„A słowo…”

29/05/2011, niedziela

Drodzy czytelnicy bloga, już wkrótce (27 czerwca) odbędzie się premiera tomiku mojej poezji „afrykańskiej” i nie tylko.  Więcej szczegółów na stronie wydawnictwa Cursiva:

http://www.cursiva.pl/ksiegarnia/ksiazka?id=9

Zapraszam także na spotkania autorskie połączone z opowieściami o podróży. O terminach i miejscach spotkań będziemy informować na blogu i na naszym profilu fanowskim na facebook.com

Jakub Wilkans

Pożegnanie z…

22/11/2010, poniedziałek

Drodzy Czytelnicy

Mimo chęci i zamiaru kontynuowania naszych afrykańskich opowieści, jesteśmy zmuszeni zakończyć prowadzenie bloga. Życie w europejskim domu nie rozpieszcza nas, nie mamy czasu i energii by opisywać nasze przeżycia i obserwacje w sposób tak interesujący i wyczerpujący, jak byśmy tego chcieli. Do powiedzenia i pokazania zostało jeszcze mnóstwo, ale miejmy nadzieję, że jeszcze się spotkamy. W (mniej lub bardziej odległej) przyszłości chcielibyśmy wydać książkę, która opisze ‘naszą’ Afrykę, zaczęliśmy już porządkowanie i uzupełnianie treści tak, by nadawały się do publikacji. Planujemy też powrót do Tanzanii, może wtedy nastąpi ‘reaktywacja’ bloga… jednak na dzień dzisiejszy wydawnictwo i kolejny wyjazd na Czarny Ląd to jeszcze tylko marzenia…

…ale na początku 2010 wyjazd na rok do Afryki też był tylko marzeniem.

do zobaczenia!
Agnieszka i Jakub Schönhof-Wilkans

Dar es Salaam

18/09/2010, sobota

Kilka obrazków z miasta, które było naszym domem przez ostatni rok…

Arusha

12/09/2010, niedziela

Ostatniego dnia długiego weekendu u stóp Kilimandżaro i Meru postanawiamy wybrać się do położonej 20 kilometrów dalej Arushy. Nie chcemy przepuścić okazji odwiedzenia miejsca, w którym rozpoczęła się historia Tanzanii (kilka słów o deklaracji z Arushy i początkach Tanzanii można znaleźć tutaj – http://bezgranic.blog.polityka.pl/?p=334, będącego także istotnym punktem na mapie turystycznej kraju. Wiele wypraw na Kilimandżaro i safari do najbardziej znanych parków narodowych zaczyna się właśnie w Arushy. Miasto położone jest niedaleko granicy z Kenią i portu lotniczego Kilimanjaro, więc wydaje nam się, że musi tam dziać się coś ciekawego!

Niestety ostatni dzień spędzony na północy kraju nie należy do pogodnych. Przejmujące zimno poranka bardziej przypomina Polskę jesienią, niż Afrykę. Wieje silny wiatr a ołowiane chmury przesłaniają obydwa szczyty. Po przekroczeniu bramy zakonu natychmiast wracamy do pokoju po kurtki przeciwdeszczowe. Przez chwilę chcemy zrezygnować z wycieczki, bo jesteśmy pewni, że zaraz zacznie się ulewa, jednak po krótkim namyśle ruszamy na przystanek podmiejskiego autobusu.

Na polach po jednej stronie drogi mieszkańcy wioski kopią płytkie kanały, którymi rozprowadzają wodę po uprawach fasoli, po drugiej stronie wysokie słoneczniki kołyszą się na wietrze. Niesamowite pole wielkich, żółtych kwiatów ciągnące się aż po oddaloną o kilkaset metrów ścianę lasu, to chyba niezbyt częsty widok na Czarnym Lądzie. Znów przypomina mi się Polska i ostatnia wizyta na Suwalszczyźnie, skąd pochodzi Agnieszka. Tam ostatni raz widziałem takie słoneczniki. Wielkie, żółte kwiaty na wysokich, zielonych łodygach pod takim samym, ołowianym, niebem. Afrykańska przyroda potrafi zaskakiwać.

Szybko łapiemy dala-dalę do miasta. Autobusy kursują co kilka minut, pasażerów nie brakuje, jednak w komunikacji podmiejskiej w okolicach Arushy nie ma takiego tłoku jak w Dar. Większość foteli w vanie Toyoty jest zajęta i nie trzeba osłaniać twarzy przed pośladkami pasażerów tłoczących się między siedzeniami. Obok nas siada młody mężczyzna w baseballówce z prostym daszkiem przekręconym jak w amerykańskim teledysku. Z portfela wyciąga monetę 10 eurocentów i pokazuje nam ją z uśmiechem. Mówię ‘nzuri’ (dobrze) bo gdy próbuję zagadać po angielsku mężczyzna potakuje tylko głową i uśmiecha się coraz szerzej. Nic nie rozumie.

Ale nie tylko angielski jest językiem obcym dla szczęśliwego posiadacza europejskiej dziesięciocentówki. Siedząc w małym busie my również czujemy się nieco zagubieni i zdezorientowani. Zwykle rozumiemy choć strzępy tego, co mówi się wokół nas. Tym razem nie rozumiemy prawie niczego. W drodze do Arushy otaczają nas co najmniej trzy języki. Suahili, w którym w trakcie całej trasy pada zaledwie kilka słów, maasai, po kilku lekcjach udzielonych przez Eliasa i kontaktach z Masajami w Dar umiemy już odróżniać ich język od innych. Głoska „r” występuje w nim bardzo często, charakterystycznego, masajskiego ‘terkotania’ nie sposób pomylić z innymi językami Tanzanii. Z tylnych siedzeń autobusu dobiega nas głośna rozmowa dwóch kobiet, prowadzona w jeszcze innym języku, prawdopodobnie w meru, ale nie znamy go wcale, więc nie jesteśmy w stanie stwierdzić czy to język plemienia zamieszkującego górę sąsiadującą z Kilimandżaro, czy jeszcze inny. W małym autobusie-Babel wydaje nam się, że każda para pasażerów ma swój język, w którym swobodnie mogą obgadywać resztę pasażerów, siedzą tak, kątem oka obserwują pozostałych i między sobą wymieniają uwagi. Tak naprawdę prowadzą pewnie swoje codzienne rozmowy o tym, co spotkało ich w ostatnich dniach, wypytują się nawzajem o bliższe i dalsze rodziny, może rozmawiają o rozgrywanych w tym czasie meczach mistrzostw świata, ale będąc białym w autobusie w Afryce, czując na sobie wzrok pozostałych pasażerów, nie rozumiejąc nic z tego co mówią i znając pokręconą, afrykańską mentalność Tanzańczyków, ciężko wyobrazić sobie, że mogą mówić o czymś innym niż o ‘mzungu’.

W Arushy wysiadamy kompletnie zdezorientowani. Po tym jak wjechaliśmy do miasta autobus zakręcił kilka razy i nagle znaleźliśmy się na dworcu autobusowym w labiryncie sklepowych uliczek. Wszystko dokoła wygląda tak samo, pozbawione wystawowych okien sklepy w parterowych barakach, książkowy przewodnik, pożyczony od koleżanki Agnieszki jest kompletnie bezużyteczny, bo nawet policjanci nie znają nazw ulic opisanych w książce. Na małej mapce miasta znajdujemy coś, co może wyglądać na punkt orientacyjny znany przynajmniej niektórym mieszkańcom. Wszystkich dokoła wypytujemy o ‘clock tower’. W końcu udaje nam się znaleźć kobietę, która twierdzi, że wie jak dotrzeć do wieży zegara, i że idzie właśnie w tamtą stronę. Z braku innych perspektyw na wydostanie się z labiryntu otaczającego dworzec autobusowy, idziemy za nią. Po kilkunastu minutach docieramy do oznaczonego na mapie sporej wielkości rynku. Dziękujemy kobiecie za pomoc i zaczynamy spacer po mieście z przewodnikiem w ręku.

Arusha jest zupełnie inna niż Dar, trochę przypomina Morogoro: małe, spokojne miasteczko, bez gęstego tłumu na każdym kroku, bez krzyków ‘mzungu’ co kilka metrów, jest chłodniej, czyściej, przyjemniej, życie toczy się wolniej, a my czujemy się bezpieczniej niż na ulicach Dar. Zadziwiające, jak mniejsze miejscowości i mentalność ich mieszkańców różnią się od metropolii.

W kilka godzin piechotą przemierzamy prawie całe miasto. Po drodze kupujemy trochę przypraw w sklepie prowadzonym przez Hindusów, wypijamy rozpuszczalną kawę w przybytku przypominającym polski bar mleczny, potem szukamy zaznaczonej na mapce księgarni, ale w miejscu, które wskazuje przewodnik nie ma śladu po sklepie z książkami. Kierujemy się w stronę rynku z rękodziełem. Przewodnik znów wprowadza nas w błąd. Od roku 2005, w którym go wydano, zmieniły się nazwy kilku ulic. Ale przechodnie nie mają problemu z wskazaniem drogi do rynku. W końcu jest to jedyne miejsce w Arushy, w którym aż roi się od białasów.

Na niewielkim placu, w labiryncie drewnianych stoisk, można kupić wszystkie typowe wyroby tanzańskiego rękodzieła: rzeźbione w drewnie figurki Masajów i zwierząt, skrzyneczki, ozdoby, kolczyki z masajskich koralików i kapsli po napojach gazowanych, haftowane złotymi nićmi kolorowe koszule, masajskie ‘kocyki’ i noże, kangi i inne tkaniny… kupcy zachwalają, zapraszają, większość zna przynajmniej podstawy angielskiego, są nachalni jak wszędzie. ‘Chodź, wejdź, zobacz, patrzenie za darmo, patrzenie za darmo!’ Jeśli wejdzie się na teren mikroskopijnego stoiska trudno się z niego wydostać. Szczególnie, gdy w choćby najbardziej subtelny sposób da się do zrozumienia, że coś nas interesuje. Właściciel będzie prezentować towar i namawiać dopóty, dopóki klient nie kupi tego, co obejrzał. A podczas naciągania klienta na zakup wszystkie chwyty są dozwolone. Gdy wchodzimy w wąski korytarzyk jednego ze stoisk, na którym nie znajdujemy niczego wartego swojej ceny, chcemy się wycofać. W tym momencie u wyjścia ze stoiska staje sprzedawczyni o kształtach tak obfitych, że skutecznie uniemożliwia nam opuszczenie sklepiku. ‘Hodi!’ – Agnieszka daje do zrozumienia, że chcielibyśmy już sobie pójść. Rozpoczyna się dyskusja o cenie drewnianej figurki, którą przed chwilą oglądaliśmy. Przekonujemy, że nie jesteśmy zainteresowani zakupem, że nie jest nam to potrzebne, że nie podoba nam się tak bardzo, by ją kupić… Ledwo mieszcząca się między półkami sprzedawczyni kończy dyskusję argumentem: ‘Kupcie coś, nie mam na jedzenie!’

Do zobaczenia pozostały jeszcze dwa muzea: Historii Naturalnej i Deklaracji z Arushy. Poza nimi i rynkiem rękodzieła miasto nie oferuje zbyt wielu atrakcji dla turystów. Drugim, po targu rękodzieła, pod względem popularności wśród przybyszów punktem na mapie Arushy jest supermarket. W otaczających go restauracjach spotkamy prawie tyle samo białych, co na rynku z wyrobami ludowymi.

Muzeum historii naturalnej w Arushy mieści się w kompleksie pomalowanych na biało budynków, niegdyś pełniących funkcję niemieckiego fortu. Najbardziej znanym eksponatem muzeum są odciski stóp hominidów, utrwalone w wulkanicznym pyle, pochodzące sprzed 3,5 miliona lat. Mając nadzieję, że prócz nich muzeum kryje wiele innych równie ciekawych eksponatów, przekraczamy biały łuk bramy dawnego fortu i kierujemy się w stronę wejścia do pierwszego budynku.

Przy kasie okazuje się, że podobnie jak we wszystkich miejscach, których potencjalnymi odwiedzającymi są głównie turyści, ceny biletów są diametralnie różne dla czarnych i dla białych. Tanzańczyk za odwiedzenie muzeum w Arushy płaci równowartość około 2 złotych, cena biletu dla turystów wynosi pięć dolarów. Przeczuwając, że to, co zobaczymy w muzeum może nie być warte ceny biletu (dla białych), postanawiamy się trochę potargować. W suahili tłumaczymy, że jesteśmy wolontariuszami, uczymy dzieci w Dar, mamy dwuletni ‘resident’s permit’… bez pytania o paszporty znudzona kasjerka wypisuje dwa bilety dla miejscowych.

Już stojąc przy kasie, przez sznurek oddzielający ‘strefę dla zwiedzających’ od przedsionka muzeum, widzimy, że poza umieszczonymi tuż przy wejściu sławnymi odciskami stóp naszych przodków, większość eksponatów muzeum to zakurzone, wypchane zwierzęta, kolekcja fotografii, plansz i styropianowych figur praludzi. Muzeum nie cieszy się zbytnią popularnością wśród turystów. Oprócz nas zwiedzają je jeszcze trzy osoby.

Sporą część Muzeum Historii Naturalnej w Arushy zajmuje sklep z pamiątkami i wystawa prezentująca wyniki ankiety dotyczącej postrzegania Niemców i innych Europejczyków, przeprowadzonej wśród licealistów. Paradoksalnie historia Tanzanii i Polski ma kilka podobnych wątków: długie lata okupacji przez Niemców i inne kraje, stosunkowo krótka historia niepodległej państwowości, ustrój komunistyczny po odzyskaniu niepodległości. Niektóre opinie wyrażone w ankietach brzmiały dziwnie znajomo. Część uczniów uważała, że przed przyjściem Niemców wszystko było dobrze i to właśnie oni, okupanci, wszystko popsuli. Inni pisali o tym, że ‘w dzisiejszych czasach kolonializm zastąpiono neo-kolnializmem’, i że Europa nadal wyzyskuje Afrykę. Podkreślano to, że narody, które niegdyś kolonizowały Afrykę teraz nie robią nic by jej pomóc. Niektórzy licealiści zdawali się jednak zauważać, że Niemcy i inne kraje Europy próbują naprawić krzywdy jakie wyrządzili Afryce w przeszłości oraz, że w dzisiejszych czasach, kultury Czarnej Afryki i Europy ‘mieszają’ się ze sobą i fascynują nawzajem. Wyniki ankiety to ciekawa lekcja postrzegania nas przez Tanzańczyków. Ale dlaczego wystawiono je w Muzeum Historii Naturalnej?

Wizyta w muzeum nie zachęciła nas do odwiedzenia kolejnego, poświęconego deklaracji z Arushy. Poza tym zaczęło robić się późno, więc wyruszyliśmy w kierunku dworca autobusowego.

Miasteczka Tanzanii nie są najciekawszym, co można zobaczyć w tej części kontynentu. Ale tutaj chyba mało kto przyjeżdża, by odwiedzać miasta. Około jednej czwartej powierzchni kraju zajmują parki narodowe i to właśnie niezwykła przyroda Afryki Wschodnie przyciąga turystów. Ale nie tylko spotkanie z dzikimi zwierzętami zapewnia dreszczyk emocji podczas podróży przez Tanzanię. W środkach komunikacji miejskiej bywa nie mniej niebezpiecznie niż w paszczy lwa.

Dala-dala wyjeżdża z Arushy. Autobusik rozpędza się na trasie szybkiego ruchu. Co kilka minut zatrzymuje się by wysadzić pasażerów i wpuścić kolejnych. Ale przed jednym z postojów kierowca hamuje gwałtowniej i przeklina pod nosem. Policja drogowa zatrzymuje zdezelowany minibus. Coś jest nie w porządku. Czy to prędkość, czy stan techniczny pojazdu? Do tego drugiego z pewnością można by się przyczepić, ale nie udaje nam się usłyszeć rozmowy funkcjonariuszki o groźnym wyrazie twarzy z kierowcą. Policjantka zajmuje fotel z przodu i każe jechać dalej. Autobus zaczyna zjeżdżać z pobocza, w tym momencie pasażerowie zaczynają krzyczeć. Ktoś wysiadał z autobusu w momencie, gdy kierowca dodał gazu! Mężczyzna za kółkiem wygląda na mocno przerażonego, ale rusza dalej. Pomocnik kierowcy zaczyna zbierać opłatę na przejazd. ‘Co, teraz zbieracie na łapówkę?’ półżartem zagaduje jeden z pasażerów, choć uzasadnionym jest przypuszczenie, że właśnie tak sprawa się zakończy. Trzy, może czteroletnie dziecko siedzące na kolanach mamy zaczyna głośno powtarzać to, co usłyszało. ‘Łapówka, łapówka!’ krzyczy na cały autobus. Niektórzy się śmieją, ale nie kierowca. Spocony z nerwów, trzęsącą dłonią zmienia bieg. Znów postój na przystanku, znów wjeżdżamy z powrotem na pas. Nagle znowu krzyk, jeszcze głośniejszy niż poprzednio, ludzie zaczynają się modlić. O mały włos nie zderzyliśmy się z pędzącym z zawrotną prędkością tirem. Zdenerwowany kierowca zapomniał spojrzeć we wsteczne lusterko. Policjantka przez krótkofalówkę porozumiewa się z patrolem czekającym kilka kilometrów dalej, podaje numery rejestracyjne tira, każe go zatrzymać. My prosimy pomocnika kierowcy by wysadził nas w Makumirze. Zdenerwowany wszystkim co wydarzyło się przed chwilą oczywiście zapomina o naszej prośbie i wysadza kilka kilometrów dalej. Choć czeka nas dość długi marsz wzdłuż trasy szybkiego ruchu, cieszymy się, że już wysiedliśmy z autobusu.

a po drugiej stronie równika…

03/09/2010, piątek

Rok szkolny w Polsce zaczął się już na dobre, my wróciliśmy do już do pracy z polskimi uczniami.  W związku z powrotem do ojczyzny i możliwości technicznych pozwalających na pokazanie Wam większej ilości zdjęć (i nie tylko), rozpoczynamy serię galerii. Na początek… poznajcie naszych tanzańskich podopiecznych i współpracowników.

W bananowym lesie

24/08/2010, wtorek

Następnego dnia rano, zaraz po śniadaniu, pakujemy do plecaka butelki z wodą i ruszamy w górę zielonego zbocza Meru. Szeroka droga z dobrze ubitej gliny prowadzi nas do bananowego lasu. Od pól kukurydzy uprawianej po obu stronach drogi u stóp góry oddzielają nas gigantyczne agawy. Rosną w równiutkim rządku, ciekawe kto i kiedy je zasadził. Rząd wielkich sukulentów nie wygląda, jakby zahodowali je miejscowi. Podobnie jak iglaste drzewo, któremu chłodniejszy klimat u podnóża góry zdaje się sprzyjać.

Klimat i temperatura okolic Arushy bardzo przypominają Europę. Nad nami gruba warstwa szarych chmur, takich samych, jak te, które przez wiele miesięcy każdego roku oddzielają Polskę od promieni słońca. Szare, złośliwe chmury, ledwie raz na kilka dni pada z nich deszcz, ale uparcie wiszą nad głowami, sprawiając, że wciąż jest ciemno i zimno. Muszę przyznać, że taka aura, wpędzjąca mnie w depresję w ojczyźnie, tutaj jest przyjemną odmianą. W Dar przez cały czas lał się z nas pot. Teraz musimy ubierać polary a wychodząc poza dom franciszkanów przewiązujemy szyje chustami by nie przeziębić gardeł. Tak tu zimno!

Mijamy ostatnie większe zabudowania i zanurzamy się w tropikalnym lesie. Drzewa o trzcinowatych pniach, porastające stoki góry, tworzą zieloną kurtynę, przez którą nie widać co dzieje się kilka metrów od drogi. Rośliny gęsto porastające stoki góry sprawiają, że na pierwszy rzut oka okolica wydaje się zupełnie dzika i wyludniona. Jednak szeroką drogą cały czas spacerują ludzie. Co chwila wyłaniają się spomiędzy wielkich liści jak duchy, a po chwili znikają po drugiej stronie drogi. Nie widać skąd przyszli, nie widać dokąd idą. Cel wędrówek jest ukryty gdzieś w tropikalnej zieleni. Odnosimy wrażenie, że wyższe partie gór zamieszkuje coraz więcej ludzi, że tak naprawdę jest ich tu tak samo dużo, jak wszędzie, tylko zasłaniają ich drzewa, które sami zasadzili.

Gdzieniegdzie widzimy ich domy. Małe, parterowe chatki, zbudowane z cegły wypalanej przez plemię Meru w piecach zbudowanych przez nich samych pomiędzy bananowcami. Przed domami bawią się dzieci, kobiety obierają ziarna kawy, inne doglądają palm, ścinają te, które gniją, ‘badają’ krzaki kawy, pochylają się nad drzewkami i uważnie przyglądają się gałązkom i gęsto porastającym je owocom. Zafascynowane widokiem ludzi o dziwnie jasnej skórze maluchy z jednego z podwórek biegną za nami. Śmieją się i krzyczą. Jest ich całkiem sporo, przed chwilą wszystkie siedziały przed jedną, maleńką chatką. Podchodzą do nas, ale nie zbliżają się bliżej niż na dwa-trzy metry, są ciekawskie, ale nieufne. Witamy je w suahili, ale nie odpowiadają. Kilkuletnie dzieci znają tutaj tylko język meru.

W pewnym momencie między bananowcami zaczyna pojawiać się coraz więcej pustych, foliowych torebek po najtańszych, tanzańskich alkoholach. Sterty pięćdziesięcio- i stumililitrowych saszetek po wódce i brandy zalegają po obydwu stronach drogi. Po przejściu kilkuset metrów docieramy do małego pubu. Bardzo tłocznego i głośnego mimo wczesnej pory. Rozmowy i śmiechy mężczyzn, pijanych od rana, nagle milkną. Zaskoczeni widokiem białasów po chwili zaczynają wykrzykiwać ‘Mzungu! Mzungu!’ a gdy znikamy z pola ich widzenia wracają do swoich rozmów.

Prócz misjonarzy chyba nikt biały się tu nie zapuszcza. Mijające nas kobiety, gdy zauważają, że Agnieszka mówi w suahili, zaczynają wypytawać: ‘A skąd jesteście? A co tu robicie? A po co tu przyszliście?’ Wydają się być strasznie zaskoczone tym, że ktoś z zewnątrz zapuścił się na ich teren. Ponoć Meru nie rozumieją pojęcia ‘turystycznych wypadów’. Dwóch Franciszkanów, którzy zdobyli szczyt góry, twierdzili, że ciężko było im namówić mężczyzn z plemienia by poszli z nimi. Nie bali się, szczytu nie otaczają żadne straszne mity czy legendy, ale po prostu nie widzieli powodu, dla którego mieliby iść w górę, na szczyt, który wiadomo gdzie jest, widać go codziennie, i tak samo jak wioska u stóp góry, nie jest miejscem, do którego chodzi się bez powodu. Wyprawa nie wydawała im się szczególnie atrakcyjnym pomysłem na spędzenie wolnego czasu. Bo jaki powód można mieć, by wspinać się tam wysoko, skoro wiadomo, że tam nic nie ma? Z góry na dół można iść, gdy chce się coś kupić, sprzedać, gdy trzeba iść do lekarza, ale na szczyt? Dlatego kobieta pytająca Agnieszkę po co idziemy w tamtą stronę wyglądała na bardzo zdezorientowaną i zadziwioną, że idziemy się przejść. ‘Tam? A dlaczego?’ ‘A, tak sobie, chcemy zobaczyć, co tam jest, pooglądać sobie.’ ‘Pooglądać? Ale co pooglądać?’ ‘Chcemy zobaczyć waszą górę’ ‘Chcecie pochodzić?’ ‘Tak, chcemy pochodzić.’ ‘Aha, dla sportu!’ To wydawało się być jedynym sensownym wyjaśnieniem dla kobiety, która spotkała i zagadała nas podczas spaceru. Do momentu, w którym wyjaśniliśmy, że wchodzimy na górę ‘dla sportu’, patrzyła na nas jak na wariatów, którzy idą gdzieś i nawet nie wiedzą gdzie, nie wiedzą po co, bo jak można iść gdzieś bez celu, jak można wybierać się na tak wyczerpującą, długą wyprawę, od tak, żeby sobie ‘popatrzeć’. A może jednak jest jakiś powód, dla którego nie należy chodzić zbyt wysoko? Jeden z franciszkanów twierdzi, że gdy pewnego dnia pojechał samochodem na samotną wyprawę w rzadziej zaludnione tereny, natknął się na wrogich, dzikich ludzi, których nie chciałby spotkać niechroniony przez kabinę terenówki. Nie opowiedział, co właściwie zaszło tam, gdzie chmury przykrywają wysokie partie góry, ale ostrzegł: ‘Nie wchodźcie za wysoko’.

Ale ciekawość jest silniejsza niż strach, więc wspinamy się w górę. Wciąż co kilkadziesiąt metrów mijają nas miejscowi: uśmiechnięci, serdeczni, spokojni, wymieniamy pozdrowienia, a gdy na wysokości około 2500 metrów nad poziomem morza robi się naprawdę zimno i Agnieszka owija się masajską shuką, którą zabieramy na spacer z braku innej ochrony przed zimnem, jedna z mijajcych nas kobiet mówi do mojej żony ‘ładnie wyglądasz’ i uśmiecha się serdecznie. Później spotykamy nauczyciela szkoły znajdującej się gdzieś u stóp góry, który w glinianej lepiance prowadzi mały sklepik. Zatrzymujemy się, by kupić butelkę wody, a on zagaduje nas, jak wszyscy, wypytuje o co się da, z tym, że po angielsku, wymieniamy się adresami pocztowymi i mailowymi, po kilku minutach serdecznej rozmowy rozstajemy się. Jak ci ludzie mogą być niebezpieczni, co stało się podczas wyprawy ojca Grzegorza? Kto mieszka za gęstą powłoką chmur? Nie chcemy się dowiadywać na własnej skórze co może przytrafić się białym w wysokich partiach Meru, więc postanawiamy zawrócić, gdy szeroka droga kończy się na podwórku jednego z domów. Docieramy do miejsca, z którego za szarą mgłą widać Makumirę i zielone prostokąty małych, uprawnych poletek nad nami. Z tego miejsca w stronę szczytu prowadzą już tylko wąskie dróżki wijące się między bananowcami. Robi się coraz zimniej, wyższe partie gór wyglądają na bardziej nieprzystępne, skończyła nam się woda, robimy się głodni, postanawiamy zawrócić.

Krzyż

14/08/2010, sobota

Zaraz po skończonym posiłku wskakujemy do Toyoty. Z hukiem zatrzaskujemy drzwi starej terenówki i szybko ruszamy dalej. Ojciec Michał cały czas nerwowo patrzy na zegarek i z maksymalną możliwą prędkością pędzi po bezdrożach. Tego dnia nie ma zbyt wiele czasu by obwozić nas po okolicy, ale koniecznie chce pokazać nam jedno miejsce.

Przez chwilę jedziemy drogą biegnącą przez zieloną równinę. Po obu stronach trawy i niewysokie drzewa, widoczność doskonała. Najpierw po naszej prawej, potem za plecami, Kilimandżaro i Meru. W końcu dojeżdżamy do wyboistego wzgórza. Strażnik pilnujący szlabanu oddzielającego nas od drogi na wzgórze obserwuje zbliżający się samochód, gdy rozpoznaje ojca Michała uśmiecha się serdecznie i podnosi zaporę. Zbocze jest strome i wyboiste, stare resory Toyoty zdają się w ogóle nie amortyzować wstrząsów, rzuca nami po całej kabinie. Jedziemy przez gęsty las. Po obu stronach drogi gdzieniegdzie wyłaniają się niewielkie, stare domki o konstrukcji nieprzypominającej budynki wznoszone przez miejscowych. To teren tutejszego instytutu rolniczego.

W końcu docieramy na szczyt wzgórza. Wyrównaną, wąską dróżką podjeżdżamy pod szary mur. Biało-czerwona tablica informuje: „Cmentarz wygnańców polskich, Tengeru”.

Losy polaków wysiedlonych z Kresów Wschodnich w odległe krańce Związku Radzieckiego nie są chyba jedną z tych kart historii, którą, choćby pobieżnie, znają wszyscy. Szczególnie losy tych, którzy na mocy układu Sikorski-Majski z 30 lipca 1941 roku pod opieką generała Andersa ruszyli wraz z jego armią na południe. Polacy wędrujący z wojskami generała zostali rozrzuceni po różnych zakątkach Azji, a także Afryki Wschodniej, gdzie w 1943 roku istniało ponad dwadzieścia obozów dla polskich uchodźców. W Tengeru, największym tego typu obozie, znalazło schronienie 5000 Polaków.

Do końca lat czterdziestych w sercu Afryki istniało ponad dwadzieścia polskich miasteczek, a w nich, zorganizowana przez Polaków i wspierających ich aliantów infrastruktura, konieczna do prowadzenia względnie normalnego życia. Szkoły, gospodarstwa, szpitale i przychodnie, świątynie chrześcijańskie i żydowskie, prężnie działały grupy młodzieżowe (harcerstwo, YMCA, zespoły sportowe i artystyczne), teatry, istniały boiska, korty tenisowe, kluby, do których chadzało się potańczyć… budynki użytkowane przez Instytut Rolniczy w Tengeru są pozostałością polskiego osiedla.

Życie w afrykańskich obozach dla polskich uchodźców nie było łatwe, jednak dużo bardziej znośne niż życie w Polsce w trakcie i bezpośrednio po drugiej wojnie światowej. Ale Tengeru, podobnie jak pozostałe polskie osiedla, było tylko przystankiem w tułaczce, która porozrzucała zamieszkujących je Polaków po całym świecie. W końcu zapadła decyzja o rozwiązaniu obozów i w Afryce zdecydowali się pozostać tylko nieliczni. Dziś śladem po tysiącach Polaków mieszkających w Tengeru są tylko niszczejące budynki i niewielki cmentarz.

Przekraczamy bramę. Na niewielkim skrawku ziemi otoczonej murem znajduję się sto kilkadziesiąt, może dwieście grobów. Po lewej groby katolików, po prawej protestantów, w głębi kilka nagrobków z gwiazdami Dawida. Teren sprawia wrażenie zaniedbanego. Idziemy centralną alejką wytartą krokami nielicznych gości, a może starannie wypieloną przez mężczyznę opiekującego się cmentarzem. Większość grobów i boczne ścieżki są porośnięte wysokimi trawami i chwastami. Przydaje to miejscu niezwykłej aury tajemniczości i mistyczności, ale nie pozostawia złudzeń co do tego, że mało kto pamięta o cmentarzu w Tengeru. Nad naszymi głowami wielkie drzewa magnolii i śpiew ptaków. Jest cicho i spokojnie. Znad horyzontu patrzy na nas Meru. Przechadzamy się między grobami. Tyle znajomo brzmiących nazwisk w tak odległym zakątku świata. Porośnięty bujną roślinnością cmentarz wygląda, jakby świat o nim zapomniał, a jednak raz na jakiś czas przypominał sobie o pochowanych na nim ludziach. Z zanurzonych w zielonej gęstwinie grobów wystają krzyże, na których napisy odnowiła grupa studentów z Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie. Na jednym z grobów przewrócony przez wiatr biały, plastikowy wazon, obok niego świeże kwiaty. Na nagrobku data 2007. Pochowana tutaj pani Sabina Szeliga opiekowała się cmentarzem wraz z panem Edwardem Wójtowiczem, ostatnim żyjącym w Tanzanii Polakiem, który mieszkał w obozie w Tengeru. Pan Edward jest właścicielem wytwórni jednych z najlepszych w Afryce Wschodniej serów i wędlin. Gdyby nie to, że o grobach pamięta jeszcze on, garstka polskich misjonarzy i nieliczni goście, którzy od czasu do czasu odwiedzają to miejsce, cmentarz obróciłby się w ruinę a czas wytarłby z krzyży nazwiska pochowanych na nim Polaków. Bo krzyże w Tengeru, położone po drugiej stronie równika, nie nadają się do bicia politycznej piany tak, jak krzyż pod pałacem prezydenckim, więc nie są tak bliskie sercom polityków. Po zlikwidowaniu polskiej ambasady w Tanzanii mężczyzna pilnujący cmentarza przez pół roku nie otrzymywał pensji i chyba tylko jego afrykańska cierpliwość sprawiła, że nie zostawił grobów na pastwę losu i nie poszedł szukać pracy, w której otrzymywałby bardziej regularne wypłaty. Innym razem okolice Tengeru odwiedził przedstawiciel polskich władz, który poinformowany o tym, że w pobliżu znajduje się sporej wielkości cmentarz, na którym pochowani są sami Polacy odpowiedział, że na zajęcie się wszystkimi polskimi cmentarzami w Afryce Wschodniej otrzymał sto pięćdziesiąt euro.

Choć miejsca takie jak Tengeru nigdy nie wzbudzały we mnie przypływu patriotycznych uczuć, do Makumiry wracam zafascynowany historią Polaków, których los z Kresów Wschodnich Rzeczpospolitej wyrzucił na Syberię a potem do Afryki. Jednak trudnym do zapomnienia jest niesmak, który pozostaje po opowiadanych przez ojca Michała historiach o tym, jak władze polskie obchodziły się z cmentarzem w ostatnich latach. Szczególnie teraz, kilka dni po powrocie do Polski, obserwując wszystko, co dzieje się dokoła krzyża przed pałacem prezydenckim, nie mogę nadziwić się temu, jak prawdziwym i aktualnym jest powiedzenie, mówiące, że ‘czego oczy nie widzą…’

Wyprawa na północ

26/07/2010, poniedziałek

Długa sobota

Podróż do Arushy planowaliśmy od dawna. Już w trakcie majowych wakacji chcieliśmy wybrać się właśnie tam, 600 kilometrów na północ, w okolice góry Kilimandżaro, jednak najpierw malaria a później praca w szkole uniemożliwiły wyprawy poza Dar. Dopiero pierwszy weekend lipca, wydłużony państwowym świętem, dał okazję by wybrać się na północ.

W sobotę zrywamy się skoro świt. Sanga, zaprzyjaźniony taksówkarz podjeżdża po nas około piątej rano. Zaspani lecz podekscytowani ruszamy w stronę dworca autobusowego. Kupujemy bilety na autokar linii Dar-Express i gdy wszystko zaczyna pomarańczowieć od wschodzącego słońca, z pomocą uprzejmego pracownika dworca odnajdujemy właściwy autobus.

Jak zwykle tłok, jak zwykle ścisk, jak zwykle wyścigi do ponumerowanych miejsc, agresywni podróżni przepychają się do środka nerwowo pohukując jeden na drugiego, w wąskie drzwi autokaru usiłuje wepchnąć się kilka osób na raz, wduszona w futrynę autobusowych drzwi kobieta kwiczy, do środka wpycha ją jakiś mężczyzna. Przygotowani na wszystko co może stać się w tłoku takim, jak ten, nie mamy nawet nic w kieszeniach. Tłum napiera na autobus. Między ludźmi krążą sprzedawcy gazet, wody i drobnych przekąsek, wyciągający swój skromny asortyment estetycznie poukładany w plastikowych koszykach wysoko w górę, tak, aby siedzący w autobusach mogli zobaczyć i wybrać to, na co mają ochotę. Czekamy spokojnie. W końcu każdy ma wypisany na bilecie numer swojego miejsca.

Dziesięć godzin w autobusie to sporo. Rano jest jeszcze przyjemnie, ale dzień jest słoneczny i upalny więc temperatura nieubłaganie wzrasta i gdy przekracza 30 stopni, robi się nieznośnie. Długi czas podróży dusznym autobusem umilają jedynie widoki za oknem. Przemieszczając się w kierunku północnym podziwiamy zmieniającą się przyrodę. Najpierw górujące nad oceanem zieleni kokosowe palmy, pod nimi bananowce. Plątanina traw i krzewów. Przez kurtynę lasu nie widać dosłownie nic. Taki krajobraz rozciąga się dziesiątki kilometrów poza granicami Dar. Potem stopniowo tropikalna gęstwina przerzedza się, a teren jest coraz bardziej górzysty. Między zielonymi trawami rosną coraz niższe drzewa liściaste, tutaj widać już horyzont, ale już niedługo zaczną go przesłaniać coraz wyższe, coraz bardziej skaliste i strome góry. Im dalej na północ tym roślinność porastająca stoki wzniesień będzie rzadsza. Ale zanim wjedziemy na tereny suchej sawanny i Maasailandu, obserwujemy rozciągające się po obu stronach drogi długie kilometry plantacji ananasów. Wyglądające z daleka podobnie do agaw rośliny, zasadzone w rzędach, zajmują każdy skrawek płaskiego terenu, od drogi po najniższe partie stromych gór.

Dalej rozciąga się sawanna. Tutaj nie ma zielonych bananowców i kokosowych palm. Piaszczystą ziemię porastają kępki wysuszonych traw, krzewy obsypane drobnymi listkami albo zupełnie wysuszone. Wszystko niskie, przytłoczone piekącym słońcem, korony drzew szerokie, wyglądają jakby ktoś rozdeptał ‘normalne’ drzewo. Życie tłoczy się przy ziemi w walce o przetrwanie, w walce o wodę. Nad gęstwinę drobnej roślinności udaje się wznieść tylko grubym, szarym pniom starych, bezlistnych baobabów i niektórym gatunkom kaktusów. Wielkie sukulenty rozmiarem przypominają średniej wielkości drzewa. ‘Pnie’ kilkumetrowej wysokości wieńczy gęsta, ciernista korona. Nawet tutaj, na spalonej słońcem ziemi, różnorodność życia zadziwia. Sawannę porastają setki gatunków roślin przystosowanych do wielomiesięcznych okresów suszy. Podczas krótkiej przerwy na wyjście do toalety (czyli wejście w wyżej opisane krzewy) wyskakuję z autobusu. Między kępkami suchej trawy mniejsze i większe krzaczki, tu i ówdzie plątaniny dziwnych, kolczastych sukulentów, szukam ustronnego miejsca. Nie chcę wchodzić między cierniste krzewy ani między kaktusy. Lepiej nie iść też za daleko, bo sawanna to dom wielu stworzeń, a niektóre z nich potrafią się bronić, gdy ktoś zakłóci ich spokój. W końcu znajduję zaciszne miejsce. Wydaje mi się, że jestem sam, a jednak spod moich stóp coś czmycha pozostawiając za sobą jedynie chmurę kurzu. Znika w krzakach tak szybko, że nie jestem w stanie stwierdzić co to było. Mysz? Jaszczurka? Wąż? Po ostatnim spotkaniu z zieloną mambą, która zagnieździła się w łazience naszego domu i za nic nie chciała opuścić wygodnej szpary w ścianie, uważniej niż przedtem patrzę pod nogi. Afrykańska przyroda dała nam wyraźnie do zrozumienia, że to my jesteśmy gośćmi w jej domu i nawet w zaciszu naszych własnych czterech ścian może odwiedzić nas jeden z jej mniej lub bardziej niebezpiecznych ‘wysłanników’. Ale tym razem, patrząc pod nogi uważniej niż zwykle, nie zauważyłem niczego. A jednak, coś tam było.

Po krótkiej przerwie ruszamy w dalszą drogę. Tu i ówdzie pośród szarego pustkowia skupiska kilku do kilkunastu domków. Maleńkie osady ludzi, którzy przystosowali się do życia w tym nieprzyjaznym środowisku. W oddali dostrzegamy stada bydła i ich pasterzy: masajskich chłopców, którzy w parach albo w pojedynkę przeganiają stada kóz lub krów z jednego miejsca na drugie, w poszukiwaniu pokarmu dla zwierząt. Ta sucha (o tej porze roku) górzysta kraina, to właśnie ich dom. Jesteśmy na terenach Maasailandu.

Jedziemy w stronę Moshi. Droga cały czas biegnie przez wysuszoną sawannę, z której wyrastają strome, skaliste zbocza. Chyba właśnie z takim krajobrazem zawsze kojarzyła mi się Afryka. Suche, wysokie trawy, pozbawione liści niewielkie krzewy i drzewa ze ‘spłaszczonymi’ koronami. Krajobraz z filmów na Discovery Channel. Takie widoki towarzyszą nam aż do Moshi. Niewielkie miasteczko to ważny węzeł komunikacyjny. Tutaj wielu pasażerów wysiada, inni wsiadają, na ulicach turyści z całego świata i tłum czekający na autobusy do różnych zakątków Tanzanii i dalej, do Kenii. Moshi to jedno z miejsc, z których rusza się na najmodniejsze afrykańskie wyprawy: na Kilimandżaro i do Serengeti.

Mijamy miasto. Powoli robi się nieco chłodniej. Jesteśmy coraz wyżej. Krajobraz znów się zazielenia, dokoła coraz więcej drzew, gdzieniegdzie pola kukurydzy, w końcu na horyzoncie dostrzegamy legendarny, ośnieżony szczyt. Najpierw mały i odległy, potem coraz bliższy, w końcu widoczny jak na dłoni po naszej prawej, przysłonięty jedynie smużką chmur, wydaje się być bardzo blisko. Z nosami przyklejonymi do szyby autobusu wpatrujemy się w śnieżną kopułę i podziwiamy majestat wielkiego Kilimandżaro. Najwyższy szczyt Afryki górujący nad horyzontem będzie towarzyszyć nam we wszystkie słoneczne dni naszego pobytu w okolicach Arushy.

W końcu docieramy do Makumiry. Maleńka wioska, w okolicach której franciszkanie mają swój dom, oddalona o kilkanaście kilometrów od Arushy, to cel naszej podróży. Wymęczeni wytaczamy się z autobusu i kierujemy się w stronę pobliskiej stacji benzynowej by odpocząć. Siadamy na chwilę w barze, którego klienci z obojętnością i spokojem przypatrują się reprezentacjom rozgrywającym któryś z eliminacyjnych meczy mistrzostw świata. Zamawiam zimne Kilimanjaro (całkiem niezłe tanzańskie piwo) i zamiast meczu przypatruję się szczytowi góry wystającemu znad dachu stacji benzynowej. Czekamy na kogoś kto dowiezie nas do ostatecznego celu naszej całodziennej wyprawy. W końcu zjawia się ojciec Grzegorz i wyboistą drogą, biegnącą między polem przepięknie kwitnących słoneczników a plantacją fasoli, dowozi nas do domu franciszkanów. Wysiadamy przed bramą. Stąd widok jest jeszcze bardziej niesamowity. Po prawej stronie Kilimandżaro, a po lewej góra Meru.

To co zadziwia nas za każdym razem gdy wydostaniemy się z Dar i spędzamy noc poza miastem, to cisza. W Segerei ciągle coś wyje, śpiewa, gra, krzyczy. Meczet, bar, kościoły, wesela, zwierzęta, sąsiedzi. W Morogoro, na Zanzibarze, w Arushy, gdy robi się ciemno, nagle wszystko zamiera. Ptaki idą spać, czasem nawet żaden świerszcz się nie odezwie, jakby świat się nagle skończył wraz z zachodem słońca. Jest ciemno i zupełnie cicho. Ciche, bezwietrzne noce w Tanzanii są wręcz straszne. Niepokojąco milczące, absolutnie bezdźwięczne. Jakby nagle cały świat dokoła znalazł się w próżni i żaden dźwięk nie mógł zakłócić spokoju nocy, choćby nawet chciał. Do tego w Arushy noce bywają… zimne! Temperatura czasami spada nawet poniżej 7 stopni. A podczas naszego pobytu nie jest chyba dużo wyższa, bo wieczorem zaczynamy trząść się z zimna, zakładamy polary, przykrywamy się kocami i wymęczeni całodzienną jazdą autokarem, zasypiamy.

Radość Meru

W niedzielę rano wsiadamy do starej, terenowej Toyoty. Za kierownicą ojciec Michał. Będzie odprawiać msze w dwóch kaplicach znajdujących się na terenie parafii franciszkanów. Jest chłodno. Zapinamy polary, zabrane z Polski specjalnie na wyprawę w okolice Arushy, a dłonie chowamy w ciepłych rękawach. Kto by pomyślał, że w Afryce może być tak zimno!

Toyota zaczyna wspinać się po zboczu Meru. Stare, twarde zawieszenie samochodu, dziury w glinianej drodze, wyżłobione przez ulewy podczas pory deszczowej i pośpiech ojca Michała, co chwilę nerwowo spoglądającego na zegarek, sprawiają, że jazda nie należy do komfortowych. Mimo tego, że wyruszyliśmy trochę za późno, co kawałek zatrzymujemy się by kogoś podwieźć. Ludzie wsiadają, wysiadają, podczas niedługiej drogi do kaplicy przez samochód przewija się kilkanaście osób. Pod dachem terenowej Toyoty po raz pierwszy spotykamy przedstawicieli plemienia Meru. Lud zamieszkujący zbocza góry i jej okolice wgląda zupełnie inaczej niż mieszkańcy wybrzeża. Jaśniejsza cera, wąskie nosy, włosy nie tak kędzierzawe jak u ludzi z plemion z gorętszych regionów, niektóre z jadących z nami dzieci wyglądają bardziej na mulatów, niż na potomków rodów od zawsze zamieszkujących Afrykę. Ale ich inność przejawia się nie tylko w wyglądzie. Meru mają swój język. Podobnie jak suahili wywodzi się z grupy bantu, ale brzmi zupełnie inaczej i nie jest do niego podobny na tyle, by znając tylko suahili dało się zrozumieć rozmowy ludzi gór. Oczywiście znają też suahili i rozmawiając z ojcem Michałem posługują się właśnie tym językiem, ale siedząc na tyłach samochodu, podczas rozmów ze sobą, mówią tylko w meru. Ukradkiem spoglądają na nas i coś mówią… W tym spojrzeniu, tonie rozmów, zachowaniu, też są inni. Inni niż mieszkańcy Dar. Spokojniejsi, cichsi, dyskretniejsi, jakby bardziej skryci, a może uprzejmiejsi… nie dają się ponieść zaskoczeniu na widok nowych twarzy tak, jak mieszkańcy wybrzeża. Nie są tak wylewni i otwarci. Są spokojni i na swój sposób dostojni. Jak góra, która ‘patrzy’ na nich codziennie.

Po obu stronach wyboistej drogi rosną bananowce. Pomiędzy zielonymi ‘pniami’ i przez gęstwinę liści widać niewiele. Rosnące jedna przy drugiej rośliny wyglądają jak chaotyczny, dziki las, ale gęsto rosnące palmy zostały zasadzone przez mieszkających na zboczu góry ludzi. Tak samo jak krzaki kawy, których owoce dojrzewają w cieniu wielkich liści nad nimi. Uprawa tych dwóch roślin to główne źródło utrzymania plemienia. Spomiędzy gęstej zieleni gdzieniegdzie wystają niewielkie domki. Wszystkie z płaskim dachem, zbudowane z cegły wypalanej z miejscowej gliny w specjalnych piecach, także budowanych rękami Meru. Życie plemienia toczy się wokół miejsca, w którym mieszkają. Ze stoków schodzą tylko w sytuacjach wyjątkowych lub by sprzedać w punkcie skupu banany i owoce kawy. Są samowystarczalni, spokojni i szczęśliwi w swoim świecie.

Dwugodzinna msza święta na górze zostaje odprawiona dla bardzo nielicznej grupy. Ale tak jak we wszystkich miejscach, które dotychczas odwiedziliśmy, liczebność chóru i wiernych na mszy nie stanowi o jakości oprawy eucharystii. Nieliczny ale przepięknie śpiewający chór i chłopcy przygrywający na instrumentach perkusyjnych własnej roboty nadają niepowtarzalnego charakteru niedzielnej uroczystości. Jednak końca mszy wyczekujemy z niecierpliwością i nerwowo przebieramy palcami w butach by choć trochę rozgrzać stopy, bo siedząc na ławce w niewielkiej kapliczce na wysokości około dwóch kilometrów nad poziomem morza, marzniemy coraz bardziej.

Później zjeżdżamy kilkaset metrów w dół. Jesteśmy znów w okolicach Makumiry, znów widzimy dwa szczyty wyrastające nad otaczającą nas zieloną równiną. Podczas kolejnej, odprawianej przez ojca Michała mszy, idziemy przejść się po wiosce.

Różnorodność wszystkiego co żyje w tych okolicach, zadziwia. Właściwie każde z drzew rosnących na płaskim, trawiastym terenie, wydaje się być rośliną innego gatunku. Każdy krzak jest inny. Te, które kwitną, są gęsto obsypane kolorowymi kwiatami. Pośród wysokich traw gdzieniegdzie widać wielkie agawy. Słyszymy śpiew wielu różnych gatunków ptaków, niektóre z nich udaje nam się dostrzec, a na wąskiej dróżce prowadzącej z niewielkiego kościółka do pobliskiego domu, spotykamy żółwia.

Nasz powolny spacer po drodze przez równinę przyciąga uwagę miejscowych. Dzieci idą za nami, zagadują, mijające nas kobiety pytają skąd jesteśmy, co tu robimy, jak się tu znaleźliśmy, z kim przyjechaliśmy… wszyscy są ciekawi nowych, jasnoskórych twarzy, a gdy orientują się, że mówimy w suahili cieszą się, że mogą nie tylko sobie na nas popatrzeć, ale też porozmawiać. Oczywiście nie jest tak, że widzą białych po raz pierwszy, ale wiedzą, że mało kto zapuszcza się w ich rejony i prócz kilku znajomych misjonarzy pewnie nieczęsto widują białasów w swojej wiosce. Stąd masa pytań, śledzące nas dzieci… Zwykła, życzliwa, ludzka ciekawość tego, kim są przybysze.

Po dwóch godzinach chodzenia po drogach, krzakach i polanach w wiosce, wracamy w okolice kościoła. Okazuje się, że ta niedziela jest dniem szczególnym. Podczas mszy oficjalnie mianowanymi i poświęconymi zostaje zastęp dzieci papieskich. Choć nie za bardzo mamy pojęcie o co z tymi dziećmi papieskimi chodzi i nie uczestniczyliśmy we mszy, zostajemy zaproszeni do wspólnego świętowania z mieszkańcami wioski.

Nie do końca wiedząc jak się zachować i czy powinniśmy uczestniczyć w uroczystości przygotowanej przez mieszkańców wioski dla nich samych, stajemy z boku i obserwujemy. Wszyscy rozmawiają, długo i wylewnie, po afrykańsku, w grupach, później fotografują się z dziećmi, my czujemy się coraz bardziej wyobcowani. Ktoś zaprasza nas do zajęcia miejsc na plastikowych krzesłach pod rozłożystym drzewem. Jednak jako, że nikt inny jeszcze nie usiadł, ciągle stoimy z boku i przypatrujemy się towarzyskim rozmowom wiernych, dzieciom w odświętnych biało-żółtych strojach, które po skończonej sesji zdjęciowej zaczynają bawić się w ziemi… W końcu mężczyźni wynoszą ławki z kościoła, stawiają je pod drzewem i wszyscy siadają. Zachęceni po raz kolejny by do nich dołączyć, siadamy i my.

Rozmowy zgromadzonych w cieniu rozłożystego drzewa mieszkańców wioski milkną. Po chwili cichego wyczekiwania ktoś daje dzieciom sygnał by wyszły na środek. Zaczynają śpiewać i tańczyć w dwóch rzędach. Nieśmiałe ruchy rąk, drobne kroki do przodu i do tyłu, znane nawet nam kościelne pieśni są kontynuacją tego, co działo się podczas mszy. Między kolejnymi piosenkami krótkie przerwy. Dzieci ustalają między sobą co zaśpiewają, lub ktoś podpowiada im tytuł… śpiewają ładnie, czysto, cicho, jakby nieśmiało, poruszają się tak samo. Drobnymi, tanecznymi ruchami w rytmie pieśni. Po kilku utworach kobiety dołączają do chóru. Śpiewają głośniej niż dzieci, niektóre podkreślają radosny charakter uroczystości typowymi, afrykańskimi okrzykami. Trudno to opisać. Wysokością dźwięku i natężeniem przypomina to trochę jodłowanie. Ale brzmienie okrzyku jest zupełnie inne. Coraz więcej kobiet powstaje, zaczynają tańczyć, w końcu bęben zaczyna wybijać rytm. Zrobiony z puszki, na którą naciągnięto skórę, uderzany z góry i z boku, hipnotyzuje uczestników uroczystości. Dzieci ustawiają się w krąg, dokoła lub wewnątrz którego tańczy jedna albo więcej kobiet. Zaczynają rozbrzmiewać pieśni w języku meru. Już nie jesteśmy uczestnikami nabożnej, kościelnej uroczystości. Szalony, szybki rytm bębnów i grzechotek, które w międzyczasie dołączają do sekcji rytmicznej, szał w oczach tańczących kobiet i same tańce przypominają bardziej obrzędy plemienne, które odbywały się tutaj na długo przed przybyciem pierwszych misjonarzy. Ale zarówno słowa pieśni jak i doskonale skoordynowane, zmieniające się co chwila układy taneczne, znają wszyscy. Dzieci tańczą w kręgu krocząc do przodu, do tyłu, ich całe ciała wykonują najprzeróżniejsze ruchy, których nie jestem w stanie opisać, drżą w rytmie muzyki, tańczą klęcząc na ziemi, to znów wstają, wyginają się na wszystkie strony, cały czas w kręgu, który musi coś symbolizować… jedność społeczności, cykliczność zdarzeń, może zmienność pór roku… a wraz z nimi tańczą kobiety, wirujące wewnątrz koła, szalone układy taneczne dzieci i kobiet w kręgu zmieniają się co chwila. Zastanawiam się co to wszystko znaczy, o czym są pieśni, co symbolizują ruchy poszczególnych osób, czy Meru wiedzą, o czym ‘mówi’ ich taniec i kiedy po raz pierwszy w cieniu wielkiego drzewa tańczono właśnie tak. Radosna uroczystość kościelna przemieniła się w plemienne święto podczas którego przypomina się i kultywuje zawarte w tańcu i śpiewie prawdy i przy pomocy tańca i śpiewu wyraża się radość. Radość z powodu szczególnego wydarzenia, radość z bycia razem, radość z bycia Meru, radość z bycia dziećmi Afryki.

Wejrzenie pod nawróconą skórę Afryki, podejrzenie dziedzictwa Meru przez uchylone drzwi ich niezwykłej kultury, było niezwykłym, niemalże metafizycznym przeżyciem, praktycznie niemożliwym do opisania, tak, jak cała kultura Afryki. Trudna do zrozumienia nie tylko przez barierę tysięcy języków, z których praktycznie tylko garstka jest zapisywana, ale przede wszystkim dlatego, że prawdziwym wyrazem tej kultury jest śpiew, taniec, rytm. Emocje, historie, symbole są zawarte właśnie w muzyce. Zrozumienie i opisanie ich pełnego znaczenia przez pryzmat naszej, europejskiej kultury pisma, jest praktycznie niemożliwe. Meru, tak jak cała Afryka, to coś więcej niż kultura. Kulturę da się opisać i zrozumieć. Afryka to stan umysłu.

Gdy pieśni ucichły i wszyscy znów usiedli na swoich miejscach, rozpoczęła się kolejna część uroczystości: uczta. Z pobliskiego domu kobiety wyniosły wielki gar pilau, naczynie z ryżem z warzywami i pysznym daniem z koziego mięsa, pływającego w sosie nieco przypominającym indyjskie biryani. Po raz pierwszy podczas pobytu w Afryce jedliśmy mięso kozy. Jest dość twarde, ale smaczne, w smaku przypomina trochę połączenie baraniny z golonką. Nie obyło się też bez ‘odświętnej’ skrzynki pepsi. Wszyscy, od najmłodszych do najstarszych, zajadali ze smakiem. Nawet najmniejsze dzieci, które tak samo jak dorośli, dostały wielkie, kopiaste porcje ryżu z mięsem, zostawiały na talerzach tylko obgryzione kości. Wysokobiałkowy, mięsny posiłek to w bantuskiej diecie raczej odświętna rzadkość. Na co dzień je się tu raczej ryż i ugali z minimalnym dodatkiem warzyw, mięso nie jest stałym elementem diety.

Oszołomieni pierwszym spotkaniem z kulturą Meru zapragnęliśmy poznać to niezwykłe plemię lepiej. Już niedługo wybierzemy się na wyprawę w stronę szczytu góry będącej domem tego ludu, ale w dzień niezwykłej uroczystości, tuż po skończonej uczcie musieliśmy ruszyć w dalszą drogę, bo kilka kilometrów dalej czekały na nas kolejne, niemniej zaskakujące, niezwykłe odkrycia, tym razem związane z kulturą i historią dużo bliższą nam (i czytelnikom też :) ).

Drodzy Czytelnicy. Ze względu na prozaiczne problemy techniczne ten post jest ostatnim ‘nadanym’ z Tanzanii. Kolejne posty, zdjęcia i być może filmy zamieścimy dopiero po powrocie do Polski. Około 10 sierpnia – wracamy do Was.

Dom Pokoju

14/07/2010, środa

Czy chrześcijanie i muzułmanie mogą żyć razem, na terytorium jednego kraju, bez nieporozumień, ekstremistycznych wystąpień i ataków? Czy mogą razem pracować, uczyć się, korzystać z tych samych praw i przywilejów, usług tych samych instytucji, czy mogą żyć obok siebie i nie popadać w konflikty? Czy jest możliwym, by katolikom nie przeszkadzało sąsiedztwo meczetu, a wyznawców Allaha nie obrażał krzyż? Mieszkańcy Tanzanii wiedzą, że tak.

Pokojowe współistnienie

Mieszkając w dzielnicy Segerea, na przedmieściach Dar es Salaam, w dzień i w nocy słyszymy nawoływania z minaretów i obrzędy ze świątyń chrześcijan. Życie religijne dzielnicy jest bogate i różnorodne. Obok licznych, mniejszych i większych, meczetów wzniesiono świątynie ponad dziesięciu wyznań chrześcijańskich: katolickiego, luterańskiego, pentakostalnego, świadków Jehowy, wyznawców Kościoła nowoapostolskiego, Narodowego Kościoła Tanzanii i jego odłamu, Evangelist Assemblies of God Tanzania, Church of God of Prophecy, Adwentystów Dnia Siódmego, Braci Morawskich i innych wyznań. W centrum i pozostałych dzielnicach znajdują się, między innymi, kościoły anglikanów i mormonów, a także świątynia sikhów. Oczywiście nie tylko Dar es Salaam jest domem rozmaitych religii i wyznań. Nawet na Zanzibarze, będącego częścią Tanzanii od 1964 roku obok licznych meczetów stoi świątynia wyznawców hinduizmu, kościoły katolików i anglikanów i innych wyznań protestanckich, których obecność nie prowokuje większych napięć na tle religijnym, mimo tego, że ponad 90% mieszkańców wyspy to Muzułmanie. W kontynentalnej części kraju Islam i Chrześcijaństwo mają mniej więcej tyle samo zwolenników, szacuje się, że każdą z religii wyznaje około 30-40% społeczeństwa (dokładnych danych brak. 80 – 90% muzułmanów to Sunnici). Pozostała Tańczyków to wyznawcy religii plemiennych, animistycznych, bahaici, praktykujący szamanizm, czarownictwo, a także plemiona ‘tradycyjnie ateistyczne’, które (tak jak Masajowie) nie uznają istnienia boga czy bogów, ale nie wyklucza to wiary w duchy, magię i praktykowania różnych obrzędów przypominających religijne. Jednak wiele wschodnioafrykańskich pierwotnych wierzeń zanika pod wpływem licznych działań misjonarskich.

Mimo tej ogromnej różnorodności nie widać żadnych konfliktów między wyznaniami, choć w swoich naukach kapłani chrześcijańscy i imamowie często krytykują inne religie lub ich odłamy. Ale tu każdy interpretuje i wprowadza wiarę w życie ‘na swój sposób’. Niektóre muzułmańskie kobiety noszą typowe, kolorowe, afrykańskie stroje, ich suknie odkrywają ramiona i część pleców, a włosy przysłania luźno przewiązana półprzezroczysta chusta, inne ubierają się od stóp do głów w czerń. Przez wąską szparę w masce bui-bui widać tylko oczy. Dzieci wielu wyznawców islamu chodzą do szkół prowadzonych przez katolickie misje. Rodzicom nie przeszkadza obowiązkowa nauka religii i modlitwy. Osobiście znamy pijących alkohol muzułmanów i katolików przystępujących do komunii świętej mimo życia w konkubinatach. Takiego stosunku do wiary nie akceptują księża ani imamowie, jednak brak radykalizmu w podejściu do nauk wyklucza ekstremistyczne działania. W Tanzanii nie ma protestów przeciw budowie takiej czy innej świątyni ani zamachowców samobójców atakujących wyznawców innych religii.

Potencjalnym zarzewiem konfliktów wewnętrznych mogłoby być także zróżnicowanie etniczne kraju, zamieszkiwanego przez około 130 plemion, imigrantów z krajów sąsiednich oraz Hindusów i Arabów. Jednak Tanzania nigdy nie zaznała tragedii wojen między zwaśnionymi plemionami, które pochłonęły miliony ofiar w sąsiadujących z nią Rwandzie, Burundi, Kongo i w innych częściach Afryki. Również konflikty na tle politycznym nigdy nie pociągnęły za sobą ofiar śmiertelnych na taką skalę jak w wielu krajach kontynentu. Przykładem państwa, w którym wybory, referendum i inne istotne wydarzenia polityczne często wiążą się z krwawymi zamieszkami jest lepiej rozwinięty, bogatszy sąsiad Tanzanii: Kenia.

Jak to możliwe?

Zamieszkiwany przez około 40 milionów ludzi kraj od początku swojego istnienia uniknął większych konfliktów wewnętrznych. Na straży ‘pokojowego współistnienia’ różnorodnych grup religijnych stoi konstytucja, zapełniająca pełną wolność wyznania każdemu obywatelowi i wolność zakładania nowych ruchów czy kościołów. Wystarczy zebrać dziesięciu wyznawców i uzyskać pozytywną rekomendację lokalnych władz. Poza dwoma przypadkami odmowy rejestracji na częściowo autonomicznym Zanzibarze, nie wiadomo nic o przypadkach tłumienia rozwoju nowych ruchów religijnych w Tanzanii.

Prawo zakazuje dyskryminacji i na każdym kroku stara się wprowadzić równość między dwoma wielkimi religiami. Nawet ilość dni wolnych od pracy jest taka sama dla muzułmanów i chrześcijan: cztery dni. W związku z tym uroczystość Bożego Ciała obchodzona jest w niedzielę po święcie. Faworyzacja jakiejkolwiek grupy religijnej jest w Tanzanii surowo zakazana.

Zwyczaj sprawowania władzy przez prezydenta muzułmanina w jednej i chrześcijanina w kolejnej kadencji nie jest prawem konstytucyjnym, a zwyczajowym, jednak by uniknąć jakichkolwiek napięć przestrzega się go i nikt przeciw niemu nie protestuje. Prawo zakazuje organizacjom religijnym wtrącania się do polityki, a politycy nie mogą używać retoryki, która mogłaby zachęcić do głosowania na nich wyznawców tylko jednej religii. Za prowadzenie kampanii w świątyniach można trafić do więzienia.

Te i inne zasady wyrażone są nie tylko w prawodawstwie. Tolerancja to istotny element narodowej tożsamości Tanzańczyków. Tożsamości, z której są niezwykle dumni.

Nauczyciel

By zrozumieć jak doszło do powstania tolerancyjnej mentalności w kraju tak zróżnicowanym pod względem etnicznym i religijnym, trzeba przyjrzeć się historii Tanzanii, jej powstaniu i twórcy narodu, który przez ponad dwadzieścia lat rządził krajem.

Pod koniec lat pięćdziesiątych, w obliczu nasilonych działań ruchów narodowowyzwoleńczych w całej kolonialnej Afryce, Anglicy wiedzieli, że odzyskanie niepodległości przez znajdującą się pod ich protektoratem Tanganikę (obecne terytorium Tanzanii bez Zanzibaru) jest tylko kwestią czasu. Dlatego z entuzjazmem przyjęli pojawienie się Juliusza Nyerere, stojącego na czele dążącego do wyzwolenia spod władzy kolonialnej TANU (Tanganyika African National Union). Przed rozpoczęciem kariery politycznej Nyerere pracował jako nauczyciel, był absolwentem uniwersytetu w Edynburgu, zwolennikiem Gandhiego, jego racjonalne podejście do polityki sprawiło, że Anglicy zaufali ruchowi, na którego czele stał, i w sierpniu 1960 zezwolili na wolne wybory do Rady Legislacyjnej Tanganiki, w wyniku których TANU zajęło 70 na 71 miejsc. Nyerere został mianowany premierem a 9 grudnia 1961 ogłosił niepodległość Tanganiki. W 1962 wybrano go na prezydenta kraju, ogłosił suahili językiem oficjalnym i nakazał nauczanie go w szkołach. Była to jedna z ważniejszych decyzji, której skutki widoczne są po dziś dzień. Tanzania to jeden z niewielu krajów Afryki, w którym mimo zróżnicowania etnicznego dominującym i powszechnie używanym jest jeden język. Ponadto Nyerere pozbawił władzy przywódców plemiennych, przez co stracili oni wpływ na kształtowanie tożsamości mieszkańców Tanganiki. Dalsze posunięcia prezydenta przybierały coraz mniej demokratyczną postać, a ich nadrzędnym celem było stworzenie zjednoczonego, dużego, silnego narodu, bo jak mawiał Nyerere, „Małe narody są jak nieprzyzwoicie ubrane kobiety. Prowokują podboje”. W 1963 prezydent stwierdził, że najlepszym rozwiązaniem dla Tanzanii będzie system jednopartyjny. TANU (później CCM, Chama Cha Mapinduzi – Partia Rewolucji) stało się jedynym legalnym ugrupowaniem politycznym. W 1964 po krwawych zamieszkach na Zanzibarze, wyspa została przyłączona do Tanganiki i tak powstała Zjednoczona Republika Tanzanii.

W połowie lat sześćdziesiątych sytuacja kraju, wówczas jednego z najbiedniejszych na świecie, była tragiczna. Średnia długość życia wynosiła 35 lat, brakowało dosłownie wszystkiego, zaledwie 10% ludności potrafiło czytać i pisać, a stu dwudziestu obywateli posiadających dyplomy ukończenia wyższych uczelni nie mogło wystarczyć do stworzenia silnej elity intelektualnej, która pomogłaby rozwiązać problemy Tanzanii.

Ale prezydent Nyerere nie potrzebował elit i doradców. W lutym 1967, w mieście Arusha, na północy kraju, wygłosił przemówienie, znane jako Deklaracja z Arushy. Stało się ono manifestem programowym polityki prezydenta, którą konsekwentnie wprowadzał w życie przez następne osiemnaście lat.

Deklaracja była manifestem socjalizmu w wersji wschodnioafrykańskiej. Zgodnie z nią istniejące przedsiębiorstwa upaństwowiono, a obywateli zachęcano do tworzenia wiosek Ujamaa, w których wspólnie mieli żyć, pracować, produkować dobra (tylko rolne – rozwój przemysłu został zaniedbany, skutki tych posunięć Tanzania odczuwa do dzisiaj). Deklaracja zakładała także nadanie wioskom i ich mieszkańcom prawa stanowienia o własnym losie i działania bez ingerencji rządu (która, biorąc pod uwagę brak dróg i powierzchnię kraju, trzykrotnie przekraczającą powierzchnię Polski, w pewnych rejonach byłaby praktycznie niemożliwa). Władze miały zapewniać tylko środki do produkcji rolnej, edukację i podstawową infrastrukturę. Mało kto był skłonny do przeprowadzania się w odległe krańce kraju do Ujamaa. 20% ludności, które z własnej woli przeniosło się do kolektywów można i tak uznać za propagandowy sukces Nyererego. Tak niewielka ilość obywateli skupionych wokół produkcji rolnej nie mogła wystarczyć by poprawić sytuację Tanzanii, więc w 1972 zaczęto przesiedlenia przymusowe, w wyniku których około 80% ludności zmuszono do przeprowadzki.

Paradoksalną zaletą (z dzisiejszego punktu widzenia) takiego rozwiązania było wymieszanie ludzi z odległych części kraju, z różnych plemion, mówiących różnymi językami i postawienie ich w sytuacji, w której musieli nauczyć się posługiwać jednym językiem: suahili. Wokół języka zbudowano poczucie wspólnoty narodowej oraz wcielano w życie słowa Nyererego zawarte w Deklaracji z Arushy: „socjalizm nie ma służyć czarnym, brązowym, białym ani żółtym. Celem socjalizmu jest służenie człowiekowi niezależnie od koloru jego skóry, […] niezależnie od umiejętności, zdolności i innych cech. A ekonomiczne instytucje socjalizmu, które teraz tworzymy […] mają służyć ludziom w naszym społeczeństwie.” W nowym państwie nie mogło być mowy o konfliktach na tle etnicznym czy religijnym.

Skrajna nędza i sytuacja wrzucenia w kolektywy produkcyjne, w których jeden człowiek (dosłownie) nie rozumiał drugiego sprawiały, że ludzie chętnie (lub z braku innych możliwości) przyjmowali ideologię i nową, tanzańską tożsamość narodową, na którą składał się język, duma z plemiennych korzeni i umiejętność stanięcia ponad religijnymi i etnicznymi podziałami. Mimo, iż słowa ‘socjalizm’ dziś już prawie nikt nie pamięta, podstawowe wartości propagowane w czasach Ujamaa i język suahili są nadal żywe.

Dziedzictwo

Po odejściu Nyererego na emeryturę w 1985 zarzucono politykę Ujamaa i zrezygnowano z propagowania znacznej części socjalistycznych ideałów (jednak pierwsze, wolne wybory odbyły się dopiero w roku 1995). Po niespełna dwudziestu latach rządów Nyererego kraj był zrujnowany i zadłużony. Zależny od pomocy z zewnątrz. Stosunkowo łagodny system totalitarny musiał coraz bardziej ‘przykręcać śrubę’ i w 1979 roku w Tanzańskich zakładach karnych odsiadywało wyroki więcej więźniów politycznych niż w RPA.

Polityki Nyererego nie można jednak uznać za całkowitą porażkę. Z niczego stworzył naród posługujący się jednym językiem, o mentalności, która do dzisiaj zapewnia wewnętrzną stabilność i spokój w kraju. Na początku lat 80 współczynnik analfabetyzmu wynosił zaledwie 10%, prawie wszyscy mieli dostęp do wody pitnej, służby zdrowia i szkół.

Po dziś dzień Tanzańczycy pamiętają właściwie tylko o zaletach i zasługach ‘Baba wa Taifa’ (Ojca Narodu), ‘Mwalimu’ (Nauczyciela), jego imieniem i przydomkami nazywają szkoły i różne budynki użyteczności publicznej. Twarz byłego prezydenta na wyblakłych bilbordach w Dar es Salaam przypomina, kto stworzył naród, podobizny Nyererego wiszą oprawione w złocone ramki w sklepach, maluje się je na murach szkół. Wielki ‘Mwalimu’ wciąż patrzy. ‘Nyerere Day’, rocznica śmierci prezydenta, to święto państwowe. Partia Rewolucji nawet teraz, 15 lat po wprowadzeniu systemu wielopartyjnego, wygrywa wszystkie możliwe wybory, a opozycja w organach rządzących to symboliczna mniejszość. Julius Nyerere i jego dziedzictwo to świętości, o których nie wolno powiedzieć złego słowa, a ostatni biały wykładowca uniwersytetu w Dar es Salaam, który ośmielił się skrytykować byłego prezydenta, z hukiem wyleciał z pracy. Ale propagandowa, polityczna świętość przywódcy nie wystarcza Tanzańczykom. W roku 2005 rozpoczął się proces beatyfikacyjny Juliusa Kambarage Nyerere.

Za różowymi okularami

Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że historia kontaktów muzułmańsko-chrześcijańskich w Tanzanii to piękna bajka o przyjaźni, wzajemnym poszanowaniu i relacjach, na które nigdy nie padł cień niezgody. Prawdą jest, że Tanzańczycy to naród spokojny, nieskory do waśni i bratobójczych walk, ale tutaj również dogmatyczne spory czasem prowadzą też do rękoczynów.

Na Zanzibarze nie tylko treści świętych ksiąg i sposób ich interpretacji są zarzewiem konfliktów. Praktycznie każde wybory to czas bardzo niespokojny. Podejrzenia o fałszerstwa, prześladowania zwolenników silnej, zanzibarskiej opozycji, zamieszki i gwałtowne protesty są tu standardem. Ataki na kościoły chrześcijan w 2004 stanowią poważną rysę na względnie pokojowej historii stosunków chrześcijańsko-muzułmańskich na wyspie i w kraju.

W dawnej Tanganice sprawy mają się lepiej, choć kości niezgody nie brakuje. Muzułmanie protestują przeciw sprzedaży wieprzowiny w sklepach mięsnych, doprowadziło to nawet do zdemolowania trzech takich sklepów w roku 1993. Sen z powiek chrześcijan spędzają głośne i długie wezwania na modlitwy o 4.30 rano, płynące z głośników umieszczanych na minaretach. Różnice w doktrynach obu religii prowadzą do sporów i nieporozumień. Szczególnie tzw. ‘comparative preaching’ (kazania porównawcze), gdzie kapłani jednej religii udowadniają na przykładach z Koranu i Biblii, że przedstawiciele ‘przeciwnego obozu’ nie mają racji. Takie kazania dały początek najpoważniejszemu, wielostronnemu konfliktowi między chrześcijanami, muzułmanami i państwem w lutym 1998 roku w Mwembachai. Nastroje podsycane przez imamów i grupę modlitewną ‘Biblia jest Odpowiedzią’ (która podobno podczas publicznych wieców wyśmiewała proroka Mahometa, co miało być odpowiedzią na obrażające chrześcijan nauki imamów związanych z miejscowym meczetem) przerodziły się w kilkudniowe zamieszki, walki uliczne, akty wandalizmu (zniszczono około 100 samochodów) i kradzieży, zakończone interwencją policji, która użyła ostrej amunicji. Zginęło dwóch uczestników zajść, sześciu zostało rannych.

Kryzys w Mwembachai był jedynym tak poważnym konfliktem między chrześcijanami a muzułmanami w Tanzanii. Poza nim i kilkoma aktami wandalizmu czy protestu kraj nigdy nie miał większych problemów z fundamentalizmem i walkami między zwolennikami wielkich religii. W stosunkach między chrześcijanami a muzułmanami panuje duch zgody i poczucie ponadreligijnej, narodowej wspólnoty. Nasuwa się tylko jedno pytanie: czy to naprawdę duch zgody, czy duch Nyererego? Czy kiedy świętość przywódcy zostanie podważona skończą się czasy pokoju i rozpoczną wewnętrzne wojny? Jedność narodowa Tanzańczyków z pewnością zostanie poddana niejednej próbie i pozostaje mieć nadzieję, że historia kraju, która właściwie dopiero co się zaczęła, zawsze będzie przykładem pokojowego współistnienia chrześcijan, muzułmanów, ponad setki plemion i mniejszości narodowych. Przykładem dla wielu krajów, nie tylko Afryki.

Mikrobiznes 2

08/07/2010, czwartek

Sprzedawcy ubrań, kobiety z warzywami, manicurzyści, sprzedawcy drobnego, plastikowego AGD, dzierżący towar na głowach, w dłoniach lub pchający go na wózkach wypchanych po brzegi kolorowymi miskami, kubkami, czajnikami, zbiorniczkami, pojemniczkami, szczotkami do toalet, miotłami itp., sprzedawcy trutek i pułapek na szczury, których rowerowe sklepy wyglądają jak obwoźne muzea miniaturowych narzędzi tortur, głośno obwieszczający przez skrzeczące megafony, że tylko ich towar może uwolnić świat od gryzoni, uliczni szewcy, którzy za jedyne 500 szylingów potrafią wskrzesić z pozoru nieodwracalnie uszkodzone obuwie, na czas naprawy wypożyczający parę klapek lub butów, by klient nie musiał tracić czasu podczas czekania na realizację zamówienia i mógł w czasie naprawy załatwić wszystko, co ma w okolicy do załatwienia… wszyscy oni sprawiają, że powolne, afrykańskie życie Segerei może toczyć się w swoim rytmie, bo po co spieszyć się na zakupy, skoro zakupy mogą przyjść do ciebie!

Centrum

W Kariakoo, Mnazi Mmoja i innych tłocznych, handlowych dzielnicach istotną branżą ulicznego mikrobiznesu jest gastronomia. Głodni, spragnieni ludzie przesiadujący w sklepach, tkwiący w wiecznych korkach w okolicach centrum, prędzej czy później stają się klientami jednego z tysięcy mężczyzn (tak, ta branża to też ich domena) z wodą i drobnymi przekąskami.

Mała gastronomia

‘Maji, maji’ – wykrzykują sprzedawcy wody krążący między autobusami i samochodami. Charakterystycznymi, głośnymi cmoknięciami informują, że za chwilę za szybą pojazdu pojawi się ręka unosząca w górę koszyk lub karton z zimnymi napojami. Szybkim krokiem, chodnikami centrum, slalomem między przechodniami, krążą sprzedawcy orzeszków ziemnych. Rytmicznie podrzucając stosik kilkudziesięciu monet dają znać wszystkim, których zaczyna dręczyć ‘mały głód’, że oto zbliża się przekąska. Na okrągłych, płaskich koszach z wklęsłym dnem, oprócz rozsypanych luzem, sprzedawanych na łyżki, orzeszków ziemnych, często mają też cukierki, ciastka i papierosy. Na ulicach centrum przez cały dzień można też kupić sprzedawane z dwukołowych wózków kawałki ananasów, kokosy albo pomarańcze, wypełniające wielkie kosze zwisające z dwóch stron rowerowych bagażników, misternie obierane przez sprzedawców w przedziwny, tanzański sposób (obierają je jak jabłka, usuwając tylko cienką, wierzchnią, żółto-zieloną warstwę skórki).

Rano na ulicach całego miasta kobiety rozpalają prymitywne paleniska, zbudowane ze starej felgi samochodowej lub składające się z trzech kamieni położonych na ziemi, na których kładą podobną do woka patelnię. Na niej smażą korzenie kassawy lub pączki mandazi. Niektóre serwują też herbatę i podają pełne, afrykańskie śniadanie w skleconych z odpadów i gałęzi budkach, pełniących tu rolę restauracji fast food. Koło południa na ulicę wytaczają swe wózki sprzedawcy trzciny cukrowej. Pokrojona w grube plastry, sprzedawana po 100 Szylingów za 5-6 kawałków, można ją kupić dosłownie na każdym rogu. Cieszy się dużą popularnością. Doskonale tłumi uczucie głodu, naturalny cukier pobudza i daje siłę by dotrwać do popołudnia, gdy na ulicy lub w domu można zjeść coś konkretnego. A wieczorami, na wracających z pracy i szkół, wygłodniałych mieszkańców Dar, czeka spory wybór przekąsek.

Smażone na małych, prostokątnych grillach kolby kukurydzy i szaszłyki mshikaki podawane ze smażonymi bananami lub frytkami, owoce morza, usmażone w głębokim tłuszczu, pokrojone w kawałki, wystarczy stanąć obok stoiska, wziąć wykałaczkę, na którą nadziewa się kawałki kalmara lub ośmiornicy, po 100 szylingów za kawałeczek, zanurzyć ją w aromatycznym, ostrym sosie i tak oto można najeść się do syta czekając na autobus, podczas drogi do domu, która często trwa bardzo długo. Z centrum na przedmieścia czasem jedzie się nawet kilka godzin. A jeśli ktoś woli zjeść morskie pyszności w domowym zaciszu, może ‘na wynos’ zakupić usmażoną w całości mackę ośmiornicy albo torbę krewetek.

Najbardziej charakterystycznymi dostawcami usług gastronomicznych są sprzedawcy wieczornej kawy. W Dar zwyczaj picia tego trunku właśnie wieczorem jest szeroko rozpowszechniony. Wydaje mi się, że szczególną popularnością cieszy się wśród mężczyn-muzułmanów. Być może wyjście na wieczorne modlitwy jest doskonałą okazją by zatrzymać się na chwilę, wypić filiżankę słodkiej, aromatycznej, pełnej korzennych przypraw, kawy, zjeść kashatę, (ciastko będące zlepkiem orzeszków ziemnych posklejanych miodem lub cukrem) i porozmawiać ze znajomymi. Bo wieczornej kawy nigdy nie pije się samemu. Grupy kilkunastu do nawet trzydziestu mężczyzn gromadzą się na rogach ulic i piją pachnący, gorący napój z małych filiżanek, do których z aluminiowego czajnika, stawianego na przenośnej ‘podstawce’ z rozżarzonymi węglami, nalewa ją ‘kawiarz’.

Bajki dla dorosłych

Jednak najbardziej zdumiewającą ‘działalność gospodarczą’ prowadzą opowiadacze. Biznes ma się doskonale, bo przecież nie każdy w drodze do domu jest głodny, a wielogodzinne czekanie na autobus albo na cokolwiek (tak, siedzenie i czekanie aż cokolwiek się wydarzy to popularne, afrykańskie zajęcie) może znudzić każdego. Dlatego w wielu miejscach centrum i w okolicach większych węzłów komunikacyjnych można spotkać mężczyzn, czasem jednego, czasem dwóch lub trzech, nieraz uzbrojonych w potężne systemy nagłaśniające, którzy zgromadzonym dokoła kilkudziesięciu, a czasem ponad stu ludziom, opowiadają najprzeróżniejsze historie. Tłum śmieje się, dziwi, cieszy z rozrywki jaką zapewniają im uliczni aktorzy, a za trwający około dwudziestu minut pokaz każdy płaci 100-200 szylingów. W skeczach i opowieściach przewijają się tematy dotyczące relacji międzyludzkich, nierzadko tematy tabu, takie jak zdrada, seks i pieniądze. W sposób humorystyczny dotykają one bardzo delikatnych sfer życia, trafiają do najciemniejszych zakamarków duszy. Aktorzy mają za zadanie nie tylko bawić publiczność, ale i edukować. Każda historia kończy się morałem, w każdej historii można odnaleźć cząstkę prawdy o sobie samym.

Złodzieje i żebracy

By przeżyć w Dar wystarczy odrobina talentu, chęci i dobry pomysł. Jednak wielu nie posiada żadnej z powyższych cech ani ochoty by iść do pracy. W Segerei na każdym kroku widzimy tłumy żebraków, bezdomnych, dzieci ulicy, szukających kogoś, kto da im kilka szylingów. Śpiewka ta sama co wszędzie. ‘na jedzenie’, ‘na lekarstwa’… Potem widzę ich jak z papierosami w ustach szybkim krokiem przemierzają piaszczyste drogi, na spotkanie z dilerem, po wieczorną działkę cracku. Ci, którzy mają odrobinę sprytu i szybkie nogi, kradną. Zorganizowane szajki kieszonkowców grasują wszędzie. Sam padłem ich ofiarą dwukrotnie, raz wepchnięty w tłum na dworcu autobusowym, kiedy indziej w okolicach poczty jeden mężczyzna chwycił mnie za nogawkę spodni i odwrócił moją uwagę, podczas gdy drugi obrobił mi kieszeń. Wszystko trwało ułamek sekundy i gdy po przejściu kilku kroków pokojarzyłem fakty i zorientowałem się o co chodzi, sprawcy zniknęli a tłum straganiarzy otaczających miejsce zdarzenia udawał, że nic nie widział. Na szczęście zdając sobie sprawę z tego ilu złodziei grasuje na ulicach Dar nigdy nie nosiłem w kieszeni dokumentów czy większych ilości gotówki. Ale po dwóch ‘bliskich spotkaniach’ z ‘zarabiającymi inaczej’, w kieszeniach noszę już tylko chusteczki. Śmiałość złodziei zadziwia, a ich działania można wytłumaczyć tylko skrajną desperacją albo skrajną głupotą. Bo złodziej złapany przez tłum jest praktycznie skazany na śmierć na miejscu. Wystarczy krzyknąć ‘wezi’ (złodzieje) i wskazać sprawcę palcem, by wszyscy zebrani dokoła rzucili się na niego z pięściami. Miejscowe brukowce lubują się w publikowaniu zdjęć ofiar linczu. Okładki gazet nieraz ‘zdobią’ fotografie zmasakrowanych ciał, nad którymi stoją mężczyźni, kobiety i dzieci, przyglądający się martwemu złodziejowi.

Jednak wielu po prostu nie jest w stanie pracować, choćby może i chciało. Oni też przesiadują na ulicach wyciągając dłonie w rozpaczliwym błaganiu o pomoc. Kalecy, starzy, zniedołężniali, niewidomi. Ludzie bez nóg, rąk, z kończynami powykręcanymi, skarłowaciałymi, lub powiększonymi do gigantycznych rozmiarów przez słoniowaciznę. Ofiary chorób, które deformują i okaleczają ciała tak, że normalne funkcjonowanie jest niemożliwe, czekają, skazani na jałmużnę. Bo ‘pomoc społeczna’, ‘zasiłek’, czy ‘renta’, to podobnie jak ‘podatek’ i ‘działalność gospodarcza’, słowa, których większość Tanzańczyków w życiu nie słyszała.