Wszystkie smaki świata (Kuba)

Ze smacznego snu w wygodnych łóżkach w małym, schludnym pokoiku st. Monica’s wyrywa nas głośne… miauczenie. Tak. Jesteśmy wielkimi miłośnikami kotów i przedstawiciele tego niezwykłego gatunku zdają się to wyczuwać i próbują wykorzystać gdy tylko nadarzy się okazja. Co więcej, rozumiemy trochę koci język i dobrze wiemy po co hałasujący za drzwiami zwierzak przyszedł. Ale może to nie do nas? Może gdzieś tu mieszka jego właściciel? Gdy otwieramy drzwi widzimy ogromnego, kosmatego kocura leżącego na schodach prowadzących na zamknięty strych. ‘Jeść! Jeść!’ oznajmia miaucząc na całe schronisko i patrzy nam głęboko w oczy. Niestety, nie mamy niczego, czym moglibyśmy podzielić się z głodnym futrzakiem. Po kilku kolejnych roszczeniowych miauknięciach kocur zdaje się rozumieć, że nic nie osiągnie. Zeskakuje ze schodów i idzie w swoją stronę.

Ale nie tylko zanzibarskim kotom kiszki grają marsza o poranku. Kosmaty gość obudził nas w porę na śniadanie. Wliczone w cenę noclegu, serwowane tylko do 9, nie jest zbyt obfite ale wystarczy by zaspokoić pierwszy, poranny głód. Bierzemy szybki prysznic i zbiegamy do jadalni. Kucharka powolutku przyrządza nasze omlety, kelnerka układa na talerzykach kawałki chleba…

Na szczęście wiemy już dokąd się udać by wypełnić rosnącą z każdym krokiem pustkę w żołądku. Oczywiście znaleźć ‘coś do jedzenia’ w Stone Town to nie sztuka. Restauracji jest tu mnóstwo i zjeść można wszystko, czego dusza zapragnie. Dania kuchni europejskiej, chińskiej, indyjskiej i innych mniej lub bardziej egzotycznych. Ceny… różne. Szczególnie w bardziej popularnych wśród turystów zakątkach posiłek może kosztować sporo i kilkadziesiąt złotych na osobę może nie wystarczyć by zjeść porządny obiad.

Ale prawdziwym, tradycyjnym jedzeniem zanzibarskim można najeść się za dosłownie kilka złotych w jednej z wielu małych knajpek, prowadzonych przez miejscowych, dla miejscowych. W takich lokalach jest niedrogo i ciekawie. W Zanzibar Cuisine nieopodal st. Monica’s 6000 szylingów (około 13 złotych) płacimy za obiad i napoje dla dwóch osób. A wybór jest niemały. Ośmiornice, kalmary, kurczak i inne mięsa, warzywa, podawane z ryżem, makaronem, chapati lub chlebem naan (okrągły, mączny placek grubości około 1 cm), wszystkie w przepysznych sosach z różnych mieszanek curry i innych przypraw. Owoce morza i mięso podawane w głębokich talerzach pływające w aromatycznej zupie, smakują wybornie z ryżem, ale żaden z oferowanych dodatków nie przebija świeżego chlebka naan, zanurzonego w gorącym, pełnym przypraw sosie. Do tego smak ośmiornicy lub innej morskiej pyszności, która została zakupiona w porcie prosto z małego, rybackiego kutra i w drodze do garnka z pewnością nie widziała nawet lodówki. Zapach i smak świeżych owoców morza i przypraw to oczywiście wizytówka wyspy. Choć małe knajpki wyglądają jak bary mleczne i oferują zaledwie kilka dań, to menu wielu z nich zmienia się codziennie, dlatego będąc na wyspie warto upatrzeć sobie takie miejsce i odwiedzić je kilka razy by poznać prawdziwy smak Zanzibaru.

Wieczorem, po całym dniu wędrówek po kamiennym mieście, głód atakuje ponownie. Mój żołądek ma dość irytujący zwyczaj powiadamiania o ‘brakach w zaopatrzeniu’ w późnych godzinach wieczornych. Tak też dzieje się pewnej nocy w St. Monica’s. Siedzę na balkonie, popijam colę, a tu nagle zostaje nadany ‘sygnał z wnętrza’. ‘Jeść! Jeść!’ Schodzę na dół do restauracji. Ciemno, naciskam klamkę ciężkich, drewnianych drzwi, zamknięte na cztery spusty. Wracam na taras, zastanawiam się co zrobić. Pracownicy wszystkich okolicznych jadłodajni już kilka godzin temu przekręcili klucze w zamkach swoich lokali i nie ma szans bym o tak późnej godzinie, w pobliżu, znalazł otwartą knajpkę. Do restauracyjnego zagłębia dla turystów przy Kenyatta Road jest zbyt daleko by wybierać się tam o tej porze. Jednak po drugiej stronie ulicy zaczyna dziać się coś ciekawego. Ktoś rozpala węgle na prowizorycznym grillu i pod dużym wokiem, w którym po chwili zaczyna wrzeć olej na frytki. W poświacie rzucanej przez rozżarzone węgle widzę jak dwóch mężczyzn obsługujących stoisko nabija na patyki kawałki mięsa, po chwili frytki lądują w głębokiej patelni, dookoła robi się tłoczno, na ławeczce obok palenisk grupa dziewcząt w długich czarnych szatach z włosami zakrytymi chustami w różnych kolorach przysiada i czeka na zamówiony posiłek, spieszący do domów ludzie przystają i zamawiają kolację. Mshikaki. Małe wołowe szaszłyczki, podawane z frytkami lub smażonymi bananami to typowe, tanzańskie uliczne jedzenie. Lokalny Fast food. Jak budka z hot-dogami w Polsce – tak w Tanzanii mały, prostokątny grill i głęboka, półokrągła patelnia, wyglądająca dokładnie tak samo jak chiński wok, stoją prawie na każdym rogu w bardziej ruchliwych punktach każdego miasta. Oczywiście moje zaufanie do wynalazków tego typu jest ograniczone, ale są takie chwile gdy…

Schodzimy na dół. Produkcja szaszłyków idzie pełną parą, dokoła sporo wygłodniałych klientów. Pracę dwóch ‘kucharzy’ nadzoruje Hindus, który prezentuje menu; mshikaki i fryki. Pyta co podać. ‘Hmm… może… mshikaki i frytki!’ Kupujemy sporą porcję frytek i osiem szaszłyków na wynos. ‘Szef kuchni’ pakuje je w folię aluminiową i szary papier. Za sporej wielkości, sycące danie dla dwojga płacimy jakąś śmieszną kwotę. Chyba 2000 szylingów (ok. 4 złote). Zabieramy jedzenie do hostelu i zjadamy na wypoczynkowym tarasie. Jeszcze tylko prewencyjna szklaneczka Grantsa i spać. Bo następnego dnia rano…

Spice tour

Są takie rzeczy, które o Zanzibarze trzeba wiedzieć, są takie rzeczy, które na Zanzibarze trzeba zrobić, zobaczyć. W pseudonimie ‘wyspa przypraw’ kryje się cała tajemnica tego co ‘trzeba’. Ten niewielki kawałek lądu u wybrzeży Tanzanii jest domem smaków i zapachów, które można znaleźć we wszystkich kuchniach świata. Zanzibar słynie z uprawy i eksportu przypraw. Jeszcze do niedawna 90% światowej produkcji goździków pochodziło z wyspy. Prócz nich do dzisiaj uprawia się tam pieprz, wanilię, cynamon, gałkę muszkatołową, imbir, szafran, kardamon, curry, kurkumę i inne mniej lub bardziej popularne przyprawy lub składniki mieszanek dostępnych na całym świecie.

Smakowita sława wyspy sprawia, że obowiązkowym punktem w planie każdego zanzibarskiego urlopu jest tzw. spice tour, czyli nic innego jak wycieczka na jedną z wielu plantacji przypraw. Jako, że kilka dni wcześniej wcieliliśmy się w wypoczywających na Zanzibarze ciekawskich turystów, nie możemy przepuścić okazji ‘zaliczenia’ obowiązkowej wycieczki.

Udajemy się więc znów do hostelu Haven, którego właściciel, za rozsądną opłatą, zaproponował nam zorganizowanie takiej właśnie wycieczki. Następnego dnia rano, pod St. Monica’s czeka przewodnik. Zabiera nas do minibusu, który chwilę krąży po mieście i zbiera niezbyt liczną grupę uczestników kilkugodzinnej wyprawy. Wraz z nami oglądać i obwąchiwać plantację będą: wesołe małżeństwo emerytowanych Holendrów, mieszkających na jednej z wysepek archipelagu Antyli Holenderskich, zdołowana, młoda para Australijczyków, przybita nudnym i stresującym życiem zawodowym, o którym nie chce w ogóle rozmawiać (wpływa ono jednak bardzo negatywnie na wyraz ich twarzy, wyglądają, jakby na Zanzibar pojechali ‘za karę’) oraz grupka młodych Azjatek, dwie dziewczyny z Chin i jedna z Japonii, których kulturowo odmienne i znacznie częstsze od naszych ‘jęki zadziwienia’ (głośne i przeciągłe ‘ooooo’ i ‘aaaaa’ o intonacji wznoszącej) uczynią naszą wycieczkę jeszcze bardziej egzotyczną.

Autobus powoli wyjeżdża ze Stone Town. Przewodnik pokrótce omawia rozkład dnia. Najpierw plantacja, potem obiad, później jaskinia, w której przetrzymywano niewolników, potem plaża… nie słucham zbyt uważnie, bo tuż po opuszczeniu Stone Town robi się… ciekawie. Otóż po przejechaniu skrzyżowania oddzielającego historyczną część miasta od reszty tzw. Zanzibar City, wjeżdżamy na szeroką, czteropasmową ulicę, pośrodku przeciętą pasem zieleni, a po obydwu stronach drogi ciągnie się długie, nieprzerwane pasmo kilkupiętrowych… bloków mieszkalnych. Szare, brudne, smutne, zbudowane z betonowych płyt, takie, jak stoją w każdym polskim mieście, wybudowane w latach 70 – 80. Te zanzibarskie różnią się od ‘naszych’ tym, że od czasu gdy powstały, nie widziały pędzla i farby. To Michenzani Plattenbau. Wzniesione w latach 70 przez współpracujące z Zanzibarem Niemcy Wschodnie. Widok egzotycznie koszmarny. Szczególnie tutaj, na cudownej wyspie przypraw, tuż po wyjechaniu z przepięknego Stone Town.

Mijamy socjalistyczne horrory budowlane i robi się coraz znośniej. Zanzibar City (stolica wyspy) przez szyby minibusu wygląda ładnie. Nowoczesne budynki banków i instytucji życia publicznego, meczety, jeden z nich zbudowany na słupach unoszących go nad niewielkim zbiornikiem wodnym, jakby jeziorkiem w środku miasta. Wszędzie sklepy, szerokie asfaltowe ulice, ruch umiarkowany, brak wiecznych korków, typowych dla Dar. Zanzibar City to w porównaniu z metropolią malutka wioska, a trochę ponad milion mieszkańców wyspy to zaledwie ułamek wielomilionowej populacji największego miasta Tanzanii.

Powoli opuszczamy stolicę, mijamy ostatnie zabudowania. Po obydwu stronach drogi króluje soczysta zieleń. Wielopiętrowy tropikalny las jest tak gęsty, że w niektórych miejscach nie widać nic poza ścianą roślinności. Wysoko nad nami kokosowe palmy. Kilka metrów nad ziemią wielkie liście bananowców. Każde wolne miejsce między liśćmi niższych i wyższych palm jest wypełnione koronami różnych drzew. Przy samej ziemi gęste trawy, nad nimi krzewy… tylko gdzieniegdzie z tropikalnego lasu wyłania się gliniana chatka, czasem przy drodze widać stację benzynową, poza tym zieleń. Dzika, żywa, chaotyczna, wszechobecna, piękna.

Po dość długiej przejażdżce w głąb wyspy skręcamy w boczną, gruntową drogę. Zatrzymujemy się na poboczu i przewodnik wyprowadza nas w las. Zaczynamy właściwą i najważniejszą część wycieczki. Zbliżamy się do plantacji przypraw. Oczywiście na żyznych glebach Zanzibaru rośnie też wiele innych ‘pożytecznych’ drzew. Przewodnik pokazuje czerwony mahoń (idące z tyłu grupy Azjatki głośno wyrażają zadziwienie i zachwyt: ‘ooooo’), tłumaczy jak rosną banany i co należy robić z kiścią, gdy jeszcze jest na drzewie, by palma dobrze owocowała (zza naszych pleców dobiega pełne zachwytu ‘aaaaaa’ – tak będzie przy każdej omawianej roślinie). Idziemy w głąb tropikalnego lasu. Wchodzimy na wąziutką ścieżynkę biegnącą między drzewami. Wszędzie zielono, na każdym kroku wyrastają z ziemi jakieś liście, trawy, mniejsze i większe krzaki, wysoko nad nami szumią postrzępione liście palm kokosowych, pod nimi inne drzewa, pnie są gęsto oplecione jeszcze innymi roślinami… Przewodnik tłumaczy; ‘Pnąca się wysoko nad ziemią roślina po prawej to pieprz. Kolor ziaren zależy od tego jak bardzo są dojrzałe…’. Oglądamy, przewodnik zrywa małą kiść pieprzu, pozwala przyjrzeć się z bliska, powąchać. Przedzieramy się przez gęste zarośla, schyleni pod koroną niskich drzew… przewodnik zrywa kilkudziesięciocentymetrowe źdźbło trawy. ‘Co to jest?’ rozciera liście, pozwala powąchać. Zagadki są nieodłącznym elementem każdej wycieczki na plantację przypraw. To trawa cytrynowa. ‘A tam, dalej – wskazuje rosnące w podmokłej dolince poletko innych traw – rośnie ryż. A to tutaj, zgadnijcie co to?’ Scyzorykiem zeskrobuje z drzewa kawałek kory. Cynamon! Krętą ścieżką idziemy w głąb lasu. Zaczyna padać. Chowamy się pod słomianą strzechą małej glinianej chatki, która ni stąd ni zowąd nagle wyłania się spomiędzy krzaków. Stoimy całą grupą pod daszkiem mając nadzieję, że deszcz szybko minie. Podczas pobytu na Zanzibarze mamy wyjątkowe szczęście do pogody. Mimo pory deszczowej przez pięć z sześciu dni spędzonych na wyspie, świeci słońce. Deszcz który dopadł nas na plantacji przypraw mija, wiatr szybko rozgania chmury i już po chwili ruszamy w dalszą drogę. Zanurzamy się w głąb zielonej gęstwiny. Po prawej najostrzejsza papryka Afryki Wschodniej. Stosuje się ją nie tylko w kuchni. Sproszkowane owoce rozpyla się też na polach uprawnych jako środek owadobójczy i grzybobójczy. Po lewej z gałęzi drzewa zwieszają się laski wanilii, które na Zanzibarze zapyla się ręcznie ze względu na brak odpowiedniego gatunku owadów, kilka kroków dalej z ziemi wyrasta ananas. ‘Tak rosną ananasy?!’ ‘Oooo… aaaaa…’ – jęk zadziwienia dobywający się z gardeł Azjatek jest jeszcze donośniejszy niż pryz poprzednich roślinach.

Im dalej w las, tym więcej… przypraw! Kręta ścieżka prowadzi nas do zagajnika pełnego niższych drzew i zarośli. Tutaj rosną tandoori. Drzewa, z którego owoców uzyskuje się czerwony barwnik, używany się do produkcji tandoori masala i innych czerwonych mieszanek. Kilka kroków dalej niewysokie drzewko o bardzo niepozornym wyglądzie. To curry. Jego liście to jeden ze składników przyprawy o tej samej nazwie. Dalej pnie się krzew kawy. Kilka kroków dalej z ziemi wyrastają podłużne, szerokie liście. To kardamon, stanowiący bardzo dobry dodatek do gorących napojów. Tuż obok niepozorne, niskie ‘trzcinki’, z których symetrycznie wyrastają podłużne liście. Korzeń tej rośliny to imbir. Przewodnik opowiada o jego właściwościach leczniczych. Dodany do herbaty zapobiega wymiotom, pomaga cierpiącym na chorobę lokomocyjną, ma szerokie zastosowanie w medycynie tradycyjnej. Obok niego, tuż nad ziemią, rośnie biały kwiat, otoczony sporymi liśćmi na kilkunastocentymetrowych łodygach. Przewodnik wykopuje z ziemi korzeń, przekrawa go i pyta: ‘a to? Co to takiego?’ żółta barwa miąższu zdradza odpowiedź. To kurkuma! Dalej niewysokie drzewo pod którym leżą podobne do małych jabłek owoce. Przewodnik zrywa z drzewa jeden z nich. Przekrawa go i prezentuje wnętrze. Duża pestka wygląda jakby owinięto ją jaskrawoczerwoną włóczką. Ale skądś znam ten kształt… To gałka muszkatołowa! Przewodnik opowiada o znanych od tysiącleci właściwościach odurzających tej przyprawy. Tanzańskie kobiety od dawien dawna w dzień swojego wesela przyrządzają z niej specjalną potrawę i narkotyczny szał nadaje im śmiałości podczas całonocnej zabawy i nocy poślubnej.

Jak to zwykle bywa podczas wycieczek takich jak ta, oszołomieni pikantnymi, pachnącymi nowinkami zostajemy doprowadzeni do niewielkiego stoiska z przyprawami i mieszankami przypraw. Szybkie zakupy i w drogę. Kolejny punkt programu to wizyta w sułtańskich łaźniach. Kryjący w sobie kilka pomieszczeń podłużny budynek wygląda bardziej jak zapomniany bunkier ale to właśnie tutaj sułtan z dynastii Al Busaid podczas wizyt na swoich plantacjach zatrzymywał się niegdyś by odpocząć i odświeżyć się w drodze powrotnej do swojej siedziby w stolicy wyspy. Po krótkim postoju ruszamy w dalszą drogę. Następny przystanek: obiad!

Po krótkiej przejażdżce asfaltowa drogą zatrzymujemy się w pobliżu kilku parterowych, murowanych budynków. Nie wyglądają najlepiej ale są zamieszkałe. W wysokiej trawie, między kurami i kozami baraszkują półnagie dzieci, na schodach jednego z domów siedzą dwie kobiety i w aluminiowych garnkach poustawianych na prowizorycznych paleniskach z kilku kamieni gotują nasz obiad. Aromatyczny, bezmięsny ryż pilau, który smakuje jakby wrzucono do niego całą spice tour. Do tego przepyszny szpinak z domieszką mleka kokosowego. Przewodnik zaprasza nas do jednego z budynków, przed wejściem każe zdjąć buty. Siadamy na rozłożonych na podłodze matach i czekamy. Po chwili kobiety przynoszą jedzenie.

Ruszamy dalej. Znów zjeżdżamy z dziurawego asfaltu i minibus zanurza się w gęstej zieleni. Wąska gruntowa droga prowadzi nas w stronę wybrzeża. Gdy docieramy na miejsce i wysiadamy z pojazdu widzimy morze. Przewodnik prowadzi nas w stronę małego, pustego budynku, w którym siedzi kilku mężczyzn. Jeden z nich, za dodatkową opłatą 1000 szylingów, sprowadza nas w dół jaskini, w której niegdyś przetrzymywano niewolników. Piekielne wnętrze groty jest zupełnie ciemne. Widzimy tylko niewielki fragment ciągnących się na kilka kilometrów w głąb lądu tuneli. Śliskie i ostre skały wyglądają przerażająco. Aż strach pomyśleć, co musieli czuć więzieni tutaj ludzie. Nie wszyscy uczestnicy wycieczki decydują się na zejście w dół stromych schodów do przypominającej przedsionek piekieł groty.

Ten, który sprowadził nas na dół łamaną angielszczyzną opowiada historię miejsca. ‘Sułtan odkrył grotę gdy pewnego dnia wpadła do niej koza. Wiecie? Koza. Meee, meee!’ Ponurzy Australijczycy wreszcie mają powód do uśmiechu. Z trudem powstrzymują chichotanie gdy przewodnik dalej snuje swoją opowieść. ‘Bo kiedyś pasły się tu kozy i krowy. No wiecie. Krowy. Muuu, muuu!’ Kilka razy upewnił się czy wszyscy aby na pewno zrozumieli, o co mu chodzi, dał chwilę na zrobienie zdjęć i wyprowadził wycieczkę na powierzchnię.

Dziękujemy przewodnikowi za pouczający wykład i ruszamy na plażę. Znów wąska, gruntowa droga, gęsta zieleń, po chwili znów wysiadamy z minibusu i schodzimy w dół wąskich drewnianych schodów. ‘Szybko, szybko! Uważajcie na mrówki Safari!’ faktycznie. Gdy zatrzymuję się dosłownie na sekundę kilka złośliwców wchodzi na mnie i zaczyna boleśnie gryźć. Zdejmuję je z siebie i idę w stronę szumiącej wody.

Mała plaża, ograniczona z jednej strony wielkimi głazami a z drugiej gęstym lasem, jest przystanią kilkunastu łodzi i malutkich łódeczek, jakby kajaków wyrzeźbionych z pojedynczych pni, z pomagającymi utrzymać się na wodzie kawałkami drewna przymocowanymi do wąskiego kadłuba przy pomocy sznurka i długich kijów. W morzu brodzi mężczyzna wnoszący do wody wielkie kosze-pułapki na ryby. Metody połowu jak również konstrukcja używanych przez rybaków łódek nie zmieniły się tu chyba znacznie w ciągu ostatnich kilku tysięcy lat. Przechadzamy się po usłanej drobnymi kamieniami i kawałkami koralowców plaży. Podłoże tutaj ani trochę nie przypomina typowego ‘pocztówkowego’ białego, zanzibarskiego piasku. Kaleczy stopy, nie ma mowy o spacerze na boso ani o kąpieli. Podchodzimy do rybackich łodzi, by przyjrzeć się im z bliska. ‘Spójrzcie tam’ Przewodnik pokazuje szare ‘coś’ leżące między łódkami. Podchodzimy bliżej. Na piasku leży głowa rekina.

Dodaj komentarz