Zanzibar – pierwsze starcie

Mówią, że Zanzibar to ‚wakacyjny raj’, ‚najpiękniejsze miejsce świata’, Stone Town znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kuturowego UNESCO… Kojarzące się z wyspą hasła, sprawiają, że w podświadomości każdego, kto mniej więcej orientuje się gdzie leży Afryka, tkwi obraz białego piasku, lazurowej wody z pocztówek, archetyp raju na ziemi. Wyspa przypraw nie potrzebuje dodatkowych sloganów reklamowych. Co roku miliony turystów przybywają na pokładach promów i samolotów by z bliska przyjrzeć się cudom przyrody oraz architektury Zanzibaru.

Mieszkając w Dar es Salaam, oddalonym zaledwie czterdzieści kilometrów od wyspy, nie możemy przepuścić okazji, która prawdopodobnie już się nie powtórzy. W trakcie ostatnich wakacji szkolnych jakie pozostały nam przed wyjechaniem z Dar, z mieszkających wśród prostych ludzi misjonarzy-wolontariuszy-nauczycieli, zjadaczy zwyczajnego tanzańskiego chleba (a raczej ugali) na okres niecałego tygodnia przemieniamy się w obwieszonych plecakami i torbami turystów, uzbrojonych w aparat. Ruszamy do Królestwa Przypraw, by obfotografować co się da i odpocząć od miejskiego zgiełku na białych piaskach zanzibarskich plaż.

W drogę

Na wyspę wybieramy się promem. Misjonarska wiza i tzw. ‚resident’s permit’ sprawiają, że za bilet płacimy jak zwykli Tanzańczycy, czyli kilka razy mniej niż zagraniczny turyści. W związku z tym pozwalamy sobie na rejs najdroższym i najszybszym promem. Ale czy dopłyniemy? Czy wyruszymy? To wcale nie jest takie oczywiste! Otóż linie Azam, z których usług postanowiliśmy skorzystać (firma produkuje też lody, soki i wodę mineralną) zastrzegają sobie prawo odwołania rejsu w przypadku ‚war or threat of war, roils, civil commotion, act of god, terrorist activity, natural or nuclear disaster […] or many other event outside the Company control’ (pisownia jak na bilecie). Dobrze, że nie wspomnieli o drzemce kapitana lub innych członków załogi, a ten powód nie jest tak niewiarygodny jak mogłoby się wydawać, ponieważ na przykład w Morogoro istnieje restauracja, przy całkiem wysokiej klasy hotelu, gdzie niektórych dań o pewnych porach dnia nie można zamówić, ponieważ kucharz śpi, o czym, po pół godzinie oczekiwania, kelner informuje bez choćby najmniejszych oznak zażenowania, następnie jeszcze raz zbiera zamówienia. O ile goście nie wychodzą.

Jednak bomba atomowa nie wybuchła, terroryści nie zaatakowali, kapitan nie zaspał, Godzilla nie wyłoniła się spod morskich fal, Bóg nie zstąpił z nieba i nie powiedział ‚Sorry, nie możecie popłynąć’, więc wyruszamy, w miarę punktualnie, około siódmej rano. Wodolot pruje morskie fale, rzuca nami na wszystkie strony, choroba morska daje się Agnieszce we znaki, ale męczarnia nie trwa długo, już przed dziewiątą jesteśmy na miejscu. Inne promy płyną nawet kilka godzin.

Po opuszczeniu pokładu odprawa. Jakieś papiery do wypełnienia, pytania… Znów resident’s permit okazuje się pomocny, otwieramy paszporty na odpowiedniej stronie i już jesteśmy po drugiej stronie bramki.

Good morning Zanzibar!

Do Tanzańskich naganiaczy trzeba mieć sporo cierpliwości. Szczególnie w miejscach bardziej popularnych wśród turystów jest ich mnóstwo. Gdy tylko przekraczamy bramę portu obskakują nas ze wszystkich stron i proponują: taksówki, hotele, wycieczki, okulary przeciwsłoneczne, wskazanie drogi do popularnych miejsc, pomoc w noszeniu bagaży, płyty cd i dvd… Odmowy we wszystkich językach jakie znamy nie odnoszą skutku, agresywne szczeknięcie sprawia, że najwyżej kilku odsuwa się na bok i rezygnuje, ale reszta nadal na nas napiera. Są ich dziesiątki. Czy w tym tłumie także czają się kieszonkowcy? Podobno Zanzibarczycy to w przeważającej większości bardzo uczciwi i pokojowi Muzułmanie, ale problem przestępczości ‚napływowej’ w ostatnich latach znacznie się nasilił. Kryminaliści wszelkiej maści ściągają tutaj z Dar es Salaam i czatują na nieostrożnych turystów, więc i w tym tłumie można spodziewać się kogoś o zamiarach innych niż sprzedanie nam towarów czy usług.

W końcu udaje nam się przebrnąć przez stado natrętów. Przystajemy i spokojniej oddychamy zanzibarskim powietrzem. Gorącym, ale dzięki delikatnemu powiewowi od morza dużo znośniejszym niż w dusznym Dar, a wokół nas Stone Town.

Stoimy na Mzingani Road. Jednej z niewielu nazwanych ulic wyspy, jednej z kilku, które są na tyle szerokie, by mogły jeździć nimi samochody. Po prawej port. Szybkie promy ścigają się w drodze do przystani, z brzucha gigantycznego kontenerowca wyładowywane są wielkie metalowe skrzynie, między nowoczesnymi promami i gigantycznym statkiem towarowym płyną lub stoją zakotwiczone małe drewniane łajby, przy stalowych gigantach wyglądają jak mikroskopijne szalupy. Należą do miejscowych rybaków. Niektóre przykryte półokrągłym dachem, jakby baldachimem, kojarzą się bardziej z azjatyckimi łódkami wiosłowymi… ale specjalistą w odróżnianiu typów statków nie jestem, więc trudno mi określić jak nazywają się zakotwiczone w porcie łódeczki. Jednak z późniejszej wizyty w muzeum dowiem się, że inny typ małych drewnianych statków stojących w porcie, z pojedynczym, wysokim żaglem, to dau. Ten typ statku używany jest od tysięcy lat na wodach Oceanu Indyjskiego, przetrwał do dziś w prawie niezmienionej formie (łączenia desek z lin z kokosowego włókna zastąpiono gwoździami) pływają na nich zanzibarscy rybacy. W porcie, na tle lazurowej wody i błękitnego nieba, ‘pływające zabytki’ dryfują między konstrukcjami dwudziestego pierwszego wieku.

Ale czas ruszyć przed siebie! Musimy znaleźć nasz hostel, zarezerwowaliśmy pokój na trzy noce w tanim hoteliku Haven, gdzieś w labiryncie uliczek Stone Town. Nie musimy iść daleko, miasteczko jest malutkie, ale nie jesteśmy do końca pewni czy w gąszczu nienazwanych ulic uda nam się odnaleźć naszą przystań. Ruszamy wzdłuż wybrzeża. Po lewej wielkie drzewo opisane na mapie w przewodniku jako ‘The Big Tree’. Pod grubym pniem, rozłożystą koroną i lianami zwisającymi z wysokich gałęzi odpoczywają rybacy, rozmawiają, przyglądają się turystom. Za drzewem przepiękny, stary, dwupiętrowy budynek. Zielone okiennice i balkony na bielutkiej ścianie, z wnętrza dobiega dźwięk perkusji, ktoś ćwiczy, raczej początkujący… wybija prosty, europejski rockowy rytm, po chwili dołącza do niego jazzujący saksofon. To Dhow Countries Music Academy. W budynku ma też siedzibę urząd celny i Conservation Centre. Jego niesamowita elewacja i pięknie zdobione drzwi dają przedsmak tego, co zobaczymy jeszcze dziś i w ciągu następnych dni.

Dalej Beit-al-Sahel. Znany także jako People’s Palace. Siedziba jednego z kilku zanzibarskich muzeów. Za kwitnącym żywopłotem wznosi się piękna, ale trochę zaniedbana elewacja w stylu arabskim. Wpływy tej kultury są na Zanzibarze widoczne na każdym kroku. Od religii, przez architekturę, po kuchnię. Beit-al-Sahel był od końca XIX wieku do rewolucji w 1964 siedzibą rodziny i haremu sułtana.

Kolejnym zabytkiem przyciągającym uwagę każdego turysty jest najwyższy budynek na Zanzibarze. Zbudowany w 1883 Beit-al-Ajab, czyli House of Wonders, pałac sułtana Barghash’a, zawdzięcza swą nazwę temu, że był pierwszym zelektryfikowanym i jedynym posiadającym windę, budynkiem na wyspie. Dzisiaj jest siedzibą… kolejnego muzeum. Oczywiście elektryczność i (zepsute) windy to nie jedyne atrakcje w Domu Cudów. Z szerokich werand otaczających czteropiętrowy budynek można zobaczyć całe miasto. Przed wrotami muzeum ustawiono dwie, szesnastowieczne, portugalskie armaty, a same drzwi wejściowe, podobnie jak wszystkie w pałacu, robią wrażenie. Oczywiście, w miejscu takim, jak pałac sułtana wszystkie drzwi musiały być pięknie zdobione i złocone, ponieważ na Zanzibarze to właśnie one były niegdyś symbolem statusu społecznego i bogactwa (i chyba poniekąd nadal są – wnioskując po funkcjonujących po dziś dzień warsztatach produkujących piękne drzwi). Muzeum warto odwiedzić. Właśnie tam, na kwadratowej podłodze parteru, postawiono jeden ze wspomnianych wcześniej statków, dau. Z bliska można przyjrzeć się konstrukcji kadłuba i kokosowym linon wiążącym jego deski, daszkowi z palmowych liści pod którym marynarze chronili się przed deszczem i słońcem. Po niewysokich stopniach można wejść na małą platformę, która pozwala przyjrzeć się wnętrzu łodzi. Poza stateczkiem w muzeum znajduje się mnóstwo mniej lub bardziej interesujących eksponatów, jest to miejsce, które zdecydowanie powinien odwiedzić każdy, kto nie miał nigdy styczności z kulturą suahili, bo muzeum nie skupia się tylko na Zanzibarze i jego historii.

Naprzeciwko muzeum niewielki park, Forodhani Gardens, w nim zgrabna fontanna, równo przystrzyżone trawniczki, zadbana zieleń, drzewa i krzewy, w centrum ogrodu niewielki, okrągły daszek, po którym beztrosko wegetują tubylcy, często bezdomne dzieci i żebracy.

Dalej stary portugalski fort. Jego poszarzałe, podniszczone, solidne ściany i grube baszty przypominają, że ten budynek nie miał pełnić funkcji estetycznych ani mieszkalnych, ale tak czy inaczej jest jednym z najciekawszych, najpopularniejszych, najbardziej pocztówkowych zabytków Zanzibaru. Szczególnie jego kontrast z bielutką ścianą sąsiadującego z nim pod kątem prostym sierocińca, będącego kolejnym przykładem typowej architektury arabskiej, jest często uwieczniany na kartkach pocztowych z Wyspy Przypraw.

Pod sierocińcem biegnie ulica którą wchodzi się we ‘właściwe’ Stone Town. Tuż po przekroczeniu tunelu i odwróceniu głowy o 180 stopni oczom ukazuje się smutna prawda o tym, jak naprawdę wygląda życie na wyspie. Przepięknie odnowiona, ‘pokazowa’, frontowa ściana budynku lśni bielą podczas gdy jego tył gnije, czernieje, szarzeje i sypie się. Jak wygląda wnętrze sierocińca? Można się domyślać. Ale z pewnością nie tak, jak wnętrza pobliskiego banku, który urządził się w równie starym, arabskim budynku, odnowionym na zewnątrz i wewnątrz. Zanzibar wita nas przykrym zderzeniem komercyjnego turystycznego blasku z szarym życiem zwykłych mieszkańców wyspy, którzy wegetują w niszczejących domach.

Droga droga

Skręcamy w lewo, z mapy wynika, że mniej więcej w tę stronę powinniśmy iść by znaleźć hostel Haven. Po drodze sklepy, ‘galerie handlowe’, restauracje, wszystko w nich piękne i pyszne, ale bez portfela wypchanego setkami dolarów, z którymi można zrobić co się chce, nie warto nawet do nich zaglądać. Sklepy przy Kenyatta Road są ewidentnie nastawione na nadmiernie bogatych turystów nie znających faktycznej wartości i prawdziwych cen afrykańskiego rękodzieła. Warte kilka tysięcy szylingów (kilka dolarów) ubrania i prosta biżuteria sprzedawane są za dziesiątki dolarów. Tak. Wszystkie ceny w dolarach, wypisane na metkach, nie podlegają negocjacji. Próby targowania, nawet w suahili, tylko drażnią, irytują i wywołują jawne niezadowolenie sprzedawców. Oczywiście poza bublami na które naciąga się Amerykanów i Niemców można tam znaleźć rzeczy przepiękne, niepowtarzalne i niespotykane nigdzie indziej na Zanzibarze, w Dar, w Tanzanii (chciałoby się powiedzieć: na świecie). W Zanzibar Gallery (znajdującej się w tzw. ‘Mercury House’ – w przewodnikach brak informacji czy to dom w którym urodził się i mieszkał piosenkarz, jest na nim jedynie niewielka gablotka z notką biograficzną artysty, ale nie ma w niej ani słowa o miejscu zamieszkania gwiazdy, w ogóle Mercury nie jest ‘atrakcją turystyczną’ Zanzibaru, być może jego promiskuityzm sprawił, że słynąca ze skromnego, religijnego, muzułmańskiego stylu życia wyspa nie chce stać się mekką fanów piosenkarza, który… wiadomo jaki był) pokusiłem się o kupno przepięknego, oprawionego w solidną skórę, zawiązywanego na rzemień, grubego zeszytu, z czerpanego papieru, z kawałeczkami wysuszonych roślin ‘wtopionymi’ w grube karty, wykonane podobno z jakiejś superekologicznej bawełny. Czy ta bawełna to klasyczna ściema dla turystów czy nie, nie wiem, ale cena zeszytu sprawiła, że jest to jedna z dwóch materialnych pamiątek, które przywiozłem dla siebie z wyspy (drugą też jest zeszyt 🙂 ). Prócz ubrań, biżuterii, jedzenia, wyrobów drewnianych, obrazów itp., pieniądze można przepuścić na przykład na czarno-białe zdjęcia Zanzibaru, sprzedawane po kompletnie irracjonalnych cenach w sklepie pewnego Hindusa przy Kenyatta Road. Każde zdjęcie jest inne, niepowtarzalne, jest dziełem sztuki, sprzedawca opowiada historię każdej odbitki, w razie czego dwadzieścia metrów dalej jest bankomat. Ach, gdybym był bogaty…

Haven ain’t no heaven

Idziemy Kenyatta Road, zakręcamy na rondzie, nazwy ulic kończą się, zaczynają piaszczyste podwórka, a gdzieś tam czeka hostel Haven. Nagle spod ziemi wyrasta brudny obdartus, ze zmierzwionymi, posklejanymi włosami, nieogolony, bosy, pyta czego szukamy. Zdesperowani i zagubieni nie zbywamy go tak jak wielu jemu podobnych, bo wiemy, że nic nie wiemy. Prowadzi nas wąską ulicą, przez piaszczyste podwórko, mijamy patrol policji, zastanawiamy się, czy to dobry, czy zły znak, że tu stoją. Wchodzimy w labirynt uliczek, próbuję jakoś skorelować naszą trasę z mapą ale nie jestem w stanie, skręcamy w prawo w lewo, potem znów tu i tam, w jeszcze węższą uliczkę, jeszcze ciemniejszy zaułek, w sumie mógłby nas wyprowadzić gdzie chce, na pastwę czekających w ciemnej bramie rzezimieszków, ale nie pozostaje nam nic innego niż mu zaufać i… po chwili stajemy przed drzwiami hostelu.

Pokoik skromny. Nie za czysty nie za brudny. Nie za duży nie za mały. Łóżka nie za miękkie nie za twarde. Widoku za oknem brak. Świat przesłania gęsta plastikowa siatka. Duszno i gorąco. Jest wiatrak. Oby działał. Oby był prąd i oby dało się zasnąć. Ale, w razie czego, mamy sojusznika. Butelka whisky w plecaku w trakcie tropikalnej wyprawy to nie żart, kaprys, imprezowa zachcianka. Kapuściński pisząc, że „w tropiku picie jest przymusem” (przy czym nie miał na myśli wody) oczywiście przesadził, ale tylko trochę. Butelka whisky, wódki, brandy w plecaku podczas tropikalnej wyprawy to artykuł ważniejszy niż niejedna pierdołka w apteczce pierwszej pomocy. Jeśli zjesz coś i poczujesz, że nagle twój żołądek zaczyna się dziwnie zachowywać – lepsze pół szklanki czystej od razu niż antybiotyki i całonocna medytacja na sedesie po kilku godzinach od pierwszych objawów. Jeśli wyłączą prąd i wentylator w pokoju powie stanowcze „NIE!” – będziesz pływać we własnym pocie do rana i nie zmrużysz oka. Jeśli na ulicy zaczną dziać się rzeczy, o których wolałbyś nie wiedzieć a krzyki pośród nocnej ciszy nie będą dawały ci zasnąć… A nieprzespana noc w tropiku to nie tylko zepsuty dzień wakacji. To także osłabiona odporność, a malaria najchętniej atakuje zmęczonych. Niewyspanie oznacza brak koncentracji. Słaniających się na nogach zaspanych turystów złodzieje są w stanie wyczuć jak karaluchy gnijące mięso. Oczywiście nie można z tym środkiem nasennym przesadzać. Bo kac osłabia tak samo i jest jeszcze bardziej widoczny dla czujnych kieszonkowców. Ale szklaneczka przed snem – to jest właśnie to co poprawia komfort i bezpieczeństwo wyprawy gdy hotel nie zapewnia ani komfortu ani bezpieczeństwa.

Wkrótce okazuje się, że nasza noclegowa przystań nie jest, delikatnie mówiąc, turystycznym rajem. Od miejscowych dowiadujemy się, że zamieszkaliśmy w narkotykowym zaułku, do którego lepiej żebyśmy wrócili na długo przed zmrokiem. Nawet właściciel Haven ostrzega, by nie nosić ze sobą więcej pieniędzy niż potrzeba i wrócić raczej wcześnie. Tak też robimy. Po niedługim spacerze po jednym z najbardziej uroczych miasteczek świata wracamy do hoteliku i obmyślamy dalszy plan. Dzwonimy do St. Monica’s, mając nadzieje, że w prowadzonym przez anglikanów schronisku, gdzie za noc zapłacimy tyle, co w Haven (25$ za pokój dla dwóch osób), będzie znacznie spokojniej.

Ale nie przyjechaliśmy na Zanzibar by siedzieć skuleni w kącie hotelu. Zmęczeni pobudką o 5 rano szlajamy się uliczkami uroczego ale popadającego w ruinę Stone Town, zaczynamy chłonąć jego atmosferę, zaglądamy to tu, to tam, szukamy miejsc, w których da się w miarę tanio zjeść, w których da się kupić coś w podlegających tradycyjnym negocjacjom, normalnych cenach, podanych w szylingach, nie w dolarach, podziwiamy przepiękne drewniane drzwi, rozpadające się i odnowione kamieniczki, ulice tak wąskie, że można poruszać się po nich tylko pieszo, rowerem lub skuterem…

Gdy wracamy słońce jest już nisko. Jesteśmy bardzo zmęczeni, praktycznie od razu moglibyśmy zasnąć. Ale krzyki grających na skrzyżowaniu uliczek w piłkę chłopaków, wzmocnione przez odbijające się od ścian echo, jeszcze długo będą to uniemożliwiać. Ucichną dopiero po zapadnięciu zmroku. Wtedy też wyłączą prąd i wentylator przestanie pracować. Ciekaw nocnej rzeczywistości naszego mrocznego zaułka wystawiam głowę za próg hotelu i wymieniam kilka zdań z chłopakami, którzy siedzą na schodach i ‘coś kręcą’. Wracam do pokoju. Na szczęście w drodze do hotelu kupiliśmy kilka butelek coli, więc zgodnie z radą śp. Mistrza Ryszarda scyzorykiem otwieram kapsle, nalewam napój do przywiezionych z Dar metalowych kubków, dopełniam Grant’sem i… wiem, że jutro będzie lepszy dzień.

Dodaj komentarz