Góry

Wznoszące się nad Morogoro góry wyglądają przepięknie. Dumne, groźne, dzikie, trudne do zdobycia, dobrze znane tylko zamieszkującym je plemionom. By wybrać się na prawdziwą wyprawę trzeba wynająć kogoś, kto ją poprowadzi, kto wie jak i którędy dojść do najwyższych szczytów. Uluguru to nie Tatry, nie ma szlaków ani map, które mogłyby pomóc miłośnikom górskich przygód odnaleźć się w dziczy. Oczywiście usługi przewodników nie są tanie, choć ich cenniki to i tak nic w porównaniu z tysiącem do dwóch tysięcy dolarów, które trzeba zapłacić za ‚zdobycie’ Kilimandżaro (ale cóż to za zdobywanie, gdy za rękę prowadzi miejscowy przewodnik, bagaże niesie grupa tragarzy, postoje są zorganizowane lepiej niż niejeden tanzański hotel, a największą atrakcją są ponoć góry śmieci pozostawione przez poprzednie wyprawy). Być może jeszcze kiedyś będzie okazja zdobyć najwyższy szczyt Uluguru pod opieką miejscowego przewodnika, ale będąc w Morogoro nie udaje nam się znaleźć takiego, który za poprowadzenie jednodniowej wycieczki nie domaga się kwoty mniejszej niż cena noclegu w pięciogwiazdkowym hotelu w Dar, więc decydujemy się sami ruszyć w otaczające Morogoro góry.

‚Droga jest prosta – objaśnia ojciec Robert – idziecie w górę, aleją otoczoną drzewami, obok kościółka, potem dalej w górę, aż do wielkiej skały, potem wzdłuż strumyka… Nie sposób się zgubić.’ Opis trasy nie brzmi skomplikowanie. Ponoć po odnalezieniu kamienistego koryta górskiego strumienia wystarczy iść po głazach prąd małej rzeczki i bez problemów, bez przewodnika, można zajść naprawdę wysoko. Pakujemy do plecaka dwie butelki wody i ruszamy.

Idziemy prosto przed siebie, pełną pomarańczowych kałuż drogą z czerwonej gliny. Pora deszczowa nie sprzyja takim wycieczkom. Brniemy w błocie po kostki, ale co tam. Przynajmniej nie jest za gorąco. Słońce bywa bardziej uciążliwe niż ulewne deszcze. Żeby tylko nie złapały nas gdy będziemy wyżej. Przed nami rozciąga się przepiękna panorama. Majestatyczne góry i ich szczyty otoczone chmurami.

Przekraczamy asfaltową drogę prowadzącą do miasta. Idziemy aleją prowadzącą do starego kościółka leżącego w środku kampusu kolegium nauczycielskiego Morogro. Rodzina małp [gatunek] z zaciekawieniem przygląda się wysiłkom ludzi o rzadko spotykanym w tych rejonach kolorze skóry. Starsze zdają się wołać młode i coraz więcej zaskoczonych okrągłych oczu obserwuje nasze trudy. Otoczona równymi rzędami drzew prosta droga staje się coraz bardziej stroma. Coraz większy kąt nachylenia sprawia, że zaczynamy czuć, że jesteśmy w górach. A podczas wysiłku tropikalnym powietrzem nie oddycha się łatwo. Wilgotne i gorące, męczy płuca, zdaje się je zaklejać, każdy wdech jest wysiłkiem tym większym, im większe nachylenie terenu. Afrykańskie powietrze jest ciężkie, gorące i mokre. Nawet tu, w Morogoro, gdzie znośniejsze temperatury pozwalają spać dużo lepiej niż w Dar, ciężar spaceru pod górę odczuwa się zupełnie inaczej niż w strefie bardziej umiarkowanych klimatów.

Ale idziemy. Przecież to dopiero początek. Przekraczamy bramę kolegium nauczycielskiego. Dokoła kilkudziesięcioletnie budynki, akademiki, domki pełniące funkcję sal wykładowych i prywatne kwatery rodzin. Przed nami niewielki, zaniedbany kościółek. W otaczających go starych, rozpadających się domkach z czerwonej cegły toczy się typowe afrykańskie życie. Babcie wegetują na schodach prowadzących do przedsionków, matki przed domem wielkimi drewnianymi łychami mieszają ugali w aluminiowych garach ustawionych na paleniskach zaimprowizowanych z kilku sprytnie ułożonych cegieł. Przed domostwami baraszkują dzieci, bardzo zdziwione naszą obecnością w tych okolicach. Spod pokrytych starymi dachówkami dziurawych dachów dobiegają głośne rozmowy mężczyzn. Nad domami zieleń. Ocean zieleni. Mijamy ostatnie zabudowania. Zatrzymujemy się na chwilę. Wyobraźnia pracuje i podpowiada co może wyskoczyć z rozciągających się przed nami tropikalnych zarośli. Ale silniejsza od obaw ciekawość pcha nas do przodu i nurkujemy w dzikim oceanie zieleni.

Palmy, krzewy, drzewa, kwiaty, dziesiątki gatunków na każdych kilku metrach kwadratowych, śpiew ptaków, mokre powietrze, trochę chłodniejsze, ale tak nasączone wilgocią, zapachem ziemi, liści, że oddycha się nim jeszcze ciężej niż w niższych partiach gór. Idziemy dalej. Droga coraz węższa, roślinność coraz gęstsza. Przyroda aż przytłacza swoją wielkością. Tak. Tutaj Matka Ziemia mogłaby nas pogrzebać gdyby tylko sobie tego zażyczyła. Ukąszenie węża, jadowitego pająka… Nie mielibyśmy szans. Prawdopodobnie nie zdążylibyśmy wezwać pomocy. Ale by poznać piękno gór trzeba odważyć się iść dalej, wejść głębiej w wilgotną, zieloną, gęstwinę.

Jednak nie tylko dzika przyroda wyznacza bieg zdarzeń i określa decorum tych mało dostępnych terenów. Idąc górską ścieżką odkrywamy wielki, okrągły, betonowy basen, do którego spływają śmierdzące ścieki. Na dole ogromny, tłusty, martwy szczur, oblepiony stadem much. Odstraszeni zapachem i widokiem czym prędzej oddalamy się od obrzydliwej sadzawki. Patrząc w górę widzimy, że strome szczyty, przykryte mistyczną warstwą chmur, są coraz bliżej. Coraz węższą ścieżką idziemy w stronę szumiącej w oddali wody. Czyżby miałby to być strumyk, który poprowadzi nas w górę, ku niedostępnym partiom Uluguru?

Po chwili zza krzaków wyłania się kilka dużych, wilgotnych głazów, strumień i wielka skała. Ogromna lekko wypukła, jak garb olbrzyma, a wokół niej rwące wody górskiego strumyka. Stajemy na szczycie wygładzonego przez potok gigantycznego głazu i rozglądamy się dokoła. Mężczyzna z chłopcem w cieniu drzewa gra w warcaby, ich pranie suszy się na skałach, szukamy strumyka w górę którego moglibyśmy pójść. Okazuje się że wraz z porą deszczową przemienił się w rwącą rzekę, w górę której ni jak nie da się iść. Co teraz? Pytamy grającego w warcaby mężczyznę o drogę. Jak dojść gdziekolwiek? Jak iść w górę? Pokazuje nam prawie niewidoczną wąską ścieżynkę między drzewami, właściwie jest to biegnąca w dół góry bruzda wyżłobiona przez spływającą wodę. Ale co zrobić? Nie ma innej drogi! Brnąc w śliskim błocie pniemy się w górę stromego zbocza. Podeszwy ślizgają się na mokrej glinie jak łyżwy na lodowisku, nie mamy nawet porządnych kijów, które mogłyby pomóc nam się wspinać. Nad nami zarośla tak gęste, że idziemy zgięci w pół, rękoma chwytając się wystających z ziemi korzeni by nie zjechać po śliskiej, mokrej ziemi w dół.

W końcu dochodzimy do kawałka płaskiego, odkrytego terenu. Przepiękna łąka pozwala na chwilę wytchnienia i przyjrzenia się dokładnie temu, co nas otacza. Schowane w chmurach szczyty są już dużo bliżej, choć nadal nie jest jasne jak do nich dotrzeć. Miasteczko jest daleko, pod nami rozciąga się niesamowita panorama Morogoro. Widzimy malutkie budynki i góry po przeciwnej stronie miasta. Po drugiej stronie głębokiego uskoku, na mniej więcej takiej samej wysokości jak ta, na której się znajdujemy, dostrzegamy małe uprawne pole z małą chatką pośrodku. Teren jest naprawdę stromy a jednak… Nawet tutaj, ktoś odważył się uprawiać ziemię!

Ale my chcemy iść w górę. Dalej. Głębiej w afrykańską dzicz. Nagle zza zarośli wyłania się mężczyzna z siekierą. Idzie w naszą stronę. Dziwny toporek o podłużnym ostrzu niesie na ramieniu, zbliża się do nas. ‚Jambo!’ wita nas przyjaźnie. Odpowiadamy ‚Jambo’ i odprowadzamy mężczyznę wzrokiem. ‚Uważaj!’ krzyczę do Agnieszki. Gigantyczny czarno-biały szerszeń agresywnie kołuje wokół niej i szykuje się do ataku w obronie ‚swojej’ łąki. Uciekamy przed wściekłym owadem i wstępujemy na ścieżkę, którą przed chwilą poszedł drwal. Znów idziemy w górę. Droga jest wąska, błotnista, stok po naszej lewej robi się coraz bardziej stromy, ja tracę równowagę i prawie upadam. Idziemy dalej, ale droga przestaje prowadzić wzwyż. Biegnie poziomo, chwilami w dół, gęste tropikalne zarośla wzbudzają pewne obawy co do tego, co może je zamieszkiwać. A my? Z kilkoma ostatnimi łykami wody, beztrosko ubrani w t-shirty, pozbawieni nawet najbardziej podstawowej apteczki, coraz mniej pewnie czujemy się w coraz bardziej dzikich górach Uluguru. Podejmujemy decyzję o odwrocie. Ale decyzja o podjęciu kolejnej próby zdobycia niedostępnych gór zapada chwilę później. Wrócimy tu. Przygotowani na dłuższą wyprawę i wszystko, co może nas podczas niej spotkać.

więcej zdjęć na naszym profilu na facebook.com: http://www.facebook.com/#!/album.php?aid=153512&id=295168581572

Dodaj komentarz