Stone Town

Następnego dnia rano wymeldowujemy się z Haven. Nasza nagła zmiana planów nie robi żadnego wrażenia na właścicielu. Zupełnie jakby z biegiem czasu zdążył już przywyknąć do tego, że mało kto spędza w hostelu więcej niż jedną noc. Podczas śniadania zauważamy, że w ogóle mało kto przekracza próg tego miejsca. Przestrzeń niewielkiej jadalni dzieli z nami tylko jeden gość, o minie nie mniej ponurej niż zaułek, w którym przyszło nam nocować. Zastanawiamy się jakie ciemne interesy przyjechał załatwić na wyspie, pospiesznie jemy śniadanie i wychodzimy.

Do st. Monica’s nie spieszy nam się już tak bardzo. Przez telefon zarezerwowaliśmy pokój, więc nie ma powodu by ścigać się z czasem. Szczególnie, że atmosfera kamiennego miasta nie sprzyja pośpiechowi, a wręcz przeciwnie, zachęca by zwolnić, zatrzymać się, tak jak czas, który kilkaset lat temu przestał gnać do przodu i jakby przysiadł na stopniu prowadzącym do jednych z setek zdobionych drzwi.

Choć miasteczko (a właściwie stojące po dziś dzień murowane kamieniczki) zbudowano w pierwszej połowie XIX wieku, to odnosi się wrażenie, że czas zatrzymał się tu dużo wcześniej. Ulice są bardzo wąskie. Wznoszące się nad nimi dwu-trzypiętrowe budynki nigdy nie widziały samochodu. Przestrzenie między kamienicami są zbyt małe, by przejechał nimi jakikolwiek dwuślad. Niewiele domów pamięta ostatni remont. Tynk na większości elewacji jest poczerniały i odpada wielkimi płatami. Prywatności mieszkańców strzegą drewniane okiennice. Z drewna wykonano też misternie zdobione balkony, przylegające do niektórych budynków. W sklepach na parterach toczy się prawdziwe handlowe życie Zanzibaru. Nie to anglojęzyczne, nastawione na bogatych turystów z Europy i Ameryki. Tutaj, w głębi Stone Town, nie znające ani jednego angielskiego słowa kobiety, ubrane w długie, czarne szaty, z włosami szczelnie przykrytymi kolorowymi kangami lub czarnymi chustami, siedzą na podłogach swoich małych sklepików gotowe ‚dogadać się’ co do ceny i ilości sprzedanych towarów… To tutaj usłyszymy ‚karibu sana’ zamiast ‚welcome’ i tutaj Agnieszka rozwinie językowe skrzydła wdając się ze sprzedawczyniami w rozmowy o życiu i o cenach. O mężu i o kolorach. O dzieciach i o tym ile czego chciałaby kupić. O tym skąd jest i co robi… Język suahili jest kluczem do zdobionych drzwi kultury Zanzibaru i całej Afryki Wschodniej. Drzwi, których nie da się sforsować, ba, nie sposób ich nawet znaleźć w drogich, ‚dolarowych’ sklepach przy Kenyatta Road. Tutaj, w głębi Stone Town, na widok białasa ceny szybują pod niebo, ale na dźwięk suahili opadają do rozsądnych pułapów i podlegają dalszym negocjacjom, wraz z tym, jak rozwija się beztroska, codzienna rozmowa. Rozmowa w suahili. Języku, którego kolebką jest Zanzibar.

Wąskie, brukowane ulice, stare kamienice, zdobione drewniane drzwi… To tylko osnowa magicznej aury Zanzibaru i Stone Town. Aury, którą burzą jedynie skutery, szybko prujące ulicami miasteczka. Bo kamień i to, co w nim zaklęte, to jedno. Mieszkańcy i ich styl życia, przez wieki nie podlegający wpływom i zmianom, tworzą atmosferę wyspy i są ostoją jej tradycyjnego, muzułmańskiego charakteru. Mężczyźni, w długich, białych togach spieszący do meczetów, wieczorami pijący w zaułkach kawę z małych, porcelanowych filiżanek, roznoszoną od zawsze przez sprzedawców magicznego napoju, kobiety, z włosami skromnie przykrytymi kolorowym materiałem, dzieci, radośnie baraszkujące na wąskich ulicach. Kopią piłkę, bawią się w ‚policjantów i złodziei’, biegają i krzyczą, jak wszystkie maluchy na wszystkich podwórkach świata. Drą się w niebogłosy tak długo, aż nie zrobi się zupełnie ciemno i matki nie zawołają ich do domu.

Ale obok ludzi żyjących w niszczejących kamienicach jest jeszcze ‚ktoś’. Strażnicy magii, od zawsze podejrzewane o konszachty z czarownicami, spokojne i dumne koty. Na Zanzibarze, w Stone Town jest ich mnóstwo. Pilnują drewnianych drzwi, portali do innych światów, rozkładają się na wąskich schodach, wielkie, tłuste, kosmate koty. Ich ‚wyspowa’ odmiana zadziwia. Nie tylko wyglądem i rozmiarem. Włochate kociska zdają się być ogromne. Wydają się też kompletnie obojętne na obecność ludzi. Jak domowe kanapowce. Dają się podejść na kilkanaście centymetrów. Czy są oswojone, czy na wąskich ulicach Stone Town przyzwyczaiły się do obecności ludzi, żyjących w świecie magii i czarownic, bojących się dotknąć, nie mówiąc o skrzywdzeniu, kota… Nie wiem. W każdym razie istotnym elementem atmosfery Stone Town są wielkie, włochate koty, śpiące na ulicach, przeciągające się na schodach, rozleniwione, wypasione kociska, spokojne, dostojne, będące nieodłącznym elementem magicznej aury miasta.

Jak poznać Stone Town, jego tajemnice, ciekawe i ciemne zaułki, historię i atmosferę? Jak w każdym popularnym wśród turystów zakątku świata możliwości jest mnóstwo. Piesze wycieczki organizowane przez biura podróży i ulicznych pijaczków, którzy za jedyne 20.000 szylingów (niepodlegająca negocjacjom cena podawana przez wszystkich, mniej i bardziej profesjonalnych przewodników) oprowadzą po mieście, pokażą i opowiedzą o wszystkim co ciekawe, papierowe przewodniki, które można kupić lub zdobyć za darmo na Zanzibarze i w Dar, Internet i Google, bez pobierania dodatkowych opłat powiedzą, co warto zobaczyć lub objaśnią, co się zobaczyło, jeśli ciekawostek szukamy po wyprawie. Źródeł turystycznej pomocy jest wiele i natknąć się na nie nietrudno na każdym kroku. Ale nie warto płacić zbyt wiele za pomoc przewodnika. Dobry przewodnik książkowy może i warto kupić przed przybyciem na Zanzibar, ale i bez niego można się obejść. W niewielkim Stone Town nie sposób stracić orientację. A nic nie daje większej przyjemności niż wędrówka bez celu przez labirynt wąskich, nienazwanych uliczek, tu warto się zgubić. Bo w małym miasteczku prędzej czy później dochodzi się do punktu, z którego zaczęło się wyprawę, a po drodze odkrywa się wszystko to, co trzeba w Stone Town zobaczyć. Kulturową i religijną różnorodność. Meczety graniczące z kościołami, między nimi hinduistyczna świątynia, kolorowe, święte miejsce nie z tego świata, a na pewno nie z tego zakątku świata. Na szczycącym się swoją religijną tolerancją Zanzibarze można znaleźć domy różnych bóstw i bogów, choć dominującą religią jest Islam, wyznawany przez ponad 90% ludności wyspy.

Każda ulica to też mniej lub bardziej ‚zakupowy’ zakątek. W końcu nie samą duchowością żyje człowiek. Tu ubrania, tam drewniane pamiątki, gdzie indziej przyprawy i mydła wytwarzane z dostępnych na wyspie produktów. A tu i ówdzie… nic! Żadnych sklepów, tylko dzieci, witające obcych z typową afrykańską spontanicznością i otwartością, o którą trudno w Europie i kobiety, skromnie przemykające w cieniu domów, z zakrytymi włosami lub twarzami przykrytymi przez czarne ‚maski’ bui-bui. Kryjące się przed wzrokiem obcych i Allacha w ciemnych zaułkach, czasem jednak pozwalające się sfotografować, szczególnie gdy mężczyźni są daleko i wokół nie ma świadków ekshibicjonistycznego aktu pozowania do zdjęcia zagranicznemu turyście. To niesamowite jak w tłumie lub otoczone choćby niewielką grupą ‚swoich’ muzułmanki unikają wzroku i obiektywów aparatów obcych i zachowują świętą skromność, a gdy spotyka się je samotne lub w małych grupach, szczególnie te młodsze, pozwalają sobie robić zdjęcia i same z siebie krzyczą ‚karibu’, gdy widzą białego z aparatem. Zapraszają do uwiecznienia ich na kliszy. Ale należy pamiętać, że robienie zdjęcia muzułmance bez jej zgody może skończyć się nieprzyjemnie…

Tylko włócząc się spokojnie, bez celu, ulicami Stone Town można odkryć cały jego urok. Warto przejść przez ten labirynt kilka razy i upewnić się, że widziało się wszystko. Nie potrzeba na to więcej niż trzy dni, a obraz wąskich, brukowanych ulic muzułmańskiego miasteczka z pewnością pozostanie w pamięci do końca życia.

Dodaj komentarz