palmy, lazurowa woda, błękitne niebo, leżaki, hamaki, bary i restauracje, do których zaprasza przyjaźnie uśmiechnięta obsługa, hotel za hotelem, ośrodek za ośrodkiem…

W końcu docieramy do ‘Les Toits de Palmes’ w którym zarezerwowaliśmy miejsce. Pierwotnie miała to być banda, ale gdy zobaczyliśmy coś, co przypominało szałas, do którego wystarczy wsadzić rękę przez jedną z wielu dziur w ‘ścianach’, by ukraść wszystko co możliwe, i do którego komary w godzinach wieczornych mają ‘pełen dostęp’, postanawiamy zrezygnować z rezerwacji i wykupić dwie noce w niewiele droższym (25$ zamiast 20$ za noc) ale znacznie szczelniejszym i bezpieczniejszym domku z łazienką i dużym, wygodnym łóżkiem. Po ustaleniu wszystkich niezbędnych szczegółów z recepcjonistą zrzucamy z siebie plecaki i zaczynamy…

Wakacje nad morzem

Chyba wszystkie afrykańskie plaże nad Oceanem Indyjskim są tak samo urocze. Biały piasek, czysta, ciepła woda, spokój i cisza, ponadto towary i usługi jakich dusza zapragnie, szczególnie na superpopularnym wśród turystów z całego świata Zanzibarze. Pyszne jedzenie, napoje, alkohole, pamiątki, ubrania, masaże, nurkowanie, wycieczki, łódki do wynajęcia, dyskoteki, instruktorzy sportów wodnych i lądowych, siłownie, salony odnowy biologicznej, pokazy i występy lokalnych artystów, sportowców i innych specjalistów, łatwe dziewczyny, łatwe chłopaki, marihuana i inne narkotyki, kawiarenki internetowe… nie brakuje niczego, na pewno nikt nie będzie się nudzić.

Ale morze trzeba lubić. Bo wakacje nad wielką wodą mają w sobie to specyficzne ‘coś’, czym trzeba umieć się rozkoszować. Bezruch, lenistwo, wylegiwanie się na plaży, smażenie się w słońcu jak kawał mięsa na grillu (trzeba pamiętać żeby od czasu do czasu się obrócić), kąpiele w morskiej toni… tak, to wszystko ma swój urok i fajnie jest czasem pojechać nad morze, nad ocean i poleniuchować sobie na rozgrzanym piasku. I my też lubimy czuć gorący piasek pod pupą, zanurzyć się w przejrzystej wodzie, ale bez przesady. Kilka godzin wystarczy. Potem zaczynamy się nudzić. A w Kendwa planujemy zostać dwa dni. Co tu robić?

Oczywiście portfel wypchany dolarami ułatwiłby wybór rozrywek. Wszystko, co oferują okoliczni przewodnicy i organizatorzy wycieczek wiąże się ze sporymi wydatkami. Mówi się, że Tanzania to strasznie drogi kraj pod wzglądem turystycznym. Co prawda nie zjechaliśmy osobiście połowy świata i trudno nam porównać ją z innymi krajami, ale z relacji osób, które widziały więcej niż pół świata wiemy, że tak właśnie jest.

Ale nie ma co narzekać na brak kasy. Na nurkowaniu z butlą czy surfingu i tak totalnie się nie znamy, wypływać na wycieczki po okolicznych wyspach po czterech dniach chodzenia po Stone Town już nam się nie chce, wyprawa łódką tylko po to, by z morza zobaczyć zachód słońca nas nie podnieca, więc z butelką zimnych napojów w spoconych dłoniach zapadamy w wakacyjny letarg na leżakach skleconych z drewna i grubych sznurków, a od czasu do czasu wchodzimy do wody.

Ocean w okolicach Zanzibaru jest przecudny. Woda przejrzysta, przez pływackie okularki widzę czyste dno, dokoła pływają kolorowe ryby, meduzy (na te ostatnie lepiej uważać – raz przekonałem się o tym na własnej skórze), szczególnie wokół porośniętych morską roślinnością podwodnych głazów aż roi się od przeróżnych pływających stworzeń. Uważać też trzeba na długie kolce jeżowców. Spotkanie z nimi może być wyjątkowo bolesne. Ale mimo mniejszych i większych niebezpieczeństw (pływając od czasu do czasu myślę o głowie rekina widzianej podczas wycieczki na plantację przypraw) czających się pod morskimi falami, w wodzie u wybrzeży Zanzibaru trzeba zanurkować. Bo co to za wakacje nad oceanem bez pływania! A po dłuższej kąpieli i drzemce na leżaku żołądek zaczyna domagać się obiadu.

Ośmiornica w sosie kokosowym

‘Restauracyjka’ (kilka stolików pod daszkiem z palmowych liści) przy naszym hotelu oferuje zaledwie kilka dań, ale różni się tym od większych przybytków gastronomicznych przy większych i lepszych ośrodkach, że aby najeść się w niej we dwoje, nie trzeba wydać kilkudziesięciu tysięcy szylingów, tylko kilkanaście. Wybór dań nie jest wielki, ale wszystkie ‘klasyczne’ morskie, egzotyczne pozycje są dostępne. Ryby, kalmary, ośmiornice, w sosie curry, kokosowym, czasem grillowane. Wystarczy. Sos kokosowy brzmi pysznie a po kilku spotkaniach z ośmiornicą w restauracyjkach w Stone Town wiemy, że warto poświęcić jeszcze trochę uwagi właśnie tej pozycji w menu.

Zamawiamy danie. Obydwoje to samo. Czekamy… dość długo, ale przynajmniej daje to nadzieję, że kucharz przyrządza wszystko ‘od zera’, a nie odgrzewa półprodukty, lub, co gorsza, przygotowane kilka dni temu danie. Czas oczekiwania niepokojąco się wydłuża, upewniam się, że wszystko jest w porządku, ‘tak, tak, spokojnie’ zapewnia recepcjonista-kelner-barman (obsługa hotelu składa się tylko z niego i kucharza) i po chwili przynosi nasz obiad. Warto było czekać. Pyszny, gęsty, aromatyczny sos z pomidorów i kokosa, z mnóstwem przypraw, w nim pływają kawałki ośmiornicy, do tego świeży ryż ugotowany ‘po tanzańsku’, palce lizać! Wygłodzeni długim czasem oczekiwania szybko pałaszujemy rajskie danie i ruszamy na spacer po plaży i okolicy.

Ciekawi kulinarnych atrakcji serwowanych ‘we wsi’, poza hotelowym zagłębiem rozciągającym się wzdłuż plaży, wybieramy się na rekonesans do Kendwa. Niedaleko ośrodka ‘Kendwa Rocks’, tuż za metalową bramą oddzielającą turystyczne getto od ‘normalnych’ zabudowań, trafiamy na ‘the African Charming Local Restaurant’. Już z daleka widać, że restauracja jest dopiero budowana, ale kuchnia już działa, menu już jest, pod strzechą kilka stolików, oddzielonych od placu budowy parawanem ze szmat i starych obrazów, wokół rój much, ale… zamówić i zjeść, jak najbardziej, można. Wydrukowane w pełnym kolorze i zalaminowane menu nie wygląda jakby wczoraj przyniesiono je z punktu ksero, ale zapowiada się smacznie i bardzo tanio (3500 szylingów, około 7 zł za danie). Kelner, rastafarianin w wielkim berecie i ciuchach ubrudzonych cementem, przychodzi zebrać zamówienia. Agnieszka rezygnuje. Ja nie. Wybieram kalmary w sosie curry, tak dla odmiany. ‘Nie ma kalmarów.’ ‘A co jest?’ ‘Dzisiaj… – rastafarianin zagląda do swojego notesu i robi taką minę, jakby ilość dostępnych pozycji znacznie przekraczała możliwość ich zapamiętania – ośmiornica w sosie kokosowym.’ ‘Raz proszę.’

Ze znajdującej się za obskurnym parawanem kuchni (z pewnością garnki ustawione na paleniskach z kamieni lub betonowych cegieł) zaczynają dobiegać odgłosy krzątaniny. Szczęk łyżki mieszającej coś w garnku, talerzy, po chwili całkiem niezły zapach. W międzyczasie zza szmacianej ściany głos kobiety popędza naszego kelnera: ‘Jenga, rastafari, jenga!’ (‘buduj, rastamanie, buduj!’). Przez przerwy w parawanie widzimy jak mężczyzna biega z wiadrami cementu, po chwili przynosi moją ośmiornicę. Smakuje nieźle, ale zdaje się, że kokos się skończył, bo sos przypomina bardziej zupę pomidorową. Ale dobre i to. Przynajmniej nie smakowało tak samo jak w naszym hoteliku.

W ‘mieszkalnej’, niehotelowej części Kendwa jest jeszcze jedna restauracja. Sądząc po stanie przybytku, jest on tworem dość nowym. Prowadzi go sympatyczna para, podobnie jak w innych odwiedzonych przez nas lokalach wybór potraw nie jest zbyt duży, ale cała zanzibarska klasyka figuruje w menu: ryby, ośmiornica, do tego jakieś makarony, ponoć można zamówić ‘zwykłe’ spaghetti, Agnieszka, będąca fanką kuchni włoskiej, decyduje się na makaron z sosem pomidorowym, a ja… za rybami nie przepadam, na makaron nie mam ochoty. Zostaje mi więc ośmiornica. ‘Dla draki’ i porównania smaku z tym, z poprzednio odwiedzonych lokali, zamawiam wersję w sosie kokosowym. Nie jest zła, ale obiecuję sobie, że to już ostatni raz, gdy jem ośmiornicę w sosie kokosowym.

Pewnego wieczora w Kendwa postanowiliśmy zjeść kolację w ‘Les Toits de Palmes’. Nie chciało nam się nigdzie daleko szukać dobrego, taniego posiłku, więc zajrzeliśmy do hotelowego menu, wypisanego kredą na wielkiej, szkolnej, czarnej tablicy ustawionej na piasku. Ryby i ośmiornica. By uniknąć ‘powtórki z rozrywki’ po raz czwarty, zamawiam ośmiornicę z grilla. Czekam. Agnieszka najedzona od poprzedniego posiłku spokojnie popija sobie colę. Jedną, drugą… mija godzina i zastanawiamy się co dzieje się z moja ośmiornicą. Czy kucharz dopiero poszedł ją złowić, czy zasnął nad grillem… upewniam się czy wszystko OK. Recepcjonista-kelner-barman zapewnia, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że już niedługo ośmiornica będzie gotowa. Mija jeszcze jakieś pół godziny i na stoliku ląduje… ośmiornica w sosie kokosowym. ‘Zamawiałem ośmiornicę z grilla.’ ‘Naprawdę?’ Obsługujący hotel mężczyzna pobiegł do kuchni i wrócił po chwili. ‘Przepraszam, kucharz mnie nie zrozumiał i przygotował coś innego… on tak czasem ma.’ ‘Ok – mówię – niech będzie.’ Nie chcę sprawiać problemów i czekać kolejnych dwóch godzin na ośmiornicę w czymś innym niż sos kokosowy, bo robi się już późno, a wieczorem…

Dodaj komentarz